Jarosław Kapsa: Polityk niewypłacalny7 min czytania

()

18.10.2021

Z lenistwa zamiast dialogu z rządem stosuję zasady: z głuchym nie gadam, do analfabety nie piszę i nie przekonuję przekonanego o własnej mądrości. Jednakże nawet solidny mur mojego lenistwa kruszeje, gdy skutki rządowej anarchii odczuwać mam we własnym portfelu. W imię jakich wartości – patriotyzmu czy chrześcijaństwa – mam z własnych oszczędności płacić karę „za Turów” ?… Rzecz może niezbyt dotkliwa, to dziś zaledwie 0,5 euro na głowę pracującego; zapłaciłby nawet całe 1 euro, gdyby tylko ktoś na to pytanie odpowiedział. Jako urzędnik samorządowy pilnie śledzę obrót sprawy, licząc na wypatrzenie interesujących precedensów.

Photo by mohamed_hassan on Pixabay

Z tego mojego, urzędniczego, punktu widzenia rzecz wygląda następująco. Zarząd koncernu PGE decyduje się realizować inwestycje, świadomy naruszenia zasad prawnych, w tym wymaganej procedury konsultowania ekspertyzy w zakresie oddziaływania inwestycji na środowisko. Pomimo naruszenia prawa organ właściwy, podlegający Ministerstwu Klimatu, godzi się na działania państwowej spółki. Poszkodowani, naruszeniami prawa w procesie przygotowania inwestycji, mieszkańcy obszarów sąsiadujących z Turoszowem, występują do sądu za pośrednictwem swoich władz samorządowych i rządowych. Za właściwy do rozstrzygnięcia sporu uznano trybunał europejski (TSUE). Tenże sąd, nie rozstrzygając sprawy, wydał w maju 2021 r. postanowienie zabezpieczające dobro strony: czasowe zawieszenie realizacji spornej inwestycji. Strona polska, reprezentowana prawdopodobnie przez rząd, odmówiła realizacji postanowienia. W reakcji na to zaniedbanie trybunał nałożył kary finansowe, w wysokości 0,5 mln euro dziennie… Szkody powodowane tym zaniedbaniem wynoszą dziś 12 mln euro i nadal rosną.

Wyobraźmy sobie sytuację podobną w mieście stołecznym Warszawie. Prezydent, stosując spec-ustawę decyduje o budowie bardzo ważnej drogi pozwalającej „bez korków” dojechać z lotniska do Pałacu Prezydenckiego. Mieszkańcy dzielnicy przecinanej planowaną arterią zwracają uwagę na błąd projektu: źle zaplanowane odwodnienie powodować może w czasie deszczu zalewanie piwnic w ich domach. Prezydent Warszawy, argumentując międzynarodowym znaczeniem nowej ulicy i jej niezbędnością dla ogółu mieszkańców, odrzuca „partykularne” skargi, przekonuje swymi argumentami DGOŚ do odstąpienia od wymogu sporządzenia oceny oddziaływania na środowisku. Mieszkańcy kierują skargę do sądu; ten, potrzebując więcej czasu na zapoznanie się z istotą sporu, wydał postanowienie o tymczasowym wstrzymaniu inwestycji. Prawie każdy kierowca w Polsce stał w warszawskich korkach, więc sercem i duszą jest za prezydentem i jego inwestycją. Na mieszkańców dzielnicy sypia się wyzwiska, z których najkulturalniejsze mówią o „prywacie” i „Targowicy”. Na fali takowego poparcia Prezydent Warszawy odmawia wykonania postanowienia sądu. Sąd, nie mając innego wyjścia, nakłada na Miasto Warszawę (samorząd terytorialny) karę w wysokości 0,5 mln zł dziennie.

W jednej i drugiej sprawie przemilczam ocenę, czy owe inwestycje są rzeczywiście, społecznie, potrzebne; uciekam od argumentów ekologicznych, patriotycznych czy chrześcijańskich. Urzędnik, tak jak każdy człowiek, powinien się kierować wyższymi wartościami, wynikającymi z etyki lub religii; ale jest z racji zawodu „niewolnikiem prawa”; musi decyzje podejmować w granicach określonych literą prawa. Jeśli uznaje, że prawo zmusza go do działań szkodliwych społecznie, to może zmienić pracę, lub świadomie złamać prawo, przyjmując na siebie odpowiedzialność karną i cywilną. Nie dyskutując o racjach moralnych, społecznych czy gospodarczych, w obu wypadkach mamy przykład świadomego zaniedbania urzędniczego, niewykonania wyroku sądu; z powodu tego zaniedbania podmioty reprezentowane przez owego urzędnika (Skarb Państwa, samorząd m. Warszawy) poniosły realne, wysokie straty. Różnica w tym, że Prezydent Warszawy nie ma takiego umocowania politycznego, jak Premier, Minister Klimatu czy Prezes PGE, więc pewnie część tej kary zapłacić by musiał z własnej kieszeni.

Od dziesięciu lat istnieje ustawa, prawie nowa, bo nigdy nie używana, z 20 stycznia 2011 r. o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa. Ustawa przyjmowana, swojego czasu, z dużymi nadziejami. Jakoś tak wychodziło, że osobistą materialną odpowiedzialność ponosił lekarz za swój błąd, ponosił nauczyciel za niedopilnowanie ucznia, ponosił budowlaniec za krzywy bruk na podwórku, producent zabawki za pomyłkę skutkująca poranieniem dziecka itd., itp.; tylko funkcjonariusz państwowy żył w przekonaniu, że za jego błędy płacić ma podatnik. Bulwersować mogą wysokości kwot wypłacanych np. jako odszkodowanie za niesłuszne zatrzymanie w areszcie; bardziej oburzającym jest fakt, że za tego rodzaju błędy nie płacił prokurator lub sędzia z własnej kieszeni.

Ustawa z 20 stycznia 2011 r. w art 5 przywiduje odpowiedzialność majątkową funkcjonariusza publicznego w następujących wypadku:

  • na mocy prawomocnego orzeczenia sądu lub na mocy ugody zostało wypłacone przez podmiot odpowiedzialny odszkodowanie za szkodę wyrządzoną przy wykonywaniu władzy publicznej z rażącym naruszeniem prawa;
  • rażące naruszenie prawa, o którym mowa w pkt 1, zostało spowodowane zawinionym działaniem lub zaniechaniem funkcjonariusza publicznego;
  • rażące naruszenie prawa, o którym mowa w pkt 1, zostało stwierdzone zgodnie z art. 6.

Nie wnikając w prawnicze gdybania, trzeba uznać, że niewykonanie wyroku sądu jest rażącym naruszeniem prawa; gdyby bowiem tak nie było Polska nie byłaby państwem prawa, lecz domem wariatów; a cała działalność legislacyjna Parlamentu straciłaby sens. Skarb Państwa, wcześniej czy później, poniesie koszt wypłacenia nałożonej przez unijny Trybunał kary, więc mamy tu wymierną, materialną szkodę. Trudność może stanowić ustalenie osobistej odpowiedzialności, kto zdecydował o zaniechaniu w wykonaniu wyroku w sprawie turoszowskiej…

Politycy mają wrodzone zdolności unikania wszelkiej osobistej odpowiedzialności. Tu możemy podpowiedzieć procedurę. Zgodnie z art. 7. „W terminie 14 dni od dnia wypłaty odszkodowania, o którym mowa w art. 5 pkt 1, kierownik podmiotu odpowiedzialnego, który wypłacił odszkodowanie, albo kierownik jednostki organizacyjnej podmiotu odpowiedzialnego, która wypłaciła odszkodowanie, składa do prokuratora okręgowego właściwego ze względu na siedzibę podmiotu odpowiedzialnego wniosek o przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego”. Zatem po wypłaceniu przez Ministra Finansów nałożonej przez trybunał kary, pan Premier powinien złożyć do prokuratury wniosek. Ten po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego i ustalenia odpowiedzialnego za szkody powinien: „W przypadku stwierdzenia istnienia podstaw do wytoczenia przeciwko funkcjonariuszowi publicznemu powództwa, o którym mowa w ust. 3, prokurator przed jego wytoczeniem wzywa na piśmie funkcjonariusza publicznego do dobrowolnego spełnienia świadczenia w określonym terminie, nie krótszym jednak niż 7 dni od dnia otrzymania wezwania, a po bezskutecznym upływie tego terminu wytacza powództwo”. To nie jest tak, że Premier w trosce o Skarb Państwa może, lecz nie musi, tego zrobić. „Kto, będąc kierownikiem podmiotu odpowiedzialnego lub jednostki organizacyjnej takiego podmiotu, nie wykonuje obowiązku określonego w art. 7 ust. 1, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3”.

Może dla zaprawionego w bojach Morawieckiego grzywna czy krótka odsiadka, to żaden problem; ale na jego miejscu bym nie ryzykował: osoba skazana traci prawo bycia urzędnikiem lub funkcjonariuszem publicznym, nie może być ani premierem, ani wójtem, ani posterunkowym w Policji. Dodajmy tu, że ustawa z 2011 r. nie jest szczególnie drakońska: granicą materialnego odszkodowania urzędnika są roczne pobory; cóż to jest w porównaniu z majątkami naszej władzy, uciułanymi na służbie publicznej.

Mam, niestety, przeświadczenie, że pisząc dziś o materialnej odpowiedzialności rządzących polityków, błądzę w treściach bajkowej fantazji.

Odpowiedzialny i wypłacalny może się trafić majster budowlany albo mistrz szewstwa, a nawet właściciel baru „Pod Gruszką”. Przed ustawą o odpowiedzialności funkcjonariusza publicznego drżą „szaraczkowie”, urzędnicy mojego pokroju; wiedzą, że bardzo kosztowne bywa dla nich nawet przekroczenie kodeksowych terminów odpowiedzi. Więc jako takowy „szaraczek” z ciekawością patrzę na sprawę turoszowską.

Jeśli żaden decydent nie odczuje na własnej kieszeni, ile kosztuje niewykonywanie wyroków sądu; to Polska przekształci się w raj i rezerwat przyrodniczy dla różnego rodzaju, nieodpowiedzialnych i niewypłacalnych, hien. Może dzięki temu ożywi się branża turystyczna wabiąca gości taką egzotyką kraju nad Wisłą.

Jarosław Kapsa

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Adam Mazurek 25.10.2021