09.02.2022
Trafił mi się kiedyś zbiór praw wydanych przez rosyjskiego cara Aleksego Michałowicza w 1648 roku. Ze wszystkich zawartych w nim przepisów najbardziej spodobał mi się jeden. Chodziło o to, że kiedy car udawał się na nabożeństwo do cerkwi św. Wasyla na Placu Czerwonym, nie wolno było go niepokoić i zawracać mu głowy jakimiś prośbami czy wręczaniem petycji.
Jakaż kara groziła za tak potworną zbrodnię?
Cytuję – „ … jaka się Najjaśniejszemu Panu wyda stosowna”.
To było kilkaset lat temu w państwie, co do którego zawsze były zastrzeżenia, jeśli chodzi o nadążanie za kierunkiem cywilizacji, jaki obrała reszta Europy.
Powodująca dreszcze na plecach dowolność w stosowaniu prawa, samo prawo zależne od widzimisię jednego w gruncie rzeczy człowieka – na szczęście to odległa przeszłość i na dodatek nie nasza.
Na pewno?
Nie tak dawno skończył się proces kilku aktywistek oskarżonych o urażenie czyichś uczuć religijnych przez ozdobienie obrazu Madonny Częstochowskiej tęczą, które to zjawisko o ewidentnie biblijnych konotacjach w oczach wielu polskich katolików jest zbrodnią samo w sobie i powinno dostać zakaz ukazywania się na niebie przynajmniej w niedziele i dni świąteczne!
Zbrodnia urazy czyichś uczuć religijnych zapisana jest w kodeksie, co już samo w sobie stanowi kuriozum w cywilizowanym świecie. Dlaczego?
Z powodu dość oczywistego. Nikt nie jest w stanie obiektywnie zdefiniować owych „uczuć” ani ich urazy udowodnić. A skoro tak to ów paragraf staje się wygodnym narzędziem do dyscyplinowania dowolnych grup osób, z którymi władza ma na pieńku. Widać to i po liczbie i po kierunkach wszczynanych śledztw na tej postawie. Kiedy absolutnie subiektywne odczucie zostaje chronione przez powszechnie obowiązujący przepis prawny, musi dochodzić do absurdów – to w najłagodniejszej wersji, a do ludzkiej krzywdy w najgorszej.
Po co więc coś takiego tkwi w kodeksie?
Po co nam paragraf, który stosowany jest i będzie stosowany podobnie jak owo prawo cara Aleksego – kiedy i jak się „najjaśniejszym panom” spodoba.
Bez trudu można podać przykłady na to, że kiedy coś „uraża” jednego katolika, drugiego taka przypadłość się nie ima. Dlaczego więc prawo państwowe bierze w obronę uczucia jednego, a drugiego nie?
Znacie państwo jakieś logiczne rozwiązanie tego dylematu? Ja nie.
Na jakiej podstawie władza uzurpuje sobie prawo decydowania o tym, co kogo uraża, a co nie? Tym bardziej że subiektywne odczucia osób zaliczających się do „urażanej” grupy są często całkowicie odmienne?
Można na ten temat snuć różne przypuszczenia. Np. takie, że ścisłe zdefiniowanie, jeśli założymy, że w ogóle jest możliwe, automatycznie likwiduje dowolność stosowania owego prawa. Może właśnie to jest powodem, że na jego definiowanie nikt się jeszcze nie pokusił? Taka dowolność to w niektórych przypadkach wielka wygoda dla władzy, jak to już car Aleksy odczuł.

Dziś możemy ów przepis zastosować wobec dowolnej osoby i w dowolny sposób. Co najciekawsze, nie słyszałem, by zastosowane je względem osób ewidentnie naruszających powagę elementów religijnych w życiu społecznym np. przez stroje wyglądające jak jawna drwina z czyjejś religii, wpychanie motywów religijnych w miejsca jak najmniej dla nich stosowne itp.

Wszystkie te „zakony”, których ostatnio obrodziło jak „rycerze Maryi”, aż po „chuliganów Chrystusa” stanowią przecież parodię religii, która tak usilnie domaga się uznania i szacunku. Nie słyszałem, by jakikolwiek jej przedstawiciel grzmiał na temat elementów religijnych zastosowanych w nieodpowiedni sposób. Szczególnie jeśli robił to ktoś deklarujący posłuszeństwo wobec hierarchii. Zloty na Jasnej Górze od wielu już lat przypominają zgromadzenia bojówek znanych z czarnych kart naszej historii i jakoś nikomu to nie przeszkadza. „Religia miłości” nie widzi niczego niestosownego w błogosławieniu bandziorów, którzy nawet nie kryją się ze swojego stylu życia, ba – są dumni z niego.

Tymczasem sądom każe się rozstrzygać sprawy z pogranicza prawa, jak np. casus kierowniczki IKEI, której wytoczono proces o zwolnienie pracownika, który „popisał się” homofobicznym wpisem na jakimś forum. To, że w takiej sprawie Biblia była jednym z tekstów, na podstawie którego oceniano zachowanie owej kierowniczki to już zwyczajny cyrk, a nie prawo.

To co mnie najbardziej martwi, to brak reakcji, brak sprzeciwu wśród polityków od prawa do lewa, którzy powinni o tym trąbić dzień i noc tak długo, aż polskie prawo państwowe odejdzie nieco dalej od prawa cara Aleksego z 1648 roku.
Jerzy Łukaszewski
