08.01.2022
Najbardziej mnie dziwi to, że wielu ludzi w Polsce nadal się dziwi temu, co przynosi każdy kolejny normalny dzień.
Ostatnie wystąpienie prezesa wszystkich prezesów, w którym on, wiedzący wszystko, potwierdził, że polskie służby jednak mają izraelskie oprogramowanie, pozwalające na całodobową inwigilację każdego posiadacza telefonu, na odtworzenie zapisanych w nim wcześniej treści, na wgląd w zdjęcia i dokumenty – po prostu na wszystko, co obserwowany człowiek robił i robi – to tylko jeszcze jeden dowód kto tu rządzi. Rządzi mianowicie prezes; a reszta to zwykłe urzędasy, na których jak będzie trzeba, zwali się winę. A nawet ukarze, by „lud pisowski” umocnił się w przekonaniu o jego wszechwładzy.
Od sześciu lat w Polsce budowana jest regularna satrapia. Krok po kroku, konsekwentnie i planowo likwidowano trójpodział władzy, który do czasów w Monteskiusza uważany jest za fundament demokratycznego ładu. Mamy za sobą walkę o wolne sądy, o Trybunał Konstytucyjny, o niezależną prokuraturę, o wolne media, o prawa kobiet. Braliśmy udział w pikietach, marszach i różnych innych formach protestu. Pisaliśmy, krzyczeliśmy – „chodźcie z nami”, „wolne sądy”, ***** ***, i inne takie.
Najważniejsze w tym co wyżej jest to „my”.
My, to znaczy kto?
Odpowiedź jest prosta – my, to ta mniejszość gotowa do czynnego protestu, to ci sędziowie i prokuratorzy, którzy byli gotowi płacić nawet dużą cenę za obronę swojej niezawisłości i przestrzeganie prawa, ci dziennikarze, którzy nie przyjmowali propozycji pracy w przejętych przez władzę mediach, ci nauczyciele, którzy protestują i nie chcą realizować programu Czarnka, ci artyści, którzy walczą z reżymem Glińskiego. Trzeba by wymienić jeszcze wielu konkretnych ludzi, wiele środowisk, ale to nadal nie stanowiło dotychczas masy krytycznej, osiągnięcie której prowadzi do wybuchu. Wybuchu na miarę bomby atomowej, który obraca wszystko w perzynę, zostawiając trwały ślad na lata.
Sytuacja w Polsce po sześciu latach budowania tej satrapii jest bowiem taka, że tylko taka bomba zmiecie satrapę i jego drużynę. Żadne gry parlamentarne, żadne komisje śledcze, żadne programy naprawcze czy interwencja organów unijnych nie przyniosą oczekiwanego przesilenia. Prezes pokazał już wielokrotnie, gdzie ma takie gierki, unijne Trybunały czy Komisje. Tutaj liczy się tylko siła, brutalna siła przekraczająca możliwości pacyfikacji sił podległych prezesowi.
Czy to się stanie?
Moim zdaniem: tak i to niedługo. Do gry weszły nie wartości, nie praworządność, do gry weszły problemy fundamentalne. To kryzys gospodarczy i zapaść finansowa państwa oraz rozpoczynająca się spirala inflacyjna, która może doprowadzić nas do całkowitej ruiny. Kto pamięta, ten pamięta – wymianę pieniądza, inflację na takim poziomie, że wszyscy zarabiali miliony za każdy miesiąc pracy i ceny podstawowych artykułów spożywczych wyrażane w setkach złotych za bochenek chleba. Bolało, gdy trzeba było wychodzić z tej zapaści. Będzie bolało również i teraz.
Drugi problem to zagrożenie życia wielu ludzi w Polsce, powodowane kolejnymi wariantami wirusa i całkowitą abdykacją władzy w walce z epidemią. Można było, kierując się znanym powiedzeniem Józefa Stalina – „u nas ludiej mnogo” nie przejmować się zgonami na poziomie pół tysiąca, a nawet więcej dziennie. Co stanie się jednak, gdy w Polsce na skutek infekcji wirusowej i całkowitej zapaści służby zdrowia zacznie umierać po kilka tysięcy ludzi każdego dnia?
A tak się stanie.
Wtedy nawet najgłupsi przeciwnicy szczepień się przerażą, wtedy zacznie się horror, znany z opisów wielkiej zarazy, jaka wystąpił w przeszłości w Polsce i na świecie. Tego, że w Polsce umrze nie 100 tysięcy a milion czy dwa miliony ludzi nie da się zakryć kolejną ustawką, czy innymi prostackimi gierkami młodych źle wykształconych doradców premiera. Tych, co to mają receptę na wszystko, co potrafią przekuć każdą klęskę w sukces medialny (we własnym rozumieniu, naturalnie).
Nawet ta władza nie zbuduje dla siebie wydzielonych stref bezpieczeństwa, sieci własnych szpitali, w których dla nich zawsze znajdzie się wolne łóżko czy respirator. W kraju, w którym liczba lekarzy na 10 tysięcy mieszkańców jest taka, że jesteśmy na samym końcu listy OECD; gdzie lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym i wszystkim innym zatrudnionym w opiece zdrowotnej nadal odmawia się należnym im wynagrodzeń; w kraju, z którego młodzi lekarze w trosce o własny rozwój zawodowy i godne życie bezpośrednio po skończeniu długich i trudnych studiów wyjeżdżają – klęska epidemii, jaką obserwujemy obecnie na świecie, z milionem zakażeń dziennie w Stanach Zjednoczonych czy kilkuset tysięcy w bliskich nam krajach Europy, musi wywołać efekt bomby atomowej.
Będzie bolało – ale inaczej się chyba nie da uciec z satrapii, która jest też taką epidemią, ale budowaną na lata. W przypadku tej satrapii, na stałe.
To, co opisane wyżej – to scenariusze budowane na twardych faktach – drożyźnie i chorobie z jej śmiertelnym żniwem. Ale jest jeszcze cień szansy, że uda się nam to załatwić inną ścieżką, miękką, taką, która zawarta jest w wewnętrznej strukturze rządzącego obozu. Nadal jest bowiem spora szansa na to, że w perspektywie kilku miesięcy oni zniszczą się sami.
Nagromadzenie i ujawnienie chorych ambicji, gry interesów, wzajemnej nieufności, co każdego dnia ujawnia obóz władzy, pozwala mieć nadzieję, że w ciągu kilku miesięcy zobaczymy efektowny upadek prezesa i jego akolitów.
Też będzie bolało, ale mniej.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
