16.12.2021
Ostatnio w gronie przyjaciół dyskutowaliśmy o tym, co należy zrobić, by w następnym cyklu wyborczym odsunąć PiS od władzy. O tym, że jest to dla przyszłości Polski „być albo nie być” nikt z nas nie miał wątpliwości. Także w tym, dlaczego dalsza kontynuacja rządów PiS powinna być przerwana i jakie szkody przynosi ona Polsce, byliśmy w pełni zgodni.
Nie różniliśmy się również co do tego, że wspólnym celem działania opozycji powinno być zahamowanie marszu do systemu autorytarnego i ustanowienie w Polsce państwa praworządnego, tolerancyjnego, otwartego oraz stanowiącego ważnego uczestnika i partnera Unii Europejskiej i szerszej wspólnoty państw demokratycznych. Natomiast różnice poglądów i wywołana nimi dyskusja rozpętała się, gdy zaczęliśmy się zastanawiać: jak tego dokonać i jakie zapewniające realizację tego celu propozycje ustrojowe zaproponować.
Pierwszym przedmiotem kontrowersji stało się więc to, czy aby pokonać PiS w przyszłym cyklu wyborczym demokratyczna opozycja powinna wystąpić jako jeden zjednoczony obóz, czy jako kilka (dwa, lub trzy, np. lewica, liberałowie, umiarkowani konserwatyści) wyraźnie różniących się od siebie bloków. Za tym by opozycja wystąpiła w jednym bloku, przemawia przede wszystkim efekt metody D’Hondta oraz możliwość wystąpienia tzw. premii za jedność, gdy silna zjednoczona lista przyciąga dodatkowych wyborców, którzy wstrzymaliby się od głosowania na mające małe szanse powodzenia rozproszone listy odrębnych partii. Przeciwko jednej liście przemawia zaś negatywny efekt wywoływany tym, że dla części wyborców kandydaci wystawieni na wspólnej liście przez obcą im, a należącą do sojuszu partię mogą być na tyle zniechęcający, że nie zdecydują się na jej poparcie. Który z tych efektów okaże się w rezultacie silniejszy – nie da się z góry przesądzić i trzeba sobie zdawać sprawę, że jedna lista opozycyjna niesie ze sobą zarówno obietnicę korzyści wyborczych, jak i ryzyko pewnych strat.
Drugim przedmiotem kontrowersji było to czy (biorąc pod uwagę zarówno realne różnice ideowe, jak i przede wszystkim partykularne interesy przywódców i aparatów partyjnych) takie zjednoczenie sił opozycji demokratycznej jest w ogóle realne i na jakich zasadach można by je przeprowadzić.
W tej kwestii większość z nas zgodziła się, że co najmniej będzie to trudne. Wszystkie opozycyjne wobec PiS partie mają bowiem istotne powody, by nie dać się sprowadzić do jednego z wielu mało wyrazistych uczestników tworzących zjednoczoną opozycję demokratyczną.
PO (w szczególności po powrocie Tuska i odzyskaniu pozycji najsilniejszej partii opozycyjnej) chętnie obejmie przywództwo sojuszu, ale przecież nie pozwoli się sprowadzić jedynie do roli jednego z jego równych partnerów.
Hołownia nie po to tworzył własny ruch Polska 2050, jako alternatywę dotychczasowych partii, by teraz wejść z nimi w sojusz i dać się im zdominować.
PSL ma za sobą silną tradycję i oparcie w strukturach terenowych i nie zgodzi się na rozmycie swej tożsamości w niedookreślonym ideowo sojuszu.
Wreszcie Lewica, która na razie raczej się wewnętrznie dzieli niż łączy, też nie chce zacierać swej odrębności a przy tym najprawdopodobniej (podobnie jak poprzednio z woli Schetyny, tym razem z woli Tuska) nie zostanie do tego sojuszu dopuszczona przez Platformę i co najwyżej będzie mogła próbować integrować się wewnętrznie.
W tej sytuacji nasza dyskusja dotyczyła tego, jak skłonić opozycję do jednoczenia się i jaką formułę tego jednoczenia przyjąć. Można więc zgłosić kilka propozycji formuły jednoczenia opozycji:
– Wspólną listę można budować na zasadzie listy alfabetycznej, na której kandydaci z poszczególnych partii będą ze sobą konkurowali nie osłabiając szans całej listy.
- Wzorem węgierskim – opisanym w artykule Anny Wojciuk w „oko. Press” – można sięgnąć do przeprowadzeniu w ramach opozycji prawyborów. Jest to zapewne niezłe rozwiązania przy wyborach prezydenckich i senackich, lecz trudne do zrealizowania przy tworzeniu list w wielomandatowych okręgach wyborczych.
- Można także spróbować powołać regularnie działający „:Komitet porozumiewawczy partii opozycyjnych” lub wspólną „Radę ekspertów” czy inne jeszcze platformy regularnej współpracy. Takie działanie miałoby tę zaletę, że nie ograniczałoby się jedynie do epizodycznej współpracy wyborczej, lecz konsolidowało by opozycję a wokół niej wyborców w sposób trwały.
- Chyba najdalej idącą propozycją konsolidowania opozycji jest zgłoszona w artykule Makarego Wiskirskiego w Gazecie Wyborczej sugestia opracowania wspólnego wyborczego programu minimum. Tu jednak pojawia się obawa, że program taki – z natury rzeczy ograniczający się do zapewnienia gwarancji demokratycznych i powstrzymania tendencji autorytarnych – będzie atrakcyjny jedynie dla tych wyborców. którzy już dziś są przeciwnikami PiS. Natomiast ze względu na dzielące partie opozycyjne różnice ideowe nie ma chyba możliwości, by obok zarysu przyszłego ładu demokratycznego program taki zawierał także kierunki i cele polityki społeczno-gospodarczej. Bez tego zaś przeciągnięcie na stronę opozycji tej części zwolenników PiS, którzy skorzystali na prowadzonej przez tę partię polityce społecznej i gospodarczej, będzie bardzo trudne.
- Na razie jednak najsilniejszym partiom opozycyjnym (w szczególności PO pod przewodnictwem D. Tuska) najbardziej atrakcyjne wydaje się zjednoczenie opozycji pod przewodem i silnym kierownictwem jednej czołowej partii opozycyjnej. Ta propozycja sprowadza się do wezwania: „przyłączcie się do nas, a wspólnie pokonamy PiS!”. Jak dotąd na tej zasadzie powstała i funkcjonuje KO z udziałem Nowoczesnej, Inicjatywy Polskiej i Zielonych, lecz szanse na poszerzenie tej formuły o pozostałe partie opozycyjne wydają się niewielkie.
Wszystkie te propozycje (oprócz ostatniej) w jakimś stopniu wydają się atrakcyjne i obiecujące, a także wzajemnie się nie wykluczają. Ciągle jednak pozostaje nierozwiązany problem: co może przekonać przywódców i aparaty partyjne do ich zastosowania. Obawiam się, że tylko dwa czynniki:
- Albo po zwycięstwie PiS partiom zajrzy w oczy widmo całkowitej klęski i wyeliminowania z życia politycznego. (Wtedy postulat zjednoczenia opozycji demokratycznej stanie się warunkiem „być albo nie być” nie tylko dla Polski, ale także dla obecnych partii politycznych).
- Albo wymusi to na nich ich oddolny, społeczny, nacisk ich członków i wyborców. (Tu jednak powstaje problem zorganizowania i odpowiedniego wyrażenia tego nacisku).
Janusz J. Tomidajewicz
