WaszeR Londyński: Czerwony karzeł6 min czytania

()

18.02.2022

Te kosmiczne karły to gwiazdy. Niewielkie, ale dosyć aktywne. Podobno jest ich we Wszechświecie znakomita większość. Tyle że dosyć kiepsko w piecu palą, w związku z tym emitują z paleniska zbyt słabe światło i są z powierzchni Ziemi niewidoczne gołym okiem. Ich jasność jest odwrotnie proporcjonalna do aktywności, która z wiekiem maleje. To oszczędzanie paliwa w sumie wychodzi im na dobre, bo pono przetrwają wszystko, co od Big Bangu w przestrzeni świeci, obraca się, pędzi, wchłania i z siebie wypluwa. Nadto mają dosyć ciekawe i kolorowe życie. Hajcując miliardy lat, z czerwonych stają się z czasem błękitne, żeby dojść do bieli, a po wypaleniu, czerni. Czarny karzeł może i nie najgroźniejszy, ale brzmi dosyć ponuro. Przy nim zapewnienie kosmologów, że czerwone karły nigdy nie staną się olbrzymami, nie przekonuje. A właściwie trafia na brak skażonego ekscytacją zainteresowania. Zbyt odległy problem. 

Tam – miliardy lat, na ziemskim gruncie tygodnie, miesiące, lata. Czasem dni, godziny. No i właśnie w tej chwili na naszej wschodniej flance dni może są już policzone. Prawie fizycznie odczuwamy zagrożenie ze strony konusa-megalomana rozmarzonego o synostwie Uranosa i Gai i światowym samodzierżawiu. Wbrew nieodwracalnym zmianom towarzyszącym świata rozwojowi. Ma za sobą przerażające zwykłego śmiertelnika argumenty siły i wielowiekowe zakotwienie mocarstwowości w ruskich umysłach i sercach. Car Władimir Bezwzględny. Gwiazdor. Czerwony karzeł. 

Jakby dobrze się rozejrzeć, to takich karłów, ziemskich karłów, jest ci wkoło dostatek. Niewyględnych, a szkodliwych. Rozanielonych własną doskonałością i nabitych mrzonkami. Różnej wielkości, rodzaju i intensywności szkodliwego emitowania, o odmiennej kolorystyce. Nawet karlice nie są czymś w przestrzeni deficytowym. Jedno ich wszystkich cechuje: głębokie zakompleksienie zespolone z przerostem ambicji. To, że nie wszędzie grają pierwsze skrzypce, nie wszędzie są bałwochwalczo podziwiani. A jeśli już, to niewystarczająco. Jakby umykał im fakt, że cywilizowany świat od dziesięcioleci już preferuje wariant bycia orkiestrą: dostrajać się razem, ćwiczyć i wspólnie koncertować. Lub mają to zgranie głęboko w tyle. Ich awersja do harmonicznego współbrzmienia zatrąca o patologię. A pragnienie majestatycznego górowania jest już czystą paranoją. To inni mają więc giąć się w pas i przyklękać przed majestatem. I drżeć przed niejasną przyszłością. 

Żyjąc w Paryżu, Londynie, czy innym Nowym Jorku – to teatry wystarczająco od Polski odległe – można nie obawiać się o własny tyłek. Ale o rodzinne konary nadal pochylające się gdzieś nad ojczystym gruntem…? Tamtejsze rządy mogą nawet wniebogłosy wydzierać się w sprawie zwrotu Ukrainie wschodnich prowincji i Krymu. Ich społeczeństwa natomiast chciałyby beztrosko u siebie w domu żyć bez zawracania głowy nie swoimi okropnościami. A i tak mając na karku, oprócz cały czas szkodzącej pandemii – różnych porąbanych Trampów, Johnsonów, Le Penów i im podobne dziwadła. Amerykanie solidnie odrobili lekcję wietnamską. Potem jeszcze zaliczyli korki z Iraku i Afganistanu. Nerwowość reagowania tu i tam im nie przeszła, ale chyba już wiedzą jak podejść do egzaminu. Sojusznicy jak amerykański cień. Nikt nie będzie się bił za samą Ukrainę. Chyba że Putin wpadnie w poślizg, a zbrojne hufce, zbyt gorliwie spiesząc na ratunek, stracą panowanie nad realiami, wymuszając odpór. 

Czy te nasze, nieudające nawet chęci sensownego wzięcia odpowiedzialności za losy Kraju, decydujące o wszystkim barany zamierzają coś robić w kierunku zapewnienia Polsce-Polakom bezpieczeństwa w przypadku wybuchu konfliktu? Bo realne zagrożenie cały czas istnieje!

Tylko konkretnie, proszę, tu i teraz, punkt po punkcie. Przy czym ten najbardziej eksponowany goguś pałacowy niech sobie bełkocze we własnym gabinecie, ale publicznie lepiej niech milczy. Zawodowców wzywam na start. Dla uspokojenia i przygotowania społeczeństwa. Przecież żyją kolejne już u nas pokolenia nieznające wojny, zasad przetrwania w prawdziwie wojennym realu, nie w wirtualnym świecie. Nasze wschodnie rubieże to pięta achillesowa obronności. Znając apetyt kremlowskiego watażki, Ukraina może dosyć szybko zostać połknięta. Agresji z terenu Białorusi nie przeszkodzi żaden nafaszerowany elektroniką mur. A północno-wschodni odcinek lądowej granicy to wrota, przez które szybko wleją się pancerne hordy. Powietrzne przygotowanie przedpola zlikwiduje wszelkie ewentualne problemy. O stanie naszej obronności, czyli poziomie kadry dowódczej, wyszkoleniu, jakości sprzętu oraz istnieniu zaktualizowanych planów taktycznych, co nieco trąbią od kilku dni publikatory. Klęska! Główne ukłony temu ministerialnemu oszołomowi od komisji smoleńskiej.

Zaniedbania w infrastrukturze po naszej stronie widoczne gołym okiem. No bo ważniejsze było inwestowanie w kanał Nowy Świat i Centralny Port Lotniczy. Jakby to na nich mógł sobie hipotetyczny agresor zęby i gąsienice połamać. Cała nadzieja, choć nie wiem, czy nie na wyrost, w amerykańskich odstraszaczach. 

W związku z utrzymującą się niebezpieczną sytuacją i niewydumanym bynajmniej zagrożeniem dla nas propozycja jest nie do odrzucenia: w trybie pilnym, a nawet bez żadnego trybu, w czym mamy przecież wprawę, należy w Polsce zainicjować pospolite ruszenie. I tak: 

– na linię przesmyku suwalskiego i granicy z obwodem kaliningradzkim – solidarnie chłopaki od Ziobry, te intelektualne tytany, w celu utworzenia korpusu dowódczego; jednostki taktyczne: brygada patriotycznie nastawionych Wesz Polaków oraz armia zaprawionych w marszach niepodległości bysiorów Bąkiewicza. Tym ostatnim sam miażdżący patriotyzm, petardy i race powinny wystarczyć. I pochodnie, noce jeszcze długie. Niepodległość Niepodległej w waszych wytatuowanych łapskach, kumotry. Tak wam dopomóż… 

– Na granicę z Białorusią, do ochrony niezakłóconego przebiegu budowy płotu, cała pisowska wierchuszka wyjątkowego patriotyzmu: polityczna, ustawodawcza i wykonawcza. Buławę niech dzierży błogosławiony Przebrzmisław Czarnek. Uda się tam z jedynie słuszną pedagogiczną reprymendą, a przy okazji będzie mógł wykrzyczeć Łukaszence zbrodnię likwidacji języka mniejszości polskiej. Jak nikt inny nadaje się do tego. 

– Na gorącą ukraińską granicę – wszystkie organizacje pomocowe, humanitarne, ludzie dobrej woli – do pomocy wojennym uciekinierom. 

To już kolejna doba po prognozowanej dacie niewybuchłej jeszcze złowrogo przyczajonej wojny. Sprzeczne czasem relacje z wszystkich kierunków: wycofywanie, pozorowane przesunięcia, prowokacje separatystów w Donbasie. Manewry na Morzu Czarnym i Azowskim, demonstracyjne ruchy na Morzu Japońskim. Przeloty nad Bałtykiem i Morzem Północnym. Dziś niby z Kosmosu wszystko widać jak na dłoni, analitycy po nieprzespanych nocach, ale…

Sto kilkadziesiąt tysięcy uzbrojonego po zęby karnego żołnierstwa w przygranicznym pasie ma swoją wymowę. A hybrydowa wojna w postaci nieuchwytnej dla radarów i satelitów – osłabiania gospodarki i morale ludności, przecież cały czas trwa. I jeśli rzeczywiście są to tylko gigantyczne ćwiczenia, to zapewne też w robieniu zamieszania mającego przyćmić uchwałę Dumy skierowaną do akceptacji głowie państwa w sprawie uznania zaanektowanych terytoriów wschodnich Ukrainy za republiki niepodległe. Ten ruch już określono jako pełzającą aneksję.

Na co, żeby świat, spuszczając wzrok, pomarudził trochę pod nosem, ale nie zawył protestami i nie przywalił sankcjami, tylko siedział upojony euforią, że oto uniknął wielkiej europejskiej zawieruchy wojennej.

A to, że w najlepszym wypadku niepodległy kraj będzie przez długi czas wchłaniany metodą podgryzania, nie jest już tak spektakularne i dla wielkiej polityki niestrawne. Ten czerwony karzeł na pewno nie porzuci wyolbrzymionych mrzonek. 

WaszeR Londyński 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.