Aneta Wybieralska: Dzielnica Czterech Kultur4 min czytania

()

24.04.2022

I znowu musiałam w niedzielę wstać przed czwartą, (co za okrutna pora), by dojechać do pracy na szóstą. Po niedawnej zmianie czasu na letni znowu o tej porze jest jeszcze ciemno. Do tego zimno. Nic nie jeździ, trzeba łapać, przesiadać się, kombinować. Wreszcie nadjechał tramwaj. Wsiadłam. Ludzi na przystankach było nieco więcej niż ponad miesiąc temu, ale przecież odwołano pandemię. I jednak sporo ich pracuje nawet w niedzielę rano.

Ktoś służy, by spać mógł ktoś.

Miasto budzi się do życia. Jeszcze trochę zaspane, leniwe, osiedla ciemne. Przechodniom zimno. Okutani i zakapturzeni jak ja. Jakby chcieli schować się nie tylko przed porannym chłodem, ale i przed samym sobą. Jakby wstydzili się pracy w wolny dzień i tego, że mogą przemieszczać się tylko za pomocą MPK. Najlepiej, najbezpieczniej i najspokojniej jest nie patrzeć wokół, nie pozdrawiać bliźnich, nie współczuć, nie angażować się. Mieć oczy szeroko zamknięte…

Tramwaj wiódł mnie po odnowionym torowisku i przez ulicę Ruską (nomen omen). W kierunku przystanku „Rynek”. Tę okolicę nazwano Dzielnicą Czterech Wyznań, Czterech Świątyń Czterech Kultur albo Dzielnicą Wzajemnego Szacunku. Nazwy mówią same za siebie.

A tam? Inny świat. Nie mój. Nie moich bliskich, przyjaciół, nie ekspedientki z warzywniaka za rogiem. Nie mojej sąsiadki ciułającej wdowie grosiki na marketową kajzerkę.

Na placyku przed uliczką biegnącą od Ruskiej do Św. Antoniego, nazwanej Pasażem Niepolda falował tłumek młodych ludzi. Już wyszli z okolicznych pubów, barów i dyskotek. Ale jeszcze zabawa trwa. Przeniosła się na ulice centrum Wrocławia. Jedni stoją w grupkach i dyskutują, inni zespoleni w parach, jeszcze inni wydają się pląsać między zgromadzonymi. Skąpo odziani, rozbawieni, rozgestykulowani. Im jest gorąco. Trwa jeszcze przecież gorączka sobotniej nocy. Oni są rozgrzani beztroską zabawą, alkoholem, może jeszcze czymś? Wyglądają jakby mieli uczestniczyć w castingu do popularnego reality show. Piękni, młodzi, upojnie chętni. I jeszcze jedna refleksja kolejnego signum temporis: każde miało przyklejony do dłoni telefon komórkowy. Bez niego ani rusz. Chyba nie da się już żyć.

Jakiś mężczyzna w samym podkoszulku z krótkim rękawkiem i dżinsach miota się jak opętany, Rozpiera go gorąca nienaturalna energia, stymulowana oraz pobudzona dostępnymi w nocnych pubach rozweselaczami. Inna osoba daje upust nagromadzonemu w przełyku nadmiarowi spożywanych uprzednio zmieszanych potraw i trunków, zdobiąc przy tym granitowy podest stojącego opodal narodowego banku.

Mnie zaś zrobiło się zimno, ten widok mnie zdeprymował, zaniepokoił. Ponownie, jak pod koniec lutego doszłam do absurdalnego wniosku, że dla tych młodych-gniewnych-butnych-wolnych dumnie rozbestwionych wrocławiaków (stałych lub tymczasowych) nie istnieją problemy tykające osobę w moim wieku. Są pieniądze? Spoko. Skąd? Właśnie. A skoro jest kasa (szybka, łatwa), to trzeba się zabawić. Bo takie jest młode życie. Rodzice są daleko, wojna jeszcze dalej, uchodźcy ukraińscy jakby nierealni. To nie jest ich problem. Najistotniejszym jest teraz, aby coś równie przyjemnego ze sobą zrobić. Iść spać, czy imprezować nadal? Kontynuować gorącą noc i nowe znajomości.

Czy ta rozbawiona młodzież dąży kogoś szacunkiem? Oprócz nowo poznanej koleżanki w modnym dziurawym ciuchu i drogich butach? Albo kolegi z pełnym portfelem, barwnym tatuażem i wypasioną bryką? Nie przypuszczam.

Jakiego oni są wyznania? Na pewno nie mojżeszowego. Też nie prawosławnego jak wielu przybyszów zza naszej wschodniej granicy. Może to wyznawcy nieznanej mi jeszcze zmutowanej naszym krajem kultury Zachodu? Konsumpcjonizmu, nieróbstwa, rozbestwienia w najpaskudniejszym wydaniu? Tej złudnej pseudowolności, którą dają im ich zatyrani rodzice, prywatne uczelnie, bary i dyskoteki. Którą wabią alkoholowe drinki i kilkucentymetrowe kreski koki?

Patrząc się na tych młodych poczułam się taka strasznie stara. I jakby odrealniona. Do tego bezradna, bezwolna, kompletnie nieprzystosowana do świata, który właśnie mnie otoczył. Niby siedziałam pod bezpiecznych blaszanym dachem względnie ciepłego tramwaju, przy szybie odgradzającej mnie od poimprezowego odoru młodzieńczego potu, dlaczego zatem poczułam się osaczona? Chyba przestraszyłam się złej energii tej młodzieży. Bo to ona teraz rządzi. I od niej zależy mój los.

Ja i moje środowisko zastanawiamy się, co będzie dalej. Jak przebiegną wybory na Węgrzech, jak poradzimy sobie z naszym kryzysem gospodarczym, inflacją, z uchodźcami. Co z polską nauką, z kulturą, cywilizacją, z człowieczeństwem? Czy przetrwają kryzys?

Tamci natomiast wcale się nie przejmują. Liczy się tu i teraz. „Zajebista impreza”. Może właśnie w ten sposób należy żyć?

Opuściłam Dzielnicę Czterech Kultur. Wróciłam do moich spraw. Do mojej kultury i do mojego gliniastego chleba z margaryną.

Aneta Wybieralska

Aneta Wybieralska

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.