20.11.2021
W zalewie wypowiedzi polityków i dziennikarzy brakuje mi definicji pojęć, o których mówią. Z okazji Święta Niepodległości usłyszeliśmy wiele deklaracji typu „kocham Polskę”. Jaką Polskę kocha? Przyrodę? Mieszkańców (wszystkich)?
Część zastanawia się nad oddaniem życia za Polskę, gdyby była w potrzebie. Część chętnie by zwalczała, a nawet pozabijała wrogów Polski (choć nie wiadomo, dlaczego niektórych traktują jako wrogów).

Wielu ludzi wyraża dumę z tego powodu, że są Polakami. Dlaczego? Czy bycie Polakiem oznacza posiadanie jakichś wrodzonych dobrych cech? Prawie każdy ma jakiś obraz Polaka i jeśli ktoś nie odpowiada temu obrazowi, to mówi się o nim czasem, że nie jest prawdziwym Polakiem. Dzień przed świętem podeszła do mnie na ulicy jakaś pani i chciała mi na siłę sprzedać kotyliona. Odmówiłem, a wtedy usłyszałem od niej, że chyba nie jestem Polakiem. To wystarczy być frajerem, żeby przynależeć do narodu?

* * *
W przypadku wielu polityków i polityczek Zjednoczonej Prawicy często trudno jest rozstrzygnąć, czy taki osobnik jest większym durniem, czy chamem. Konkurencja jest tam ogromna. Ostatnio wyróżnił się doradca prezydenta Tadeusz Deszkiewicz. Napisał na Facebooku:
W hotelu, w którym mieszkam w Poznaniu, jest podejrzanie ograniczona lista programów telewizyjnych. Włączyłem i trafiłem na rozmowę kretyna z dwoma zdemenciałymi archeocelebrytkami. Chyba po prostu pójdę spać.
W ten sposób wyraził się o dwóch kombatantkach Powstania Warszawskiego, z którymi rozmawiał w TVN24 redaktor Piotr Kraśko.
Często podejrzewamy tych polityków i komentatorów o cyniczną grę, ale oni po prostu są szczerzy – mówią co myślą i są chamami.
* * *
Przemysław Wielgosz, red. naczelny „Le Monde Diplomatique”:
To działania państw Unii, w tym przede wszystkim Polski i innych koni trojańskich Waszyngtonu, stoją za pojawieniem się uchodźców na jej granicach. Gdyby nie inwazja i okupacja Afganistanu, gdyby nie agresja na Irak, gdyby nie destabilizacja Bliskiego oraz Środkowego Wschodu w imię imperialnych ambicji Stanów Zjednoczonych, miliony ludzi nie stałyby się uchodźcami. Polskie rządy przez dwie dekady wysyłały żołnierzy, by brali udział w demolowaniu państw i niszczeniu dorobku całych pokoleń. Polskie media z nieukrywaną satysfakcją donosiły o naszych – polskich – strefach okupacyjnych w Afganistanie i Iraku.
* * *
Chciałoby się powtórzyć za rabinem z filmu „Skrzypek na dachu”: Jak będę potrzebował złych wiadomości, to poczytam sobie o Noem i potopie. Ale informacja o potopie też jest straszna. Pan Bóg obraził się na ludzkość, bo mu się nie udała (jak to w ogóle jest możliwe w przypadku wszechmocnego i wszechwiedzącego Boga?) i wytracił wszystkich poza tymi, co znaleźli się w arce Noego. Wszyscy inni ludzie byli źli, także małe dzieci? I wszystkie zwierzęta? Takiego boga ludzie czczą.
Pierwszy raz z pojęciem „bóg” spotkałem się czytając mity greckie. Greccy bogowie pod wielu względami przypominali ludzi – mieli podobne pragnienia i emocje, a różnili się od ludzi tylko większymi mocami i nieśmiertelnością. Wtrącali się też w ludzkie sprawy. Pożądali ofiar a otrzymawszy je sprzyjali ofiarodawcom.
Czy religie monoteistyczne odeszły od treści przypisywanych bogom pogańskim? Chyba nie. Wprawdzie w judaizmie nie dopuszcza się przedstawień (obrazów itp.) Boga, ale czytamy w Biblii o emocjonalnych wybuchach i okrucieństwach Boga, przez setki lat składano mu ofiary, Bóg interweniował bezpośrednio w sprawy ludzi itp. W chrześcijaństwie jest podobnie, a w kościele katolickim czy prawosławnym mamy setki świętych, którzy – jak greccy bogowie – opiekują się poszczególnymi sprawami i których prosi się o pomoc w jakichś sprawach. W obu tych religiach uważa się, że Bóg karze za grzechy i nagradza za dobre czyny, jeśli nie tu to na tamtym świecie. Jakoś nie udało się Bogu tak skonstruować człowieka, żeby działał prawidłowo i stąd obietnica nagrody i kary – niebo i piekło – jako metoda wychowawcza.
Również hindusi oddają cześć wielu bogom, prosząc ich o różne dobra i interwencję, mimo że święta księga hinduska „Bhagawad Gita” przytacza słowa Najwyższego:
Pan nie nakłania nikogo do działań, nie działa ani nie tworzy związku między czynami i skutkami działań; działa tu własna natura.
Najwyższy nie przyjmuje ani złych, ani szlachetnych czynów.
Jeśli zawierza się Bogu sprawy ludzkie (co ma często miejsce w Polsce) to powinno się oceniać skutki tych działań. Ale jeśli coś poszło źle mimo zawierzenia, to zwala się winę na ludzi, którzy widocznie nie znaleźli uznania w oczach Boga. Mimo tylu próśb, cierpienia ludzi nie zmalały, mieliśmy wojny, plagi, nieszczęścia, ale wierni wciąż ufnie zwracają się do Boga, Chrystusa, Matki Boskiej.
Ciekawe, czyje modły zostaną wysłuchane w czasie wyborów – przeciwników PiS czy ich zwolenników.
* * *
Paweł Kowal w rozmowie z Konradem Piaseckim stwierdził, że Platforma ma wiele planów i projektów i tylko czeka, żeby je ujawnić. Przypuszczam, że wątpię.
Pięć lat temu Platforma powołała „gabinet cieni”. Na czele poszczególnych zespołów mieli stanąć politycy, których zadaniem miało być „recenzowanie aktywności ministrów PiS-owskiego rządu”. I na powołaniu skończyła się działalność członków tego gabinetu.
Stanisław Tym napisał kiedyś:
Znikąd ratunku. Kiedy patrzę na gabinet cieni Platformy Obywatelskiej, wydaje mi się, że niektóre twarze malował już Matejko.
Miałem propozycję jak ożywić ten projekt:
Moim zdaniem PO powinna przyjąć taktykę taką jak PiS i mianować na szefów zespołów wyraźnych oszołomów, nieznających się na tematyce resortu. Wtedy ich wypowiedzi zostaną szybko zauważone, szalone pomysły będą szeroko dyskutowane, a suweren, czyli elektorat, w dużej mierze da się uwieść fantazji autorów. Nie mogą to być takie niewypały jak np. kiedyś pan Czuma, nie wystarczy być ignorantem. Raczej ktoś taki jak kiedyś Gowin w resorcie sprawiedliwości, ale z większym ogniem. Im bardziej kretyńskie będą oskarżenia pod adresem PiS, tym większa szansa, że zwolennicy „zamachu smoleńskiego” w nie uwierzą.
Niestety i taka działalność byłaby chyba dla polityków Platformy zbyt męcząca.
* * *
„Polityka” o pandemii i działaniach rządu („Kronika zaplanowanej śmierci”):
Ordynator oddziału intensywnej terapii covidowej, gdzie akurat umarł 28-letni zdrowy (poza covidem) mężczyzna, traci panowanie nad sobą (anonimowo, bo pracuje w szpitalu resortowym): – To zbrodniarze, mają krew na rękach. Zdecydowali: lepiej, żeby umarł 1proc. społeczeństwa, niż żeby 20 proc. obraziło się na partię rządzącą. To po prostu kryminał.
* * *
Pani doktor nie spodobał się wynik RTG oraz wynik tomografii płuc pacjenta i dała skierowanie do przychodni Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc. Recepcjonistka w Instytucie uprzejmie poinformowała, że nie ma wolnych terminów do końca przyszłego roku. Poradziła dowiadywać się w mniejszych przychodniach, podobno w jednej mają jeszcze terminy na maj.
Przypomniało mi się powiedzonko z 1979 r., kiedy mieliśmy „zimę stulecia” i gospodarka stała się niewydolna (głównie transport): – Nie potrzeba Bundeswehry – nam wystarczy minus cztery.
* * *
Polska straż graniczna zatrzymała kilku dziennikarzy (dwóch Polaków i Czecha), którzy pojawili się w samochodzie niedaleko granicy, ale poza bezpośrednią strefą przygraniczną. Aresztowano ich. W telewizji generał wyjaśniał, że mieli brody, maseczki na twarzy, ciemne kurtki, nie mieli odznak, kim są i niechętnie udzielali wyjaśnień. Z opisu wynikało, że sytuacja była groźna.
Przypomniało mi się, co na temat pisarza Michała Choromańskiego pisał Antoni Słonimski:
Cechą jego zabawnych opowiadań było udziwnianie i witkacowska niesamowitość. „Posadzono mnie na specjalnym fotelu, owinięto mi szyję jakimś białym prześcieradłem i obcy człowiek z wyostrzonym narzędziem w ręku pochylił się nade mną niebezpiecznie blisko” – tak mówił Choromański o wizycie u fryzjera. „Wszedłem do małego pokoiku bez okien. Jakiś chłopiec w dziwnym nieznanym mi mundurze przycisnął guzik umieszczony w ścianie i nagle wszyscy razem unieśliśmy się w górę”. Była to relacja z jazdy windą.
* * *

PIRS

Ta Bhagawad Gita. Znałem ją od dziecka. Bo kiedyś jako dziecko czytałem wszystko, jak chyba my wszyscy tutaj, a na półce u mojej matki ona była, w tłumaczeniu Wandy Dynowskiej, Przyjaciółki mojej matki, teozofki (ksywka – Uma Dewi). Potem kiedyś wystawiałem różne rzeczy w Galerii Repassage obok UW, ny Krakowskim. I jej szefowa, moja koleżanka z ASP, ona pozwoliła jednemu sympatycznemu, misyjnemu świrowi (nazywał się Korczak -Michalewski) zrobić w tej galerii wystawę o tematyce hinduistycznej. Tak naprawdę to on był zwolennikiem tego guru od medytacji transcendentalnej, ale tu był raczej ortodoksyjny. Zostałem przez ojca wychowany, że dobrze jest móc ludziom robić dobrze, stąd moja skłonność do tzw. Prac Społecznych. Oczywiście w pewnych granicach, jeśli się, nie jest św. Franciszkiem, ani Rotszyldem. Tu akurat miałem „luzy produkcyjne”. Więc walnąłem mu panneau dekoracyjne w tematyce tych bogów i demonów tamtejszych, akrylami na papierze (o bosze, jakie było marne !). I nagrałem mu na kasetę moją recytację (umiałem) całej Bhagawad Gity. Tam były jeszcze jakieś eksponaty. Wystawa była moim zdaniem durna i nie wiem czy miała powodzenie, bo nie miałem już czasu na oglądanie. Ta głupia skłonność została mi do dzisiaj i w ostatnim tygodniu znowu wyciąłem sobie z reszty mojego czasu 3 dni na „pracę społeczną”. (Niekomercyjne robienie robienie komuś dobrze.) Ouuuuuu!!!