24.12.2025
Anty-sacrum? Paranoje i okrucieństwa
Święta upadły na głowę. Jeszcze przedświątecznie.
Śniegu ni hu-hu. Na razie jesień, wydaje się, zrezygnowała z pośrednictwa zimy przechodząc z rozpędu w wychłodzoną wiosnę. Ale w Polsce i na świecie, nawet w aktualnie gorących strefach, same mrożące wieści.
– Bełkot Trumpa w sprawie Ukrainy wyszedł z fazy zawoalowanej i już wiadomo, że chce ją sprzedać na pniu. Pokojowe bajania Putina sięgają granicami nie tylko całej Ukrainy, ale i przyległych terenów dawnych demoludów.
– Ekstremiści wszelkiej maści i przeróżni dewianci polujący jak rok okrągły na okazje, tradycyjnie już z okiem na muszce i palcem na spuście w kierunku jarmarkowych przeludnień.
– Chanukowe światło tym razem poraziło fanatycznych wielbicieli Proroka w Australii – plaża Bondi w Sydney splamiona krwią.
– A niezapalone jeszcze, w kraju, już oślepiło prezydenta RP, ten w konsekwencji niebezpiecznie potknął się o narożnik Okrągłego Stołu. Oba stresotwórcze zjawiska wykreślono z pałacowej ewidencji. I to są jedyne ofiary tego purnonsensu, nie licząc politycznych ofiar losu. W Sejmie – jak co roku, a Braun nadal z zakazem wstępu.
– Ziobro pozostał za granicą, by skuteczniej stawić czoła postępującej w Polsce autorytarnej rzeczywistości. Umknęło mu, że jeśli ktoś stawia czoła, i to dosłownie, to Andrzej Poczobut w białoruskiej kolonii karnej.
– Węgierski azylant, Marcin Romanowski, decyzją polskiego sędziego odzyskał swobodę podróżowania po szerokim świecie. Poza granicami malutkiej Polski, oczywiście.
– Dwunastolatka nieodwracalnie wyrównała finką rachunki z młodszą koleżanką ze szkoły. Dramat dwóch rodzin. Czy to już fanatyzm, niezamierzony przypadek, czy jeszcze emocjonalna niedojrzałość? Czyja – dzieci czy rodziców?
– Gdzieś w tle bieżących tragedii rocznice: grudnia 1970 r. na Wybrzeżu i wprowadzenia stanu wojennego w ’81, oba wydarzenia krwią zapisane w historii i pamięci.
Oto świąteczny grudzień stygmatyzowany.
Święta upadły na głowę, że w ogóle są. Takie łagodne święta, w tak podłym czasie, z przymusem ich odświętowania bez względu na okoliczności, albo… może właśnie z ich powodu?
*
Z notatek sprzed lat:
Przedświąteczny Londyn jest zabójczy dla zgorzkniałego starego samotnika. Wkoło już tylko młodość szczebiocząca, uśmiechnięta, prowadzająca się za ręce. Dźwigająca zakupione choinki. Zafrasowaniem w czymś przebierająca na straganach, dyskutująca ze sprzedawcami przed zakupem jakiegoś okolicznościowego a niebanalnego drobiazgu.
Młodość jest przebojowa, zaradna. Niełatwo dojrzeć ubóstwo w tym rozgorączkowaniu zakupowym. Podobnie niełatwo w licznych i różnorodnych lokalach gastronomicznych zapełnionych od późnego rana do właściwie… wczesnego rana. Trzeba się przecież czymś posilić – pal licho zdrowym czy niezdrowym – ale szybko i aromatycznie, a może nawet urwać tę garść minut obłędnej gonitwie wiecznie za czymś, na konto przyjacielskiego pogadania. I czas, i kasa płyną wartkimi strumieniami bijąc wszelkie rekordy roztrwonienia.
Starość przemieszcza się niespiesznie, oszczędnie. Często musi meandrować unikając zderzenia z rozpędzoną młodością nie używającą ni świateł stopu, ni kierunkowskazów. Albo jeśli w ogóle chce ta starość marsz kontynuować napotykając na swej drodze zaporę z rozdyskutowanej gromady. Dzięki tej powolności starość ma czas na obserwacje i przemyślenia. I soczyste nieraz komentarze, bowiem bieżące komentowanie dookolności jest dla niej jak turbodoładowanie ze wspomaganiem – czasem pozwala pokonywać wręcz komfortowo odcinki specjalne bez rejestrowania własnych niedomagań, nierówności nawierzchni czy niesprzyjających warunków atmosferycznych. Bez odczuwania całego tego stetryczałego rozklekotania. Choćby i podzespoły nadal trzeszczały, zgrzytały i jęczały jak do tej pory. Podrasowane ostatnimi kroplami przeterminowanej adrenaliny. Z na pozór cofniętym licznikiem i nie przedłużoną homologacją. Starość na obrotach. Jeszcze.
*
Z tegorocznych notatek:
Ponadsiedemdziesięcioletnia mieszkanka północnej stołecznej dzielnicy, zapuszkowana na czwartym piętrze bloku z wrodzonymi zwidami o windzie, nieszczęśliwa posiadaczka wielu chorób i dolegliwości, w tym tych zagrażających egzystencji, oraz znosicielka wszelkich niedogodności związanych z zasiedlaniem blokowiska, żyjąca pośród osobników o różnych rodzajach i natężeniach empatii, względnie jej braku, oraz wielorakich egoistycznych dziwactwach. Bezdzietna. Po traumatycznych przeżyciach, od lat samotna z wyboru.
Ponad sto kilometrów na południe kraju, w podmiejskiej wsi gminnej z ograniczonymi możliwościami dojazdu do komunikacyjnego węzła, w leciwym domu obarczonym przytłaczającą koniecznością powstrzymania popadania w ruinę, jej niemobilna, dziesięć lat młodsza siostra. Gdzieś tam bliżej i dalej po okolicy, zmotoryzowani – starszy brat i siostrzeniec z rodzinami, zagnieżdżeni w własnych kokonach, wszyscy w atmosferze zakulisowych familijnych animozji i różnej proweniencji nieporozumień. Starsza może liczyć wyłącznie na młodszą, niechętna, ale i coraz mniej zdolna do opuszczania swojej gawry, paradoksalnie alergicznie reagująca na wieść o jakichkolwiek, nawet miłosierdziem powodowanych, odwiedzinach. Młodsza, również z bukietem stanów rujnujących życie, już nie na żarty przerażona perspektywą pochylenia się nad siostrzanym, postępującym niedołęstwem. W dobie telefonii komórkowej systematyczne, nieraz kilka razy dziennie, utrzymywanie łączności, również w formie video, przy okazji jakichś, nieraz błahych, rodzinnych wydarzeń. Niegdysiejsze zjazdy rodzinne już wyłącznie w sferze wspomnień lub futurystycznych fantazji nie z tego świata. Obustronne, z racją na bakier, żale, nie zawsze tłumione, na stałe wklejone w egzystencję. Kliniczny ambaras. Mega węzeł gordyjski. Coraz trudniejsza codzienność. No i te święta, o które rokrocznie trzeba się potknąć…
Rokowania na dziś – wybij sobie z głowy.
No bo to nie takie proste. Aż się tu prosi nieudolne splagiatowanie zeszłorocznych Świąt Marka Jastrzębia, który to felieton dostarczył mi metafizycznych wzruszeń:
Ha… świąteczność, serdeczność, familijność… Bardzo łatwe do uzyskania w maglowanej od dzieciństwa ckliwej atmosferze tradycyjnych uroczystości. Latami utrwalane. Rozkwitające zwłaszcza w aromatach niecodziennych przygotowań do wyżerki w poszerzonym składzie. Odgrzewane, odsmażane, pichcone na okoliczność. Konsumowane z rosnącą ekscytacją. Podsycane kropelką, lufką, setuchną. Seniorską pigwóweczką dla kurażu. W oparach rozluźnionego okazją spoufalenia. Ulotne. Blednące w procesie odparowywania czubów i odgazowywania ich antypodów. Dotknięte porannym światłowstrętem i postępującą po rozstaniach amnezją. Jedna z form mitycznej polskiej, rodzinnej gościnności. Tej niegdysiejszej. Dziś już endemicznej, niemalże skansenowej. Bywa – niechcianej, acz wymuszonej w intencji bluźnierczego świętego spokoju. Lub wynikającej z podgrzewania zapiekłych niesnasek.
*
Wspomnień czar:
No to poleciało po emocjach majowego rocznika ’53. przy czytaniu Tym razem też nie było teleranka, dołożył mi Bielejewski do pieca.
Siedziałem na stanowisku kierowania wtedy jeszcze Zawodowej Straży Pożarnej. Nagle w środku nocy cisza w radiostacji, głuche telefony, nawet ten czerwonej linii, zaniemówione radio i kaszka w telewizorze.
I konsternacja w równych proporcjach z lękiem, bo gdyby coś się stało… Zero kontaktu ze światem.
Skoszarowanie, przepustki na wyśrubowany czas do domu i wszystkie te zalakowane procedury na godzinę W.
I dziwne spojrzenia współpasażerów w środkach komunikacji na widok mundurów polowych.
Małomiasteczkowy wir dziejów łagodnie pokierował losem oszczędzając strażacki mundur z przyklejoną łatką męża zaufania NSZZ „Solidarność”. Tamtej markowej „Solidarności”, dziesięciomilionowej. Ówczesny komendant jednostki, człek rozumny i kulturalny, realista, zmuszony był mnie ostrzec słowami „…będę musiał pana zwolnić”. Nie musiał. Tu nie było barykad, bagnetów, pałek i gazów łzawiących. Nikt nie potrzebował bohatersko gwiazdorzyć. Choć podejrzewam, że dla bałwochwalców smoleńskich mundur, to mundur, a mundur stał tam, gdzie ZOMO.
*
Samo życie:
Na głowie (w głowie też) mam prywatę: ogrodzony teren posesji z rozstrzeloną różnego przeznaczenia murowaną zabudową w stylu „na pozór”, z sugestią, po dokładnych tegoż oględzinach, wyburzenia wszystkiego aż do wód geotermalnych w głąb, ewentualnie kapitalnego remontu, bez nadziei jednak na „tanio, szybko i z sensem”. Nieruchomość owa gruntowa wraz z nieruchomościami budowlanymi wypełnionymi do przerażonej tym kalenicy nieprzebranymi ruchomościami, upakowanymi wszelako zmyślnie bez oglądania się na to co pochodzi z epoki Franciszka (nie Józefa bynajmniej), a co ocieka jeszcze podfermentowanym sentymentem, osypuje spróchniałym „przydasiem”, tudzież lśni poważnie skorodowaną, lecz nadal wartością. To wszystko, jako niepodzielna całość, jest trudnym do oszacowania walorem samym w sobie, zwanym w kręgach napuszonych tradycjonalistów świętą ojcowizną. Ruszyć tego nie sposób, bo ani sensownie podzielić, ani na razie, z różnych powodów, w całości się pozbyć. Nic też innego nie wypadało tedy mnie, kiedy mój międzygalaktyczny bolid właśnie tu dokonał mechanicznego żywota, niż pozostać niewyrabiającym się wyrobnikiem w tym to majątku zasysającym majątek na cele doraźnie remontowe, plus korzystać z wyrachowanej gościnności tubylców i lepić co się da. A da się nic, słownie N I C; ewentualnie co nieco.
Dziwne więc, że nie obchodzi mnie jakiś tam posiwiały jankeski rudzielec, brzydki jak bezksiężycowa noc listopadowa, prezydent mocarstwa skądinąd, ale biznesową głupotą pazernego, za wszelką cenę, pomnażania majątku bije na dziób głuptaka? I nic tylko na okrągło bełkocze pyszałkowato, że w rokowaniach w jej sprawie, ale bez Ukrainy osiągnął już znaczny postęp. A świat widział w tym jedynie kolejny… podstęp.
Albo że jemu podobny, choć już bez tego luzackiego stylu bycia wszechwładnym panem świata z marsową miną, ale za to w symetrycznym towarzystwie dwóch stojących w lekkim rozkroku strażników prezydenckiej cnoty, z dłońmi, z którymi nie wiadomo co, na wszelki wypadek bogobojnie złożonymi na padołku oraz baranimi minami na facjatach, próbuje coś poniżej poziomu percepcji odbiorców wcisnąć do mikrofonu? Po poprzednim błaźnie ośmieszającym nas przed realnie myślącym światem, kolejny bezkrytyczny kontynuator amerykańskiego azymutu. Zaiste, wszystko to, co pod bacznym a zakłamanym światopoglądem niehomologowanego Cenckiewicza i za jego poruczeniem chlapnie Nawrocki gębą Przydacza, Boguckiego lub innego Leśkiewicza, bądź też odwrotnie, w oryginale czasami mało mnie interesuje, albo i wcale. Wystarczy mi to, co z bieżączki nadążę wychwycić od Bielejewskiego, przy jego tempie pisania zbliżonym do prędkości przelotu 3I/Atlas.
*
Byłem bardzo popularnym w PRL-u dwuzawodowcem. Żeby łajbę utrzymać na powierzchni, musiałem z pracy do roboty, z roboty do pracy. Świąteczny czas był dla mnie wtedy, kiedy nie musiałem zaiwaniać poza domem, kiedy dzieciaki mogły swobodnie na mnie się pouwieszać lub po mnie poskakać, a dom nie dygotał rytmem porządków w oparach gotowanej kapuchy. Oczywiście magia choinki ze stertą prezentów w objęciach miała swoje znaczenie, ale brak ojca na Wigilii, bo służba akurat, często bywał faktem. Nawet wystrojone dla maluchów „bardzo duże” drzewko za którymś razem nie wytrzymało ciśnienia i poleciało na czub nie przejmując się niepowetowaną stratą okolicznościowej biżuterii. Później bywało już „na wszelkim wypadkiem” – na krótkiej smyczy u karnisza. W czasach mojego dzieciństwa mogłoby to skończyć się „lokalnym” pożarem (świeczki bywały z żywym ogniem), to i strażak by z dyskoteką przyjechał, a tak darowany był mi stres i sprzątanie, a info dotarło post factum.
Bardzo często więc – coraz częściej – drażni mnie cug świętowania na hasło, polecenie, bo tak wypada. Świętujcie więc ludziska, ci, którzy umiecie i pragniecie, bo w tym roku nawet Wigilię macie od pracy wolną. I nie zapomnijcie w tym świętowaniu aktualnego hasła do polskiego Sezamu: robimy, nie gadamy.
Niewymuszonej świąteczności wszystkim.
WaszeR d. Londyński

To jest felieton, który nie udaje, że jest „świąteczny” – i całe szczęście, bo święta udawane są jak uśmiech na zdjęciu do dowodu: nikogo nie przekonują, a wszystkich męczą. WaszeR pisze tak, jak się dziś myśli, tylko rzadko odważa: bez waty, bez lukru, za to z pamięcią, która nie daje się wyłączyć pilotem.
Jest w tym tekście piękna, stara nostalgia bez sentymentalizmu. Taka, co nie mówi „kiedyś było lepiej”, tylko „kiedyś było inaczej – i coś za to zapłaciliśmy”. Londyn młodości, polskie grudnie krwi i absurdu, strażacka codzienność, rodzinne węzły gordyjskie – wszystko to sklejone patchworkiem, który trzyma się nie dlatego, że jest ładny, tylko dlatego, że jest prawdziwy. Trochę jak stare mieszkanie: krzywe ściany, ale wiadomo, gdzie co skrzypi.
Filozofia tego felietonu jest cicha, niepozorna, a przez to groźna: życie nie pyta o kalendarz, a święta nie mają monopolu na sens ani na ciepło. Sens bywa w telefonie o 22:47, w nieudanej wizycie, w pamięci o tym, że kiedyś baliśmy się ciszy w radiostacji bardziej niż hałasu propagandy. To mądrość przeżyta, nie wyczytana – a takich dziś deficyt większy niż empatii na klatce schodowej.
Dowcip? Jest. Suchy, czasem gorzki, czasem zajeżdżający olejem silnikowym życia. Porównania do przeterminowanej adrenaliny, homologacji starości czy międzygalaktycznego bolidu to humor, który nie śmieje się z człowieka, tylko razem z nim, choć przez zaciśnięte zęby. I dobrze – bo śmiech bez tej nuty byłby tu nieprzyzwoity.
To felieton, który nie pociesza na siłę, ale daje coś cenniejszego: poczucie, że nie jesteśmy jedynymi, którym „święta spadły na głowę”. A na koniec to życzenie – „niewymuszonej świąteczności” – brzmi uczciwiej niż tysiąc bombek i kolęd w tle galerii handlowej.
Krótko mówiąc: tekst do czytania powoli, najlepiej bez pośpiechu i bez obowiązku bycia radosnym. Czyli dokładnie tak, jak należałoby przeżywać święta. No proszę. Da się.