18.12.2021

Leżymy na leżakach w Miami Beach, gdy z kanału Intercoastal wyłania się głowa człowieka. Błyskawicznie nawiedza nas myśl: rozbitek z zatopionej tratwy z kubańskimi uciekinierami, należy wciągnąć go na brzeg, aby skorzystał z prawa, które po dotknięciu mokra noga suchego amerykańskiego gruntu, zapewnia Kubańczykowi legalny pobyt.
Z okrzykiem Ola! podchodzi do naszego brzegu, niski, dobrze zbudowany, w ubiorze nurka i z ciężkim latynoskim akcentem. W takie się słowa do nas odzywa:
— W waszej seawall (betonowa ściana odgradzająca nas od wody), odkryłem olbrzymią dziurę. Jeżeli nie zostanie zatkana, woda podejdzie pod ogród, a potem pod dom, Amerykanie biorą za coś takiego osiem tysięcy dolarów, ja mogę zrobić to za dwa.
15 lat temu Fernando po raz pierwszy zanurzył się w meksykańskim Rio Grande, wyszedł na brzeg El Norte i zaciągnął się do armii nielegalnych emigrantów. Co rok, ta samą podwodną drogą wraca do swoich w Meksyku, przywożąc im dolary, za które utrzymuje pięcioosobową rodzinę, po czym znów nurkuje do Ameryki.
Fernando jest jednym z dwunastu milionów Kubańczyków, którzy nie pojawiliby się na tym brzegu, gdyby ktoś inny chciał zbierać truskawki, zmywać naczynia w restauracjach, przybijać drywalls i betonować seawalls. Do niedawna miał tanio zakupioną kartę Social Security i prawo jazdy, które pozwalało mu dojeżdżać do pracy, ale ostatnio prawa jazdy mu nie przedłużyli i do pracy dojeżdżać nie może, wiec bierze autobus, nurkuje do kanału, wykrywa dziury, po czym wypływa na brzeg z wizytówką: Fernando WaterConstruction.
Na zlecenie Grażyny Fernando przez kilka dni stał po pas w wodzie, pomocnicy podawali mu garściami beton, było tego razem 120 worków. Według opinii mojego architekta, dziurę zatkał prawidłowo.
***
Szlachcianka:
— Przyjdzie za pół godziny, dzwoniła, że wychodzi z kościoła..
Ja:
—A gdzie jest kościół?
Szlachcianka:
— Tylko nie pytaj jej czasem gdzie jest kościół, jako Polak powinieneświedzieć, że w Miami Beach.
Ja:
— Przecież i tak się zorientuje jak zobaczy menorę ze świeczkami chanukowymi.
— Nie zobaczy, schowałam.
— Antysemitka z mlekiem matki.
— Ja? Z mlekiem matki? A kto walczył z moją rodziną jak mówili o tobie:„Żyd, ale porządny człowiek”?
Zjawia się energiczna kobieta o imieniu Elżbieta i tak do Grażyny:
— To wygląda na generalkę, mnie mówić dużo nie trzeba, da pani chemię, a ja swoje zrobię, ile pani daje?
—A ile pani bierze za godzinę?
— To się tak nie liczy, co jedna zrobi w sześć godzin, to druga w trzy.
— To jest pani Elżunia, która sprzątnie nam dom — przedstawia mi ją Grażyna. Używając zdrobniałego imienia Elżbiety, Grażyna ma nadzieję na lepszą cenę.
Ja:
— Skąd Pani?
Elżunia:
— Spod Białegostoku, Łapy.
Ja:
— To ile za ten dom? 50?
Elżunia:
— 60 i mogę przyjść w sobotę.
Ja:
— A w piątek nie da rady?
Elżunia:
— W piątek to ja Żydom robię szabas.
Ja:
— Jakim Żydom?
Elżunia:
— Tym, co się w Nowym Jorku nimi opiekuję. On ma 90, ona 89, ze Starachowic, ale dawno przed wojną, Na zimę jadą na Florydę, a ja z nimi, sobotę i niedzielę mam wolną, to chcę dorobić, mogę też pierogi państwu zgotować.
Grażyna:
—Świetnie, a gołąbki?
Elżunia:
— A jak nie?
W dniu sprzątania Grażyna wyciąga z szaf butelki i buteleczki z tym do tego, z tamtym do tamtego, taka szczotka, inna szczotka, wiadro małe, wiadro duże, szmaty takie i inne, duży odkurzacz z grubsza, mały z cieńsza, domu nie opuści ani na chwile, bo Elżunia za krótko jest w Ameryce i nie ma pojęcia co, jaki czym.
***
Ja:
— Dzwonili z lotniska i powiedzieli, że są już w Miami, wsiadają w autobus, dojadą do 41. ulicy a potem przesiądą się w S i dojadą do 77. Powiedziałem, że wyjadę po nich na przystanek.
— Zadzwoń i powiedz, że nie wyjedziesz, są młodzi i mogą ponosić plecaki przez 15 minut.
— Nie zadzwonię, chcę ich przywieźć samochodem. Pojadę z nimi na lunch i opóźnię ich przyjście o godzinę.
— Na sushi, tak? Wiesz, że sushi to jest trucizna.
— Wiem i uwielbiam.
— To przywieź ich do domu, zrobię lunch — mówi Grażyna, która przed każdą wizytą turystów w naszym domu buduje zapory („powiedz im, że nie będę wozić ich samochodem i karmić, najwyżej śniadanie, nie lubię takich, co nie potrafią się sami sobą zająć”), a w istocie lubi przyjmować gości, nawet jej nieznanych, jak ta młoda polska para, która wylądowała w Miami Beach.
A trafili do nas w taki sposób: Ania i Marcin zostali nam zaproponowani przez Majkę, która jest córką Małgosi, córki brata mojego ojczyma. Ojciec Ani był pierwszym mężem Małgosi, w jego drugim małżeństwie urodziła się Ania, Majki przyrodnia siostra. Zaprosiliśmy ich na pięć nocy („zobaczysz, że z tych pięciu zrobi się dziesięć, czy oni w ogóle mają jakieś pieniądze?”), okazali się miłymi gośćmi, rano dostają śniadanie, wracają wieczorem na rozmowy o Polsce, która w czasie Solidarności, gdy konspiracja zmuszała do częstej zmiany łóżka, zaludniała się przyrodnimi siostrami i braćmi.
***
Czy to w Bostonie, gdzie czeka srogi inspektor nadzoru budowlanego, czy w Miami, gdzie zbierają się nad nią chmury w biurze wyceniacza podatków od nieruchomości, jej lęk przed urzędem wywodzi się z Polski i objawia się w niechęci do otwierania listów urzędowych. Gdyby nie ja, który jednym szurnięciem palca rozrywam koperty, a zawartość wykładam na stole, przy którym ona prowadzi domową księgowość, pytania urzędów długo pozostałyby bez odpowiedzi, a żądania zapłaty tego lub tamtego —zignorowane.
Zamiast traktować urząd jak bezimienną maszynkę wypluwająca z siebie informacje, ona widzi w nim ludzką twarz, pokrzywiona i złą, i zawsze przeciw niej spiskującą. Przed wizytą, zamiast przeczytać o co urzędowi chodziło, , szuka w papierach domowych wszystkiego, czego urzędnik może zapragnąć: aktu urodzenia skróconego, ale również rozszerzonego, świadectwa ślubu, aktów zgonu rodziców, teściów i urodzenia się dzieci. wyciągów podatkowych z ostatnich lat, zaświadczeń z pracy, zdjęć z lewym uchem, bez okularów, z nie zakrytą głową i bez pokazywania zębów,
Szlachcianka:
— Pojedziemy po to prawo jazdy, czy nie?
Ja:
— Od dziesięciu lat nie pozwalasz mi prowadzić samochodu, więc po co mi to przedłużenie prawa jazdy na Florydzie? Mam drugie niepotrzebne prawo jazdy w Massachusetts.
— A wyobraź sobie, że mnie się coś staje w samochodzie na Florydzie i ty musisz prowadzić z nieważnym prawem jazdy.
— Pokażę prawo jazdy z Massachusetts.
— Zapomniałeś, że wolno mieć prawo jazdy tylko w jednym stanie, jak zobaczą, że masz dwa, to zabiorą ci jedno i drugie, tyle razy ci mówiłam, żebyś nie trzymał obu w portfelu.
— W Ameryce, żeby policjant zajrzał ci do portfela musi mieć zezwolenie sędziego na rewizję osobistą.
— Pojedziemy po to prawo jazdy, czy nie?
(W drodze po prawo jazdy)
Grażyna:
— Jak staniesz w kolejce i ktoś do ciebie podejdzie, to powiesz, że zamówiłam cię na 9:00 rano, będziesz spóźniony, powiesz, że byliśmy w korku, ale mogą cię nie znaleźć na liście, bo internet nie potwierdził mojego zgłoszenia, ze mną było to samo, ale powiedziałam, że wyjeżdżam i dali mi nowe prawo jazdy.
Stoję w kolejce. Podchodzi kobieta i mówi, że nie jestem zarejestrowany w komputerze. Grażyna stoi przy bramce, prześwietlają jej torbę. Wychodzi z budynku, po chwili wraca.
— Nic z tego, nie przedłużą mi prawa jazdy, gdzie byłaś?.
— Znaleźli nóż w mojej torebce. Nie chcieli nawet go zatrzymać, powiedzieli, żebym wyszła i rzuciła nóź w krzaki.
Spacerując po ulicach Miami Beachi przysiadając na ławkach, przypominamy sobie stare wierszyki i układamy nowe:
Siedzi rabin na balkonie,
trzyma ucho w telefonie
Skończył gadkę, nagle hyc!
Rabinową rąbnął w cyc
Leży żona w kapeluszu
Męża ma powyżej uszu
Mąż się podniósł obrażony
Idzie szukać nowej zony
Szukaj, szukaj błaźnie gruby
Pożałujesz takiej zguby
Wkrótce wrócił do chałupy
Nikt mu nie da lepszej zupy
Zupa, dupa, wąż
Kocha żonę mąż
Wierszyki o Wielkich Polakach:
Mieszko pierwszy lepszy
Co zrobi to spieprzy
Król Łokietek był malutki
Nie odmawiał sobie wódki
Jan Sobieski miał trzy pieski
Czarny, biały i niebieski
Tadeusz Kościuszko
wlazł babie pod łóżko
W łóżku była dziura, a on krzyczy: hura!
Generałowa Pułaski
Dupy daje z laski
Mieszkał w Sulejówku Piłsudski marszałek
Do pracy miał kawałek
Nie było mięsa
Znalazł się Wałęsa.
***
W naszym ogrodzie przybłąkał się czarny pies, uszy podniesione jak u rasowego, łańcuszek na szyi, więc z porządnego domu, ale nikt nie ogłosił na slupach o stracie psa, widocznie go nie chcą. Żeby zbyt się do niego nie przyzwyczaić, daliśmy mu polskie imię dla byle jakiego psa: Burek.
Każda rodzina ma swoja psią historię. Nasza zaczęła się od jamnika zakupionego przez Grażynę, gdy tylko zaczęła swoje domowe panowanie. Był to jej sygnał, ze powinniśmy zostać rodzicami.
Po naszej emigracji marcowej Tymnik (odmiana od Jamnik),nie stracił jak my obywatelstwa polskiego, bo nie było go na liście UB, a potem był rezydentem w Danii i USA, gdzie w podeszłym wieku na wyspie BlocIsland, zmarł z obżarstwa, zjadając trutkę na szczury.
Drugim psem była dalmatynka Tonia (pełne nazwisko: Antonina Grzelak), znana z częstych lotów pomiędzy Chicago i Miami, w których czasie jej szczekanie z bagażowni dochodziło do uszu pasażerów. „Nigdy więcej psów”, powiedziała Grażyna po stracie Toni.
Podobnie jak to się dzieje gdy ma się małe dzieci, rodzice ubiegają o miłość psów. Gdy tylko Burek pojawił się w naszym ogrodzie, G. wyciągnęła do niego rękę, na co on, nieprzyjaźnie się od niej oddalił , a wtedy ja dałem psu nogę do polizania, a gdy Burek mnie liznął, zdobyłem punkt. Widząc to G. pojechała do sklepu i przywiozła psie bobki, jedne twarde, drugie miękkie. Zzjadł , więc punkt dla niej.
Za naszym płotem mieszka jamniczka Lucie, z która też mamy psie doświadczenia. Najpierw szczekała na nas dzień i noc, aż G. zaczęła ją karmić przez płot kawałkami kury. Lucie nie tylko przerwała szczekanie, ale wykopała pod płotem dziurę, przez którą przekradała się do naszego domu. Szlachcianka tryumfowała: jamniczka ją kocha.
Sąsiedzi wyprowadzają się w końcu miesiąca i nie będziemy już mieli zaprzyjaźnionego psa. Powstaje pytanie, czy bezdomny Burek zastąpi nam Lucie? Na razie traktuje nas jak przypadkowych znajomych, przychodzi na noc i zasypia na leżaku, rano przegryzie bobkami albo nie i znika na cały dzień. Czasem spotykamy go na spacerach dookoła wyspy. Zatrzymują się samochody i ludzie pytają: „czy to wasz pies?”, na co my odpowiadamy: „nie, on tylko za nami chodzi”, a oni na to: „za nami tez wczoraj chodził, piękny pies, szkoda, że nikt go nie chce”.

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ
