17.02.2022

Moja córa, która opuściła macierz i umościła się w Szwecji, gdzie jeszcze nie wytwarza dochodu narodowego, ale się przysposabia, nazywa to, co piszę „machaniem szabelką”. Takie czasy. Kiedyś ścigałem się z ZOMO (kto nie wie: Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej), nie bez sukcesów, bo biegałem w klubie „Olimpia” (żeby było śmieszniej – milicyjnym) 200 i 400 metrów. Potem minęło 40 lat i z udziału w strajkach przerzuciłem się na przepychanki z rodzimymi bolszewikami.
Mam świadomość ograniczonego wpływu tej presji. Ale, jak mawiają, ziarnko do ziarnka… Mamy odmieniony technologią komunikowania się i pandemią real. Jedno mi się nie zmieniło. Już za „czerwonych” upierałem się, że władza zbudowana na kłamstwie nie ma przyszłości. Poza tym, jak pisze Adam Bodnar (cytując autorów opisu „rządzenie przez oszukiwanie”), jeśli wszyscy zaczną traktować kłamstwo jako coś normalnego, to stają się uczestnikami systemu władzy. Dlatego niegodzenie się jest wskazane.
Nie mam nic do Szwecji, oprócz tego, że jest tam za zimno, państwo dba o obywateli, a jak latem Wisła prawie wyschła, to okazało się, że Szwedzi kradli w Warszawie marmurowe kolumny (w czasach „Potopu”), które im się wysypały do rzeki, żeby zaświadczyć o prawdzie dziejów.
Od 1989 roku, kiedy w czerwcu odzyskaliśmy niepodległość, wyjechało z Polski 2,5 miliona Polek i Polaków. Niekoniecznie, żeby zdobyć tylko chleb. Bo się okazało, nie pierwszy raz, że jesteśmy nacją przedsiębiorczą, chociaż nad Wisłą nie do zniesienia z powodu, że jesteśmy Chrystusem Narodów (z resztą w dużych grupach polskich za granicą – też). Przedsiębiorczość owocowała stanowiskami nie tylko na zmywaku. Kryzys demograficzny to podkreśla. Lukę w części wypełnili Ukraińcy.
Skromna jest, jak sądzę, wiedza, że w końcu ubiegłego roku obywatele Ukrainy mieli blisko 600 tysięcy legalnych umów o pracę w Polsce. Dla porównania: nieco ponad 330 tysięcy w Republice Federalnej Niemiec, która w świadomości rodaków jawi się jako Mekka imigrantów.
Ciągle mnie gnębi, że Naczelnik z Nowogrodzkiej nie zna się na gospodarce, jak lubi zauważać opozycja, a gospodarka nie zbankrutowała. Może całe szczęście, bo gdyby się znał, to przy przekonywaniu, że jest najmądrzejszy, już mielibyśmy ruinę. Podobno, w sprawach gospodarki, kieruje się intuicją i węchem społecznym.
Taki Adam Glapiński, szef NBP, zapoznany z ekonomią, a sprowadził nam inflację upierając się przy niepodnoszeniu w porę stóp procentowych. A Kaczyński nie dopuścił do długu publicznego wyższego o 60% w relacji do PKB, czego zabrania Konstytucja. Wieść niesie, że nie kierując się intuicją, a ze strachu przed zapaścią made in Gierek, która mu się wryła w pamięć, bo sam doświadczył, jak smakuje musztarda z popitką octu. No może nie zupełnie, bo zawsze miał wstręt do zakupów.
Gospodarka ma to do siebie, że obnaża, jaka jest po latach. Przez sześć lat udało się utrzymać w tajemnicy, że władza w gruncie rzeczy nie wtrącała się do „naprawiania” tego, co działało w biznesie (poza drobiazgami typu ustawy o zakazie handlu ziemią i lasami, który zdolni rodacy i tak obchodzą). Bez ideologicznego zadęcia, (jak to ma miejsce w „reformowaniu” edukacji) zaakceptowała korzyść z nakręcania globalnej koniunktury po kryzysie w 2008 roku posiadanie pod bokiem chłonnego rynku UE, czy konsumpcyjnych ambicji obywateli starających się o opuszczenie sektora „ciemnego ludu” i awansowania do klasy średniej.
Na dziesięć pytanych na ulicy osób, jakie jest największe polskie przedsiębiorstwo, dziesięć odpowie, że PKN Orlen. A to błąd. Największą branżą są centra usług wspólnych, zatrudniające blisko 350 tysięcy pracowników. Państwem w państwie, jakim było górnictwo w PRL, miało ono zatrudnienie na tym poziomie. Zgromadzenie wieżowców w warszawskiej dzielnicy Wola, które zasiedlają pracownicy usług wspólnych od informatyków po znawców fitness (dobrze opłacanych, ale mniej niż w Rotterdamie czy Frankfurcie) skądś się jednak wzięło.
Centrum kapitalizmu w robotniczej niegdyś dzielnicy powstało nie dlatego, że olewamy Zachód – tylko wprost przeciwnie. No i, że to się władzy i inwestorom opłaca. Udział Niemiec w polskim eksporcie w okresie rządów PiS, które tak w ogóle to Niemców nie kochają wzrósł z 27,1% w 2015 roku do 29% w roku 2020. Za czasów słusznie minionych wysyłaliśmy do bratniego ZSRR pociągi z węglem z pierwszeństwem przejazdów. Na wschodni rynek trafiała też większość statków produkowanych w polskich stoczniach.
Nie zaszkodzi wiedzieć, że obroty z Niemcami są dziś większe niż z ZSRR. Ponad 2 miliony małych i średnich firm tworzy tylko 70% dochodu narodowego. Przez sześć lat nie doszło do centralizacji zarządzania gospodarką. W spółkach skarbu państwa, gdzie się dokonała, zawłaszczanie przez „swoich” kasy, stało się powszechną praktyką.
Gospodarka „pod ukryciem” to eldorado dobiegające końca. Inflacji i niedostatku energii nie da się naprawić w krótkim czasie. Szykuje się gospodarka okresu stagflacji, czyli inflacji plus słabnący rozwój. Możemy się pocieszać, że rozdawnictwo poza budżetem, co doprowadziło do bankructwa Grecji, tylko częściowo dotknęło polskie finanse.
Jerzy Dzięciołowski
źródła obrazu
- dzieciol: BM
