31.01.2022

ECHA WYDARZEŃ: Jak w teatrze: strzelba wisiała, wisiała, co zapowiadało, że kiedyś wystrzeli… Wystrzeliła. Nabojem ostrym czy ślepakiem – czas pokaże. I rywale, w przedkatarskich barażach. Najpierw Rosjanie, a potem – jeśli będzie „potem” Szwedzi bądź Czesi…
Czesław Michniewicz ogłoszony trenerem – selekcjonerem reprezentacji futbolowej. Była wreszcie konferencja prasowa, prezes PZPN w miarę gładko (będę ciut złośliwy – z wdziękiem rządowym) poinformował, medialiści popytali. Niektórzy „na ostro”, inni – po kibicowsku. Normalka.
Nowości – w odpowiedziach raczej nie pobrałem. Czy – zresztą – można się było takowych spodziewać? Chyba tylko ewentualnie odpowiedzi na pytanie: Dlaczego tak długo PZPN się z problemem organizacyjnym zmagał, i tak kulawo…
Reszta jest banałem. Bo z tej posady, akurat w piłce – ma się do powiedzenia wprawdzie dużo, ale wpływ na sedno spraw bierze się z układu, nie z pracy na tzw. warsztacie.
Występuje się z pomysłem na granie, wybiera realizatorów, szuka akceptacji partnerów i „szatni”, ale praca nad wytrzymałością, szybkością, techniką itp. – to już sprawa klubów, nie szefa reprezentacji. On ogląda, wybiera, niby może podpowiedzieć coś wybranemu, albo jego trenerowi klubowemu. Ale czy przyjmą sugestię? Zechcą?
To nie czas, gdy Kazimierz Górski (ze sztabem) długo budował i zgrywał reprezentację „tamtego czasu”. Nawet, gdy Wójcik szkolił barcelońską wyprawę. A już na pewno inaczej pracował Papa Stamm, biorąc każdego podopiecznego „na tarczę”, osobiście. Jak Hubert Wagner, o którym mawiano, że kiedyś wymyślał takie formy szkolenia, że każdy trening mógł stanąć za rozprawę doktorską. Jak Jan Mulak chętnie „współbieganiem” dawał przykład mistrzom bieżni. Albo jak Janos Kevey, przybysz z Węgier, który tak się zadomowił w światku świetnych polskich fechtmistrzów, że ukształtował polską szkołę szabli…
W piłce reprezentacyjnej jest „dowodzenie i wybieranie oraz dobieranie”. Niby też trenerka, ale jednak jakaś inna, zdystansowana.
Czy pan Czesław temu podoła? Czy prezes Kulesza dobrze wykombinował – czas wkrótce zacznie pokazywać.
Dziś można rzec, prezes jest na remis. Plus, że ucywilizował materialnie (PZPN bez strat), dezercję Sousy. Minus – że tak wolno gonił kalendarz, nim wybrał.
A przy okazji – mam pytanie. Czy portugalski trener, dżentelmen nie bez reszty, zostawił w spadku następcy jakieś materiały, analizy, sugestie – ogólne i może personalne? Podczas debiutu konferencyjnego takiego pytania nie usłyszałem…
PZPN-owsko – wyborczy teatrzyk w ogóle wywołał refleksję pt. TRENERZY. Z pytaniami włącznie.
Jak to jest, że mamy tyle uczelni sportowych, a w wielu dziedzinach „import” musi brać górę nad „produkcją”? Czego nie krytykuję, bo kontrakty dla lepszych zawsze bardziej cenię niż dla swojaków z mniej nowoczesną wiedzą oraz doświadczeniem. Ale…
Siatkówka, koszykówka, skakanie na nartach itd. – świeżutkie, pierwsze z rzędu przykłady. Trochę jednak ubóstwa w bogactwie… Dlaczego tak mało panów Matusińskich (Aleksander, trener 400-metrówek), którzy mają sławę światową, a podopieczne nie schodzą z podium?
Właśnie parę dni temu pani Kiełbasińska uzyskała najlepszy w sezonie wynik na świecie i drugi w historii polskiego biegania na tym dystansie, po Irenie Szewińskiej (1976 – 49,28!). Do Irenissimy wciąż „Aniołkom Matusińskiego” brakuje przełamania bariery 50 sekund, ale medale już są, sława – jest, front natarcia w światowym wymiarze. Tylko – przymało panów Matusińskich w rodzimym sporcie.
No, gdzieś w tle jeszcze weteran sztangi – Zygmunt Smalcerz. Teraz w Norwegii, wcześniej w Stanach. Nie chce – „u nas”, czy – jego nie chcą? Nie wiem, kiedyś bym zapytał – spotykaliśmy się na bazarze, przy Obozowej…
Na koniec – apel przedolimpijski: Bądźmy oszczędniejsi w zachwytach treningowych skoków naszych tuzów. Że coraz lepsze, znakomite. Bo przecież w zawodach wciąż jest jeszcze inaczej i nie ma co tak walić w bęben aspiracji.
Wróci pełna dyspozycja na czas olimpijskiego skakania – będzie miłe zaskoczenie, ale z presją wróżb w tej fazie dajmy sobie spokój. I z panamałyszowyn gaworzeniem, że nas przestali lubić, bo się nawet do butów przyczepiają – też bądźmy ostrożni. Niezależnie od tego, że rzeczywiście z ograniczeniami chyba już przesadzono…

Andrzej Lewandowski
Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”.
Więcej w Wikipedii
