Waldemar Piasecki: Ostatni przystanek Pituna14 min czytania

()

27.05.2022

C:\Users\walde\Downloads\image0 (1).jpeg

Zamiast wstępu

Autor książki, Alexander John Motyl jest profesorem historii i politologii. Jednym z najwybitniejszych amerykańskich sowietologów, rusologów i ukrainologów. Prócz tego zajmuje się naukową eksploracją źródeł i mechanizmów imperiów państwowych, totalitaryzmów, zbrodni ludobójstwa oraz szeroko rozumianym obszarem praw człowieka. Jest rodowitym nowojorczykiem, synem emigrantów ukraińskich ze Lwowa. Jest absolwentem Columbia University, w którym doktoryzował się i wykładał. Następnie w Uniwersytecie Harwardzkim, a aktualnie w Rutgers University, zaś gościnnie na wielu uniwersytetach europejskich. Publikuje w najważniejszych pismach zajmujących się polityką amerykańską i międzynarodową w tym Foreign Affairs, Foreign Policy, The Hill, The Conversation. Z sukcesem realizuje się w prozie literackiej, poezji i malarstwie.

Nakładem Wydawnictwa Insignis ukaże się niebawem polska edycja głośnej książki Alexandra J. Motyla „Ostatni przystanek Pituna” (tytuł amerykański „Pitun’s Last Stand”) w przekładzie i ze wstępem Waldemara Piaseckiego. Książka kierowana jest do druku, kiedy od trzech miesięcy trwa ludobójczy najazd kierowanej przez Putina Rosji na Ukrainę, a ta stawia mu heroiczny opór.  

„Ostatni przystanek Pituna” , który w Ameryce ukazał się półtora roku temu, to klasyczna powieść political-fiction. Trzecia w trylogii po: „The Jew WHO Was Ukrainian” ( „Żyd, który był Ukraińcem”) i „Vovochka” („Wowoczka”). Cykl jest atrakcyjnie literacko podaną analizą wzrostu potęgi i upokarzającego upadku Rosji. Postacią fabularną i osią akcji jest nieodmiennie Władimir Pitun, w którym, jak łatwo dociec, odnajdujemy Władimira Putina. Motyl z psychologiczną finezją i ogromną dozą ironii analizuje motywy działania i poczynania Pituna w drodze do panowania nad Rosją, która z kolei ma panować nad światem. Droga tej politycznej psychopatologii wiedzie tylko w jednym kierunku – upadku.

„Ostatni przystanek” kierowany jest do druku, kiedy od dwóch miesięcy trwa ludobójczy najazd kierowanej przez Putina Rosji na Ukrainę, a ta stawia mu heroiczny opór. Ku niemałemu zdumieniu świata armia rosyjska daje każdego dnia dowody bestialstwa prowadząc eksterminację ludności cywilnej, strzelając ludziom w tył głowy, gwałcąc kobiety i dzieci, torturując, wywożąc ludzi do obozów. Także grabiąc co się da, nawet kabiny prysznicowe i sedesy czy lodówki wraz z zawartością.

Rosyjscy „sołdaci” dzwonią do rodzin opowiadając o cudach, jakie napotykają w Ukrainie. Między innymi o tym, że ludzie mają tu domy z cegły, laptopy i… jedzą „Nutellę”. Chwalą się gwałtami na Ukrainkach przed własnymi żonami, a te przestrzegają ich, aby się… dobrze zabezpieczali. Piekło urządzane przez Rosjan Ukraińcom buzuje i coraz częściej uderza w niebo pytanie z Holocaustu: „Gdzie jest Bóg?”. Do kanonu pojęciowego trafia słowo raszyzm – rosyjski nazizm czy faszyzm. Tam już pozostanie. Walcząc z faszyzmem w czasie drugiej wojny, sowiecka Rosja przytuliła go ostatecznie do serca, ocaliła i zmutowała do postaci raszyzmu.

I wyruszyła w drogę ku swojej stacji końcowej.

Te echa pobrzmiewają u Motyla, a tytułowy ostatni przystanek wydaje się już nie tylko intelektualną grą z Czytelnikiem, a trafną diagnozą przeznaczenia głównego bohatera. Autor, w bliskiej nam wszystkim poetyce ukraińskich obrońców Wyspy Wężów, po prostu powiedział półtora roku wcześniej: „Pitun idi na chuj!”.

Tam właśnie zmierza. O tym jest ta książka.

Fragmenty

Alexander J. Motyl
Foto: Archiwum prywatne

Podążyliśmy za tłumem sunącym w kierunku Placu Czerwonego. Wyły syreny, karetki pogotowia slalomowymi zygzakami krążyły wśród samochodów i pieszych, policjantów i żołnierzy z bronią maszynową lub tylko pistoletami, pędzących gdzieś naprzód. Dokładny cel tego ‘natarcia’ nie był znany. Kiedy dotarliśmy na plac, zdałem sobie sprawę, że sąsiad Potapowa się mylił. Wybuch nie wstrząsnął ponownie wysokimi murami Kremla. Zamiast tego zniszczył jedną stronę Soboru Wasyla Błogosławionego, wspaniałej świątyni z wielokolorowymi kopułami w kształcie cebuli, wystawionej w połowie XVI wieku na polecanie cara Iwana Groźnego jako wotum za pobicie Tatarów kazańskich. Zatrzymaliśmy się, wstrząśnięci tym, czego byliśmy świadkami. Gdy przygotowywałem się do kamerowania, z przerażeniem dostrzegłem, jak reszta gmachu zaczęła się kruszyć w zwolnionym tempie, prawie tak, jakbyśmy oglądali stary film, i w ciągu kilku sekund , może nie więcej niż dziesięciu, budowla osunęła się obracając w stos cegieł i przemieszanych w nim ikon, wzbijając kolosalną chmurę gęstego, gryzącego pyłu. Znałem ten obraz z tragedii World Trade Center.

Tłum zamarł w bezruchu i przerażeniu rozgrywającą się tragedią. Nagle rumowisko tąpnęło osuwając się nieco w dół, a z głębi poszarpanych świątynnych wnętrzności wydobył się głęboki jęk podrywający do ucieczki. Tak, jak czasem stado wron w polu. Nikt jednak nie uciekał. Kurz powoli opadał, odsłaniając masywny kopiec gruzu, wśród którego leżały zakrzywione części kopuł i lśniące resztki złotych prawosławnych krzyży. Setki lat rosyjskiej wiary i kultury zniknęły w jednej chwili. Ludzie padali na kolana, żegnali się, głośno modlili i zawodzili. Żołnierze biegali dookoła machając bronią.

Można nie litować się nad tak żałosnym ludem? Być może wspierali Pituna i zachowywali się jak przestępcy, może rozmyślnie tańczyli na grobach obcych kultur, ale nawet kryminaliści, nawet masowi mordercy, mogą wzbudzić litość, gdy zostaną sprowadzeni do tak rozpaczliwych terminów.

Nie miałem wiele czasu na kontynuowanie tego toku myślenia. Plac Czerwony wstrząsnął dwoma kolejnymi eksplozjami. Mauzoleum Lenina, które przez tak długi czas było centralną ozdobą tej ogromnej przestrzeni, na której odbywały się coroczne pokazy militarnej potęgi Rosji, jakby uniosło się w powietrze, a potem grad odłamów czarnego marmuru posypał się dookoła. Reszta konstrukcji osiadła w dymiącym stosie, kryjącym wszystko, co pozostało ze zmumifikowanego ciała Lenina. Pomyślałem, że to odpowiedni koniec masowego mordercy, który zniszczył Starą Rosję i zastąpił ją potwornym eksperymentem inżynierii ludzkiej, który pochłonął miliony, a Stalina uczynił nieuniknionym.

Druga eksplozja, a może kilka jednoczesnych, gruchnęła po naszej prawej stronie. Delikatne wieże pięknego starego domu towarowego GUM runęły bezgłośnie, podczas gdy sklepiony szklany dach eksplodował na miliony odłamków i spadł na bezradne masy ludzi. Tłumy, które rzuciły się w stronę GUM, oddalając się nieco od zniszczonego soboru i mauzoleum, zmieniły zaraz kurs i pobiegły z powrotem na środek placu. Zderzające się i padające ciała, krzyki i wrzaski, przekleństwa i modlitwy dopełniały obrazu kompletnego chaosu.

Nie miałem wątpliwości, że wszystkie – w sumie już cztery – eksplozje były dziełem Czeczenów. Kiedy przyjrzałem się Placowi Czerwonemu, uznałem, że prawdopodobnie nie będzie już piątej, przynajmniej nie tutaj. Główne prestiżowe obiektu kultu i dumy w centrum stolicy Rosji zostały zaatakowane i zniszczone. Zadanie wykonano; przesłanie było jasne. Czeczenia wypowiedziała wojnę Rosji i tym razem miała się ona toczyć wyłącznie na ziemiach rosyjskich, a nie czeczeńskich.

Kiedy skręcaliśmy w kierunku bram Kremla, przez tłum przeszył jęk: „Pitun, spasi nas! Spasi nas! Spasi nas!” Czy Pitun odpowie na ich prośby i uratuje ich? Zastanawiałem się. Nadszedł najwyższy czas, aby wreszcie pojawił się wszechmocny dyktator, zapewnił swój lud, że wszystko jest w porządku i że wszystko będzie dobrze, i podjął pewne środki zaradcze. Zamiast tego, podobnie jak Stalin po inwazji Hitlera na Związek Radziecki w 1941 roku, Pitun wydawał się ukrywać. Podobnie jak jego poplecznicy, szefowie tajnej policji, ministerstwa spraw wewnętrznych i gwardii narodowej, najwyżsi generałowie i jego kluczowi sponsorzy finansowi wśród tak zwanych oligarchów. Czy planowali kontratak? Czy planowali usunąć Pituna? Podzieliłem się swoimi przypuszczeniami z Andrusem, który zgodził się, że coś musi się dziać.

Gdy spekulowaliśmy o tym, co się naprawdę dzieje, Pitun i spółka, jak dowiedziałem się kilka godzin później, wsiadali do swoich prywatnych samolotów i uciekali z kraju – przypuszczalnie do swoich luksusowych willi w tak słonecznych i bezpiecznych przystaniach, jak Kajmany, Cypr, Monako i Palm Beach.

Gdy świat dowiedział się o ucieczce Pituna, w Rosji i wokół niej rozpętało się piekło. Pojawiły się doniesienia o obcokrajowcach, zwłaszcza Ukraińcach, Tatarach krymskich, Baszkirach, Czeczenach i Estończykach, tańczących na ulicach, rzucających podroby i ekskrementy w budynki rosyjskich ambasad i konsulatów, niszczących rosyjskojęzyczne tablice pamiątkowe i burzących sowieckie pomniki wojenne nieznanych żołnierzy i zwycięskich wyzwolicieli. Wiedząc, jak głęboko nie-Rosjanie nienawidzili swoich byłych, a często obecnych kolonizatorów, nie wątpiłem w prawdziwość doniesień. Pitun rządził przemocą i nie było zaskoczeniem, że jego upadek również spotkał się z przemocą

Ważniejsze było jednak to, że jego ucieczka nagle stworzyła próżnię władzy w samym sercu rosyjskiego państwa. Po raz pierwszy od dziesięcioleci ten wielki kraj był bez władcy. Wiedziałem z historii Rosji, że kiedy tak się działo, nieuchronnie powstawał chaos. Różne frakcje walczyły o władzę, zwykli obywatele brali prawo w swoje ręce i grabili do syta, a mniejszości wykorzystały ten zamęt do podniesienia swej pozycji eskalując roszczenia, zaś siły zewnętrzne, jak chociażby Polacy na przełomie XVI i XVII wieku, uderzały zbrojnie mając nadzieję rozpoczęły ataki i miały nadzieję odgryzienia kawałka wielkiego ciała Matki Rosji. Teraz już uderzyli Ukraińcy. Kto będzie następny?

Odpowiedź dostałem następnego dnia. Armia kazachska wjechała swoimi nowoczesnymi czołgami i kupionymi od Chińczyków transporterami opancerzonymi na rozległe stepy północnego Kazachstanu i dała tamtejszej ludności rosyjskiej dokładnie dwadzieścia cztery godziny na spakowanie i wyniesienia się. Gruzini ostrzeliwali pozycje rosyjskie w Abchazji i Osetii Południowej i skutecznie wypierali rosyjskie siły okupacyjne. Mołdawianie dali rządowi separatystycznej Republiki Naddniestrzańskiej dwie godziny na poddanie się lub stawienia czoła inwazji z jej wszystkimi konsekwencjami, w tym wizją pojmania i egzekucji władz oraz jej pomagierów. Naddniestrze natychmiast skapitulowało. Ich siły zbrojne były większe niż Mołdawii, ale najwyraźniej wyczuli, że ich koncert się skończył, a opór będzie daremny.

– Mistier Woronow – przedstawiał Pitun . – Tłumacz. Mówi doskonale po angielsku. Nie tak jak ja…

– Żadnych magnetofonów, telefonów, notatek – rozkazał Woronow. – Czy te warunki wstępne są do przyjęcia?

Zgodziliśmy się od razu. Taka przezorność nie była czymś wyjątkowym, a środki ostrożności czymś nadzwyczajnym. Poza tym oboje byliśmy doświadczonymi reporterami i mieliśmy dobrą pamięć. We dwójkę mogliśmy z łatwością odtworzyć całą rozmowę z dużą dokładnością.

– W takim razie usiądźmy, proszę… – wskazał kanapę.

Pitun siedział po naszej lewej stronie w ociekającym złotymi haftami fotelu z rosyjskim dwugłowym orłem wydzierganym na wezgłowiu, podczas gdy Woronow, którego obowiązki – jak się okazało – nie ograniczały się tylko do tłumaczenia, bezszelestnie postawił półmiski na stoliku do kawy i nalał nam wszystkie duże wódki, a potem, dzierżąc kryształową szklankę w dłoni, usiadł po naszej prawej stronie.

– Jedzcie! – polecił, a my wykonaliśmy.

Nałożyłem bliny z kawiorem i kilkoma małymi ciasteczkami, a Pippa odkroiła trochę sera camembert i chwyciła kiść winogron. Następnie Pitun wzniósł toast za pokój i rozpoczął swój monolog, zatrzymując się co kilka zdań, aby nieco zdyszany Woronow mógł nadążyć. Tłumaczenie było, jak się od razu okazało, doskonałe. Nie przeoczył żadnych niuansów i zawsze przekazywał dokładny sens retorycznych zalotów Pituna. Niestety rosyjski wódz nie powiedział niczego, czego wcześniej byśmy nie słyszeli. Rosja znalazła się w tarapatach, musiał wyjechać, aby zebrać swoje siły, ale teraz wróci i wszystko będzie dobrze.

– To jest tak… – powiedziałem po rosyjsku – … jak w 1917, a ty jesteś Leninem.

Nie mogłem wymyślić nic innego po tym, jak skończył swoje przemówienie, ale wyglądało na to, że podobało mu się to porównanie i rozpromienił się. Niepewny, co powiedzieć dalej, zażartowałem: „Dlaczego nie wrócisz do Petersburga zapieczętowanym pociągiem tak jak on?”

Pitun zamilkł na chwilę, a kiedy zastanawiałem się, czy mój zręczny komentarz go obraził jego oczy zabłysły jasno, jego uśmiech poszerzył się od ucha do ucha i wielokrotnie klaskał w dłonie, wołając: „Eureka!”

– Co? Jaka eureka? – zapytałem niepewnie.

Spojrzałem na Pippę, prosząc o pomoc, ale ona siedziała beznamiętnie, pogrążona we własnych myślach lub marzeniach, przeżuwając kawałek sera.

Pitun nie mógł powstrzymać swojego entuzjazmu i mówił po angielsku: „Świetny pomysł, Mistier Smis! Briliantowy pomysł! Zrobimy to dokładnie tak, jak mówisz. Pociągiem, Woronow! Pojezdom! Jak wielikij Lenin. Podoba mi się ten Smis! Pociągiem, Woronow, pociągiem! Pojedziem pociągiem, Woronow! Pojedziemy pociągiem. Och, jaki pomysł!” Potem pochylił się w naszym kierunku i ujmując dłoń Pippy i moją w swoje, dodał: „A wy pojedziecie ze mną. Będziecie tam, kiedy przyjdę, i napiszecie historyczną relację z mojego triumfu.

– Mistier i Missis Dżon Rid! – dodał triumfalnie przywołując postać dziennikarza Johna Reeda piewcy Lenina, a nas oboje kreując do objęcia jego roli.

Osobiście nie byłem aż tak pewien, że pasuję do porównania z amerykańskim komunistą, który był świadkiem rewolucji w Rosji i raczej hiperbolicznie przesadnie twierdził, że „wstrząsnęła ona światem”. Podobnie towarzyszenie Pitunowi w podróży kolejowej przez Europę wydawało się zdecydowanie mniej niż atrakcyjne. Z drugiej strony pociągała perspektywa nieograniczonego dostępu do tego człowieka przez kilka dni, a większość dziennikarzy dałaby się zabić za spędzenie z nim paru minut.

– Spodziewasz się wstrząsnąć światem w dziesięć dni, panie prezydencie? – zapytała Pippa.

– Nawet w mniej! – zawołał napełniając nasze kieliszki – Wyjedziemy jutro!

Jego ton nie znosił sprzeciwu, więc Pippa i ja potulnie kiwnęliśmy głowami, zupełnie nie wiedząc, w co się wpakowaliśmy. Woronow wyrecytował chłodno, że dostaniemy jutro rano informację, kiedy nasz pociąg odchodzi.

Zabawa trwała do dziesiątej. Wtedy Pitun nagle przeprosił, mówiąc, że jest późno, a nigdy nie kładzie się spać później niż o dziesiątej trzydzieści. Kazał Woronowowi, aby zawiózł nas do naszego hotelu. Ku ewidentnej radości Woronowa odmówiliśmy, a po wygłoszeniu „Au revoir” krwawemu dyktatorowi Rosji, opuściliśmy hotel i dosłownie pobiegli na promenadę, i dalej po schodach na kamienistą plażę. Posiedzieliśmy tam przez chwilę, pozwalając przyjemnemu wiatrowi i migoczącym falom oczyścić nasze głowy i uspokoić nasze nerwy.

Mogłem tylko gwizdnąć i powiedzieć: „Co za wieczór!”

– Co za historia – mruknęła. – I pomyśl tylko, Steven: spełniają się marzenie każdego zagranicznego korespondenta. Będziemy cały czas z Pitunem, którego wszyscy szukają. Liczyliśmy na rozmowę kwalifikacyjną, a zamiast tego…

–…kładziemy się z nim do łóżka”

– To może oznaczać dla nas Nagrodę Pulitzera, wiesz?

Waldemar Piasecki

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.