Zbigniew Szczypiński: Warsaw summit 20214 min czytania

()

06.12.2021

Po takim spektaklu, jaki odbył się w sobotę w Warszawie, na którym główną rolę (przynajmniej w przekazie mediów rządowych, jedynych jakie miały prawo do nagrań) odegrał prezes PiS Jarosław Kaczyński, nie sposób pominąć to „wydarzenie”.

To nie jest moja działka i dlatego moje uwagi będą miały charakter sygnalny, w żadnej mierze analityczny, tak jak prezentują to na naszej stronie znakomici autorzy (patrz ostatni tekst Eugeniusza Noworyty o kulisach działań polskiej dyplomacji zmierzających do zablokowania kandydatury Marka Brzezińskiego, syna Zbigniewa Brzezińskiego, na stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce). To będą raczej impresje, odczucia kogoś, kto, będąc tu i teraz, w Polsce, zajmuje się raczej podwórkiem krajowym i polską sceną polityczną. Jednak zarówno temat, jak i aktorzy zaproszeni przez PiS na warszawski „Warsaw summit 2021” oraz wybitne talenty do prowadzenia polityki międzynarodowej prezesa wszystkich prezesów i całej polskiej dyplomacji spowodowały, że przedstawię tu swoje refleksje.

Prezes PiS znany jest z tego, że ma krańcowo małe doświadczenie w poruszaniu się po scenie międzynarodowej. Trzeba się bardzo natrudzić, aby odszukać na niej jakiś ślad jego bytności i aktywności. Znany jest też z tego, że nie zna żadnego obcego języka w stopniu pozwalającym na swobodne kontaktowanie się. Nie pamiętam, kiedy był gdzieś w świecie, w innym kraju.

A tu bach, na jego zaproszenie przyjeżdżają do Warszawy przedstawiciele dziewięciu krajów Europy, w tym jeden urzędujący premier (Wiktor Orban oczywiście), kandydatka na urząd prezydenta Francji Marine Le Pen i kilku jeszcze polityków z różnych krajów. Ich wspólną cechą jest krańcowo populistyczne i nacjonalistyczne widzenie Europy. Niektóre z tych ugrupowań wprost nawiązują do faszyzmu, a wszystkie cechuje pozytywny stosunek do sposobu i kierunku polityki, jaką prowadzi prezydent Rosji.

Przez cały weekend Warszawa była ważnym miejscem dla europejskiej prawicy i tu Jarosław Kaczyński ogłosił swój program walki z niemiecką dominacją i zepsuciem moralnym, jakim grozi nam Zachód.

Są różne poziomy aberracji, różne stopnie obłędu, ale to, co usłyszeliśmy ostatnio w Warszawie, przekroczyło wszystkie.

Nie wiemy, jaki był przebieg tego szczytu, kto z kim toczył rozmowy czy dyskusje. Jednego możemy się domyślać – to nie Jarosław Kaczyński brylował w tych rozmowach. Miał od tego swoich ludzi, premiera i prezydenta i innych, on tylko i aż tylko wyznaczał kierunek obrad w myśl jego doktryny – liczy się tylko jego wola polityczna i nic poza tym.

Zagrożenie, jakie niesie polityka Jarosław Kaczyńskiego na scenie wewnętrznej to małe piwo wobec tego, jakie mogą być skutki, gdyby zaczęło się dziać według jego woli na szerszej, europejskiej scenie. Jedyna pociecha (ale słaba) to to, że to mu się nie uda. Nie ma żadnych szans na uzyskanie dominującej pozycji w Parlamencie Europejskim przez krańcowych nacjonalistów i populistów. Ale co złego zrobi dla dalszej marginalizacji Polski na międzynarodowej scenie to jego.

Wysłuchując głosów „pisowskich” żołnierzy, niekiedy z tytułami profesorskimi, słuchając, jakich chwytają się argumentów, uzasadniając słuszność woli prezesa, raz jeszcze dochodzę do wniosku, że obecnie w Polsce być profesorem to często być nikim. Nie mogę zrozumieć jak dla ulotnych korzyści, jakie daje zajmowanie nietrwałej przecież pozycji doradcy prezydenta czy europarlamentarzysty można tak się skurwić. Widać można!

Polityka zagraniczna PiS zawsze była traktowana jako dodatek do polityki wewnętrznej. Tak było przez wszystkie długie już lata jego rządów. Zniszczenie służby dyplomatycznej, wchodzenie w bliskie stosunki z jeszcze silniejszą satrapią, jaką są Węgry Wiktora Orbana (pamiętamy, jak Jarosław Kaczyński wołał na wiecu do zgromadzonych – będzie niedługo Budapeszt w Warszawie!), podpieranie reżymu w Turcji i wiele jeszcze innych przykładów działań polskiej dyplomacji pod wodzą tak wybitnych postaci, jak minister Waszczykowski i inni, podejmowane były wprost dla uzyskania efektu na wewnętrznej scenie w Polsce.

No to pytanie za milion dolarów – jakie cele wewnętrznej polityki skłaniają PiS do takich szaleństw? Ma ktoś jakiś pomysł?

I na koniec coś z innej beczki. Był, dawno już temu, taki minister kultury we Francji, który wypowiedział wojnę amerykańskiemu imperializmowi w kulturze. Imperializm ten przejawiał się w wypieraniu z popularnej kultury piosenek i muzyki innej niż amerykańska. Bez względu na wynik tego starcia warto przypomnieć ten moment. Francja się obroniła. A Polska?

Mamy czas przedświąteczny, w radiu świąteczna, bożonarodzeniowa muzyka. Czy ktoś wypowie wojnę tym, którzy decydują o doborze tej muzyki? Czy ktoś spowoduje, aby w polskim radiu, we wszystkich stacjach, także prywatnych, nie było tak, że musimy słuchać tylko muzyki amerykańskiej?

Tego nie było nawet w opresyjnych latach PRL. Radio wtedy grało piosenki polskie, francuskie, włoskie, rosyjskie i jeszcze z innych krajów. Imperializm amerykański, gdzie jak gdzie, ale na rynku muzyki popularnej ma się doskonale.

Ale tego nie da się już słuchać!

<strong>Zbigniew Szczypiński</strong>
Zbigniew Szczypiński


Polski socjolog i polityk.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.