06.03.2022

Od dawna mówiłem, że portalowi zajmującemu się analizą rzeczywistości przydałby się dyżurny psychiatra. Mówiłem i mówię zupełnie serio, ponieważ coraz częściej zachowania polityków dają asumpt do podejrzeń, że stan psychiczny wielu z nich odbiega od tzw. normy, a jeśli nie to chciałbym wiedzieć, w jaki sposób się tę normę ustala.
Wojna na Ukrainie sprawiła, że nagle temat stał się jakby bliższy wielu ludziom, głównie za sprawą diagnozowania rosyjskiego prezydenta jako człowieka niespełna rozumu.
Temat o tyle mi bliski, że od początku owego konfliktu nie umiałem znaleźć sensownej odpowiedzi na pytanie „po cholerę Putinowi ta wojna”? Po to, by wziąć sobie na głowę kolejne 40 mln obywateli nienawidzących go serdecznie i dozgonnie (z życzeniami „oby nie za długo”)? Bezsens. Przynajmniej na pozór. Władca, który mając do dyspozycji ogromne terytorium z surowcami naturalnymi łatwo sprzedawalnymi w świecie, który nie potrafił przez 22 lata rządów znacząco podnieść poziomu życia rodaków bierze sobie na głowę los kolejnych? Bezsens. Przynajmniej na pozór.
Biorąc rzecz „na oko” ta wojna nie ma żadnego sensu. Putin, nawet kiedy wygra, to przegra.
Kiedy podzieliłem się tą myślą z przyjacielem, ten stwierdził, że jestem po prostu naiwny, a całą rzecz zasadza się na aksjomacie, iż chodzi tylko i wyłącznie o władzę. Władzę dla samej władzy.
No i to jest właśnie coś, czego zrozumieć nie potrafię. Władza absorbuje, zawłaszcza czas i energię, z czasem męczy, wykoślawia spojrzenie itd. Jeśli nie jest narzędziem dla osiągnięcia jakiegoś istotnego celu, to dla mnie jest po prostu bez sensu. W tym właśnie momencie potrzebowałbym wyjaśnień od psychiatry. No i doczekałem się!
Znalazłem w sieci kilka analiz stanu psychicznego Putina przeprowadzonych przez fachowców. Jedna z nich, przeprowadzona przez prof. Janusz Heitzmana, który jest wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, była o tyle zajmująca, że usiłowała dać odpowiedź na pytanie „jak i dlaczego człowiek staje się dyktatorem”.

Uczucie lekkiego zawodu ogarnęło mnie jednak kiedy właściwie na żadne pytanie, które od lat sobie zadaję nie otrzymałem wyczerpującej odpowiedzi.
Profesor uznał np., że „dyktatorzy mają pewne cechy paranoiczne. Nie jest to jednak paranoja rozumiana jako choroba psychiczna i urojenia. To patologia osobowości czy charakteru, skutek stałego poczucia nieufności, poszukiwania wroga i nadmiernej czujności”.
No dobra, ale dalej coś mi się nie zgadza, bo „ … dyktator dobrze dostrzega to, co się wokół niego dzieje, śledzi rzeczywistość”. Jeśli ten schemat podstawimy do ostatniej rozmowy Putina z Macronem, to zaczynam mieć wątpliwości. Na słowa Prezydenta Francji o bombardowaniu dzielnic mieszkalnych Putin najzwyczajniej odpowiada „to nieprawda”.
No to mam pytanie: dlaczego on tak odpowiada?
Nie wie? Nie poinformowano go? W dobie Internetu trzymanego w kieszeni, kiedy film z najdalszego zakątka ziemi można w kilkanaście sekund przesłać na drugi koniec świata, facet spokojnie odpowiada „to nieprawda”. „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”. Jeśli tak, jeśli człowiek tak odpowiada „bo może”, to przecież ryzykuje, że już nikt i nigdy nie będzie traktował go poważnie. Co wtedy?
Jak będzie rządził dalej?
Nieco światła pomocnego w odpowiedzi rzucają wyznania D. Tuska, który wspominając swoje rozmowy z Putinem w 2008 roku przytacza utyskiwania Rosjanina, iż ten „ubolewał, że Rosja nie jest powszechnie szanowana, a przecież Rosja ma tak wiele rakiet. Pokazywał jakieś plansze i nie potrafił tego zrozumieć, dlaczego nie mogą więcej, skoro mają więcej wojska i sprzętu”.
Jeśli ktoś rozumuje w ten sposób, jeśli siła jest dla niego najważniejszym argumentem, a strach jedynym środkiem uprawiania polityki, to znaczyłoby, że mamy do czynienia z osobnikiem wyjątkowo prymitywnym o zawężonym spojrzeniu na świat wbrew twierdzeniom psychiatry. Jeśli ktoś, mając do dyspozycji wszystko to, czym dysponuje rosyjska ziemia nie potrafi tego wykorzystać i szansy upatruje w sile wojska, to jest to osobnik o niezbyt wielkim intelekcie.
A może to właśnie jest odpowiedź na moje pytanie? Ktoś pożądający władzy dla samej władzy nie zadaje sobie tych pytań. Po co mu władza? Ach, cóż za dziwaczne pytanie? Nie tylko nie odpowiedziałby na nie, ale wręcz obruszył się na jego postawienie.
A przecież analiza zachowań dyktatora to nie wszystko. Zostaje jeszcze pytanie o jego akolitów? Jaką osobowość mieć trzeba, aby na słowa Putina, że bombardowanie dzielnic mieszkaniowych „to nieprawda” kiwać głową potwierdzając ewidentne kłamstwo?
A przecież nie o Putina tylko chodzi. Jeśli nauka, w tym przypadku psychiatria szuka odpowiedzi to bardziej takiej, z której da się zbudować schemat dla wszystkich egzemplarzy o skłonnościach sadystycznych, bo takimi w gruncie rzeczy są dyktatorzy, lub politycy aspirujący do tej roli.
Daleko nie szukając, nasz własny Liliputinek, intelektualna miernota człowiek o kompleksach większych, niż Pałac Kultury też otacza się gronem gotowym zachwycać się wszystkim co robi, z pluciem na kamizelkę włącznie. Skąd oni się biorą?Nie uwierzę, że nikt z nich nie zdaje sobie sprawy, kim jest „wódz”.
Swego czasu wyjątkowo żenujące były występy Kaczyńskiego, który po uważnym przestudiowaniu jednej strony Słownika Wyrazów Obcych ni z tego ni z owego użył z wyraźnym upodobaniem obco brzmiącego słowa, a westchnienie zachwytu rozlegało się na cała Polskę. Najwyraźniej pozazdrościł temu, kto „ubogacił” nasz język i też zapragnął dać się zapamiętać.
Jeśli więc obarczamy jakiegoś polityka winą za nieszczęścia ludzkości, jeśli doszukujemy się w jego osobowości cech patologicznych, to nie poprzestawajmy na tym.
Zawsze ci ludzie otoczeni są większym lub mniejszym tłumem tych, którzy realizują ich „myśl”, że pozwolę sobie tak to nazwać.
Pytanie: kto jest bardziej winien? Dyktator czy jego potakiwacze?
Spróbujmy się zastanowić.
Jerzy Łukaszewski
