Bogdan Miś: Upusty żółci (czerwiec 2022)77 min czytania

()

01.06.2022

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.

Może teraz. Czytajcie codziennie po południu.

.

.

30 czerwca

Oświadcza się niniejszym, że powyżej 30 st. C. firma odmawia używania swojej inteligencji, bo się przegrzewa, a nie ma żadnych bezpieczników na wymianę. W takich warunkach firma tylko (niezbyt uważnie) śledzi wydarzenia, przełącznik „komentowanie” jest zaś automatycznie w pozycji 0. Gorsza sprawa, że firma obawia się, iż powyżej 35 stopni wyłączy się jej całkowicie układ kojarzenia, co może uniemożliwić nawet reset systemu. W tej sytuacji włączono intensywne chłodzenie; liczy się na to, że to coś pomoże. W odwodzie pozostaje bardzo silnie schłodzone piwo, co jednak robot-konsultant domowy odradza.

Wobec powyższego firma ogranicza się dziś tylko do stwierdzenia, że Tego-Co-Wiecie ma nieustannie w niezmiennie dużym poważaniu i mimo wszystko z pewną niecierpliwością oczekuje od niego kolejnej ejakulacji jadu. Jest niezmiernie ciekawe, czy znajdzie sobie on jakiś nowy obiekt ataku, czy też uzna skupienie się na okolicach naszych rozporków za wystarczające do rozbawienia gawiedzi. Osobiście firma sądzi, że Przenajświętsza Prostata Polityczna Osoby jest już nieco zużyta i nowy wytrysk może przekraczać jej wydolność.

29 czerwca

Upał.

Ciekawostka kalibru mocno średniego: Ziobro zapowiedział przedstawienie projektu, który będzie miał na celu odwrócenie decyzji związanych z likwidacją polskiego górnictwa. Z napięciem oczekuję pomysłu wznowienia w Polsce produkcji kapci z łyka i odtworzenia jako głównej siły uderzeniowej wojska – regimentu jazdy ciężkozbrojnej, tej ze skrzydłami.

Dużo ciekawsze będą dziś informacje z Brukseli, ale do momentu pisania niniejszego – pozostają nieznane. Otóż na środę w TSUE zaplanowano rozprawę w sprawie pytań sędziów Krystiana Markiewicza i Waldemara Żurka, którzy pytają, czy „neosędziowie” gwarantują niezależność wymaganą przez prawo europejskie. Spodziewam się, że TSUE odpowie negatywnie – a wtedy w polskim systemie prawnym powinno nastąpić coś w rodzaju trzęsienia ziemi. Albo się temu rządzący podporządkują – i wtedy muszą zetrzeć na proszek Ziobrę z całą jego ferajną, albo nie – i wtedy będziemy mieli porządny konflikt z Unią i poważny kryzys. Stawiam raczej na to drugie rozwiązanie, bo głupie.

Poza tym – jednak Wimbledon. Ponad trzygodzinna wczorajsza walka Sereny Williams z reprezentującą Francję Harmony Tan – to było coś wartego obejrzenia. Z jednej strony potwornie silne, precyzyjnie bite uderzenia Sereny – z drugiej delikatne, suche i jadowicie podkręcane piłki Harmony. Nawet odgłos uderzenia rakietą był u obu pań inny – z jednej strony jakby huk strzału, z drugiej coś w rodzaju szmeru. Siła i furia tym razem musiały ustąpić przed delikatnością i konsekwencją. Coś wspaniałego. A zdeterminowanie „seniorki” Williams choć nieskutezne – godne szacunku.

Upał. Nawet zły mały pan ma zdaje się dosyć, bo dziś nikogo nie obraził ani w niczym się nie pomylił. Bo się nie pokazał publicznie

28 czerwca

Jazgot na prawicy potworny. NSA utrzymał unieważnienie uchwały gminy Serniki ws. ideologii LGBT. Z kilku podobnych spraw ta jest pierwsza rozstrzygnięta ostatecznie. Okazało się, że ludzie o „nieklasycznej” orientacji płciowej (cokolwiek to znaczy…) mają godność i nie wolno ich znieważać. Szambo komentarzy w prawicowych mediach nie do cytowania.

„Znieważenie policjanta jest przestępstwem. Nie może być zgody na atakowanie funkcjonariuszy służb mundurowych. Stanowcza reakcja policjanta w Inowrocławiu była uzasadniona i zrozumiała” – powiedział o opisywanym wczoraj incydencie z nadużyciem przez policję siły jeden z tym niedużych ludzi. Tym razem chodzi o Mariusza Kamińskiego, znanego mi głównie z niegdysiejszego ciskania jajkami w ważnych polityków oraz nadzwyczajnej sympatii do psów, którą zresztą podzielam, choć może nie tak wylewnie. Cóż – stara prawda powiada, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Pan Ziobro miał wczoraj konferencję prasową, na której się mocno użalił nad swoim losem. Okazuje się otóż, że on i jego kumple wszystko tak ładnie zaplanowali i wszystko by się udało, gdyby nadal premierem była Szydłowa. A tak Duda, Morawiecki i spółka wystraszyli się brukselskiej komuny i cała robota na nic. Ale – rozmarzył się Zbinio – jak tylko Solidarna Polska wygra wybory i obejmie władzę, to ci, co trzeba pójdą siedzieć, zabierze się im emerytury i w ogóle. Konkretnie chodziło Zbiniowi o sędziów, którzy robią prokuratorom w brew.

W zasadzie lubię marzycieli. To niektórzy z nich w końcu zmieniają świat na lepsze. Ale są i tacy, których bezpieczniej będzie wysłać na dłuższe wczasy. Jest taka – znana mi z młodości – bardzo sympatyczna podwarszawska miejscowość Tworki. Park ładny, budownictwo solidne, była też niegdyś fajna biblioteka…

Polecam.

A poza tym upał i można cholery dostać. Więc dla ochłody zamiast standardowych końcowych insynuacji i oszczerstw pod adresem złego małego – będzie stary dowcip matematyczny, z którego niegdyś zaśmiewaliśmy się z radością. Otóż idą po pustyni dwa zera i nagle zza wydmy wyłania się nieskończoność. I jedno zero mówi do drugiego – popatrz, taki skwar, a im się chce…

Nie zrozumieli? Nie szkodzi. Zrozumieli – mieli dobrego nauczyciela.

27 czerwca

Dziś głównie trzęsie nas cholera po obejrzeniu filmu, pokazującego jak policjant wali gazem prosto w twarz demonstrantowi, który w żaden sposób nie stwarza mu żadnej niebezpiecznej sytuacji. Oczywiście prawicowe media biorą dzielnego gliniarza – w trójcy świętej: oskarżyciel, sędzia i kat jedynego – w zajadłą obronę. Ale tego nie da się obronić nijak i można się tylko zastanawiać, jak zapobiegać w przyszłości tego typu wynaturzeniom.

Komentator z prawicy mówi, że przecież każdy się może zdenerwować, jak mu w oczy ktoś mówi niedelikatnie o swoim stosunku do niego i całego ustroju. Racja! Może. Ale nie powinien wtedy nosić munduru policjanta; co oznacza, że jedyną akceptowalną społecznie reakcją na ten incydent powinno być natychmiastowe wywalenie gościa z Policji z pozbawieniem prawa do emerytury. I to samo dla całego wianuszka jego przełożonych do komendanta miejskiego włącznie. Zapewniam, że to bardzo łagodzące obyczaje rozwiązanie.

Którego oczywiście nikt nie zastosuje.

Ciekawostka z „SuperExpressu”: „Jeśli Hołownia będzie chciał zaprzepaścić szansę na pokonanie PiS, wiążąc się z prawicowymi dinozaurami, nie wiem, czy wciąż widzę tu dla siebie miejsce” – mówi „SE” jeden z ważnych działaczy w Polsce 2050. Z ustaleń gazety wynika, że największymi zwolennikami jednej listy do wyborów są: Tomasz Zimoch, Joanna Mucha, Hanna Gil-Piątek, Paulina Hennig-Kloska i wiceprzewodniczący partii Michał Kobosko.

Powstrzymam się w zasadzie od opinii. Moje spojrzenie jest – nie ukrywam – mocno skażone tym, że jak słyszę deklarację „myśmy są wierne córy i syny Kościoła”, to mi się robi jakoś dziwnie. A ze strony ludzi Hołowni słychać to wyraźnie.

Skoro jesteśmy przy sprawach Kościoła. „Skala rozwodów i związków niesakramentalnych przerosła nasze przewidywania. Przed Kościołem stoi wyzwanie, jak w praktyce duszpasterskiej podchodzić do osób żyjących w nowych związkach” – powiedział metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz w rozmowie, opublikowanej na stronie archidiecezji warszawskiej.

Chyba odradzę panu Nyczowi działania w tej sprawie. Jestem zupełnie przekonany, że nie odniosą one najmniejszego skutku, więc cała energia w nie włożona pójdzie w gwizdek. Doradzałbym natomiast jakiś surowy przegląd kościelnych ośrodków wychowawczych i opiekuńczych, bo z nich na całym świecie zaczyna wydobywać się jakiś paskudny smrodek.

W ogóle – prawdę mówiąc – wkraczamy w czasy, w których da się coś pozytywnego powiedzieć jedynie o kościelnej … architekturze; i to też nie zawsze, jeśli pamiętać o koszmarze warszawskiej wyciskarki cytryn na Wilanowie i serii snów pijanego kamieniarza, poświęconych Wojtyle. Ale niektóre średniowieczne katedry są piękne.

Na kolejne kuriozalne oświadczenia i następne idiotyczne pomyłki (Mejza – Brajza, Włocaławek – Inowrocław itp.) małego złego czekam bez specjalnej niecierpliwości. Ciąg dalszy nastąpi bez wątpliwości, dziad jest niezawodny.

26 czerwca

„Raz dwie gołe baby kąpały się w wannie. I jak się zderzyły pośladkami, to tak klasnęło, że nie macie pojęcia”.

To cytat z Gałczyńskiego, który w ten sposób wyszydził niegdyś poczucie humoru chama i prymitywa. Momentalnie mi się to przypominało, gdy usłyszałem wymlaskany ostatnio „żart” Kaczyńskiego. I przez wielu odnotowany ze zgrozą rechot jego wyznawców niczym mnie nie zaskoczył. Powiedzmy sobie szczerze i brutalnie: to jest środowisko (bo w żadnym wypadku nie „towarzystwo”) spod najciemniejszej gwiazdy. Niestety, sięgające liczebnością trzeciej części mieszkańców ziem między Bugiem a Odrą.

Nic na to w trybie natychmiastowym nie poradzimy. Jedyna możliwość zmiany tej sytuacji – jeśli wykluczyć jakąś romantyczną rewolucję, która sama w sobie jest zawsze czystym złem i przyniosłaby więcej szkód niż pożytku jak każdy romantyzm i każda rewolucja – jest pozytywistyczna nudna i bezbarwna praca u podstaw. Czyli – edukacja.

Naprawdę: zmiana systemu kształcenia Polaków jest w moim przekonaniu zadaniem najważniejszym, które trzeba priorytetowo podjąć zaraz po naprawieniu systemu praworządności (bo bez tego jednak nie zrobi się nic). Mogę się ostatecznie zgodzić, żeby zadanie to podjąć równocześnie z paroma innymi; ale nijak nie wolno go potraktować jako drugorzędne.

To zadanie piekielnie trudne i wymagające przełamania wielu stereotypów. I właśnie dlatego namawiam, by opozycja potraktowała je jako szczególnie pilne i uwzględniła w swoich programach wyborczych. Nie bacząc na to, że powiedzenie uczciwie, o co chodzi – a więc przede wszystkim o racjonalizację i całkowitą świeckość całego procesu nauczania od przedszkola do doktoratu – spowoduje wściekłość kruchty i uruchomi znane demony. Bez poradzenia sobie z tymi demonami nie zbudujemy otwartego, myślącego, tolerancyjnego, antyrasistowskiego nowoczesnego społeczeństwa.

Tylko tyle – i aż tyle.

Od razu mówię, że nie jestem w tej sprawie optymistą. I nie chodzi mi o siłę oporu egzemplarzy takich jak Czarnek czy Pawłowiczówna: oni akurat są tak jednoznaczni, że nie ma o czym (ani z kim) gadać. Chodzi mi o takie osoby, jak pani Fabisiak czy pan Poncyliusz: niby formalnie z obozu demokratycznego, ale tak zerkające w kierunku kruchty i kołtuna, że mdli. Sporo tego jest i w innych ugrupowaniach, zwłaszcza w PSL i u Hołowni.

Rozpisałem się o wielkiej polityce na skutek wstrętu, wywołanego płaskim witzem małego, złego, mlaskającego faceta, który jest niczym więcej, niż cyniczną emanacją tej całej ciemnoty. Powinno być o nim – zgodnie z przyjętym tu schematem – na końcu. Rzeczywistość nie pozwala się go trzymać.

Wobec tego dziś zakończenie będzie trochę inne. Wkurzyła mnie i zniesmaczyła maksymalnie gównoburza, jaka rozpętała się wokół decyzji, by w meczu otwarcia Wimbledonu na głównym korcie zagrała Iga Świątek. Reguła jest taka, że w tym meczu powinna zagrać posiadaczka numeru 1 na liście najlepszych (w określonym momencie) – i wobec przedwczesnej rezygnacji sympatycznej skądinąd, bo nieźle zwariowanej, spełniającej warunki Ashley Barty padło na Igę. No i zaczęło się. Że to miejsce należy się albo Simonie Halep – bo w odpowiednim dniu była na pierwszym miejscu, albo Sirenie Williams, bo to „królowa wszech czasów”. Że Iga za młoda. Że w ogóle.

Małe to i małostkowe, proszę państwa. Po prostu paru cwaniaczkom chodzi o kasę; nic więcej. Nawet sport „for ladies and gentlemen only” nie jest wolny od tego samego, co pokazuje rechot kaczyńskoidów.

Bo w tym rechocie też idzie ostatecznie o forsę, jakby się kto pytał.

25 czerwca

W gruncie rzeczy – nie chcem, ale muszem. Wracam do sporawy Lisa, ale tylko pośrednio: żadnych nowych faktów nie ma, więc nie ma do czego się konkretnie ustosunkowywać.

Ale problem ogólniejszy jest; a właściwie był – zawsze (i pewno ma przed sobą – niestety – piękną przyszłość). To problem podziału „Nasi” vs. „Nie-nasi”.

Jest bowiem najwyraźniej tak – i bardzo dobitnie to widać w dyskusjach internetowych – że całkiem łagodny stosunek mamy do słabostek czy poważniejszych ekscesów ludzi, których zaliczamy do własnej bańki, znacznie zaś bardziej skłonni jesteśmy kierować się pryncypiami w stosunku do przeciwnika.

Facet skutecznie i ostro leje w pisdzielców – niech tam sobie pracownicę klepnie po tyłku czy zrówna z glebą podwładnego, który nie sprostał wymaganiom. To przecież tylko słabość i w ogóle nie ma ludzi idealnych. Ale jeśli przeciwnika złapiemy obiektywem na zapuszczaniu żurawia w soczysty dekolt sąsiadki albo nagramy mu smartfonem jakiegoś kurwamacia rzuconego w irytacji – powiedzmy – sprzedawczyni, to już po nim.

Nie, proszę państwa. Albo jesteśmy tolerancyjni dla wszystkich równo – albo dla wszystkich równo zasadniczy.

Powiedzmy to wyraźnie: różnicowanie w takich sytuacjach na swoich i obcych czy warunkowanie reakcji przydatnością sprawcy dla własnej propagandy to kluczowe kryterium, pozwalające zaliczyć się do świata cywilizowanego lub tego drugiego.

Osobiście nie ukrywam, że bliżej mi do obozu tolerancji i niektóre zachowania uznawane dziś za niezupełnie dopuszczalne nie oburzają mnie tak do końca. Nigdy nie zrobię na przykład zarzutu nikomu, kto się wplącze w jakiś biurowy romans, o ile tylko jest on obustronnie akceptowany. Nie rzucę się do piętnowania pani, która lubi mieć więcej niż jednego partnera; i tak dalej. Ale już na przykład żądanie szefa, żeby mu podwładny (dowolnej płci), który nie ma tego w obowiązkach zrobił natychmiast kawę – spowoduje u mnie atak furii. Podobnie jak służbowy telefon z jakimś poleceniem o drugiej w nocy.

Ale to ja tak mam. I ta reakcja jest całkowicie oderwana od poglądów czy przynależności politycznej aktorów takiego spektaklu. Aha: i będę się upierał, że to ja mam rację. To do ewentualnych dyskutantów, zwłaszcza zasadniczek i zasadniczków.

Na koniec: mały zły człowiek z nazwiskiem na K. błysnął intelektem w Toruniu. „Odrzucaliśmy tezę, że pieniędzy nie ma i nie będzie, jak mawiał były pan minister. Odrzuciliśmy poprzednio stosowane praktyki, jakimi posługiwała się koalicja PO-PSL. Te zmiany na przestrzeni lat w Polsce widać bardzo wyraźnie” – powiedział na spotkaniu z mieszkańcami. Dalej wytłumaczył słuchaczom, że bez trudu można jednocześnie obniżyć podatki i zwiększyć wydatki socjalne oraz zbrojeniowe „bo trzeba”. Co spotkało się z dużym aplauzem doborowej publiczności. Nieliczni tylko skomentowali to wystąpienie później w Internecie stwierdzeniem „bo mamy drukarkę i dodrukujemy sobie ile wlezie a resztę pożyczymy”. Pytanie, komu się będą wypłacać nasze wnuki i prawnuki uznano za tendencyjne i nieprzystojne.

NARUT jest trudno naprawialny; jeśli w ogóle.

24 czerwca

Wirtualna Polska opublikowała spory tekst, poświęcony Tomaszowi Lisowi i jego odejściu ze stanowiska w „Newsweeku”. Moje podejrzenia – że w sprawie chodzi o kwestie obyczajowe, nie polityczne – potwierdziły się.

Jak to skomentować? Niewątpliwie, Lis jest jednym z najzdolniejszych dziennikarzy w Polsce: z równą łatwością doskonale radzi sobie z warsztatem telewizyjnym, jak z klasycznym dziennikarstwem. To, co się stało, dowodzi jednak, że nie takie kwalifikacje są najważniejsze na stanowisku kierowniczym. Z tekstu WP i wypowiedzi samego Lisa (o „mojej” redakcji w szczególności) wynika jasno, że traktował on redakcję jak swój prywatny folwark.

A to tak samo źle, jakby rozumiał swoje stanowisko jako reprezentanta właściciela wobec zespołu – podczas gdy w moim najgłębszym przekonaniu szef zespołu dziennikarskiego powinien widzieć siebie jako emanację i przedstawiciela zespołu wobec wydawcy. Pierwszy wśród równych, nie inaczej. Kontrpartner wydawcy, nie zespołu.

Wiem, że moje spojrzenie na tę sprawę wzbudzi ogólne parskanie.

Dziś, kiedy media traktowane są niemal wyłącznie jako towar (albo propagandowa pałka), wydaje się to utopią. Nic na to nie poradzę. Dobrą gazetę (czy inne medium) można zapewne robić inną niż ta moja metodą; ale nie sądzę, by udało się inaczej coś naprawdę wybitnego bez atmosfery kumplostwa i przyjaźni, w której znacznie częściej wybacza się błędy niż karze uchybienia.

I na marginesie: w takim kumplowskim zespole jest miejsce i na żarty i na tolerancję dla swobody obyczajowej. Nawet daleko posuniętej. Oczywiście warunkiem podstawowym jest „granie na jednej nucie” i ogólna akceptacja. Rzecz jasna, samo to też nie gwarantuje sukcesu. Ale bardzo go przybliża.

Wiem, że takie zespoły się w przyrodzie zdarzają. Widziałem na własne oczy.

Myślę, że wrócimy do tego tematu, bo – używając języka prokuratorów – jest on wybitnie rozwojowy.

Tymczasem ciekawostka. Pisuary dały ciała aż miło. W trakcie posiedzenia sejmowej Komisji Sprawiedliwości — pan przewodniczący Ast (jeden z najbardziej wyrazistych intelektualnie posłów PiS) chciał złamać regulamin i odmówił głosowania wniosku formalnego posła Michała Szczerby. Magda Filiks czujnie zgłosiła wniosek formalny o stwierdzenie kworum. Ponieważ gołym okiem było widać, że PiS nie ma w tym momencie większości — pan przewodniczący nagle się zerwał i wybiegł, zarządzając 30-minutową przerwę. Chciał naturalnie pozbierać brakujących, ale wyszła kicha. Opozycja wygrała dwa głosowania i zmieniła sposób prowadzenia obrad. Tym samym Komisja negatywnie zaopiniowała realizację budżetu Sądu Najwyższego….

Naprawdę przyjemnie się o tym pisze.

Na przedzakończenie coś dość zabawnego. Pan Duda powołał sobie Radę ds. rodziny. Przewodniczącym Rady został prof. Andrzej Waśko, polonista z Krakowa, współpracownik organizacji i redakcji dość skrajnie prawicowo-katolickich, a w jej skład weszli m.in. szef gabinetu prezydenta Paweł Szrot (ostatnio tak błyszczał intelektem w wywiadzie udzielonym TVN24, że myślałem, że mnie pokręci), oraz rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak (co ja będę o nim gadał…) i europosłanki Elżbieta „Drągal” Rafalska i Anna „Zębatka” Zalewska. Sztuka w sztukę arcydzieła Natury.

Tak nawiasem: nawet z takiej rady może być pożytek. Wystarczy jej ewentualne rekomendacje rozumieć dokładnie odwrotnie i prawdopodobieństwo poprawnej decyzji skokowo rośnie. Nie ma tego złego…

Na zakończenie klasyka oczywiście. Ten mały o fatalnym charakterze z nazwiskiem na K. – ma na imię Jarosław i podobno jakieś podlizuchy widzą koniec jego kariery na stolcu prezydenta RP. Trzymajcie mnie, bo się ześmieję ze śmiechu.

23 czerwca

Kolejny dzień powodów do złości i pogardy dla rządzących i ich przyjaciół. Zaczął mi się od informacji o jakimś wyczynie wiceministra oświaty; bez znajomości nazwiska byłem pewien, że chodzi o kolejne buractwo i prostactwo jednego z tych bubków ze stajni Czarnka, który wszak dobrał sobie personel na swoją miarę.

„Widziały gały, co brały” – powiada pośrednio (bo potwierdza po rozmówczyni) pan Rzymkowski, mówiąc o wyborze zawodu przez nauczycieli. Innymi słowy: wiedziałeś, że wybierając tę drogę kariery dostaniesz grosze i sam uznałeś, że na więcej nie zasługujesz, tumanie jeden.

Bardzo elegancko. Mógł przecież – uwzględniając feminizację zawodu – dodać „cipo głupia”. Ludzki pan. Dopiero po południu zdecydował się łaskawca przeprosić na Tweeterze tych, „którzy poczuli się urażeni”. Jakżeby inaczej! Ta formuła „przeprosin-nieprzeprosin” staje się już tak zużytym szymlem, że za samo jej użycie należy się wybatożenie.

Zmasowany atak prawicy na Klaudię Jachirę. W trakcie składania przysięgi przez Glapę rozsypała na sali sejmowej atrapy banknotów. Co, rozumiecie, jest tak straszną obelgą dla wszystkich Wartości Patriotycznych i Chrześcijańskich, że wypada już tylko dyskutować nad wyższością stosu nad ukamienowaniem dziewczyny lub odwrotnie. Niebezpiecznie być w Pislandii inteligentną osobą. A jeśli się jest w dodatku młodą i urodziwą kobietą z charakterem, to już katastrofa.

Tak sobie myślę: jaką bym pani Klaudii zaproponował posadę, gdy już piskudztwo zostanie pogonione w czorty? Nadałaby mi się do resortu kultury; ale czy by chciała sprzątać po Glińskim i Sellinie, którzy się tam nieustannie defekują mentalnie?

Oczywiście jednak tematem numer 1 powinna być historia projektu zmian prawa, dotyczącego aborcji. Oglądałem dyskusję sejmową w nocy; kilka wypowiedzi było rewelacyjnych. Szczególnie zachwyciły mnie Marta Lempart – poza wszystkim wspaniałym spokojem i żelazną argumentacją oraz urodą polszczyzny – oraz oczywiście rewelacyjna Natalia Broniarczyk, która zwolenników zaplombowania kobietom narządów rodnych i używania ich wyłącznie po pokropieniu wodą święconą totalnie ośmieszyła i wtarła w ziemię; szczególnie zachwyciła mnie publiczna dokładna instrukcja wykonania aborcji domowej przez zainteresowaną. To był majstersztyk!

Zapamiętajmy. Za odrzuceniem obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu zagłosowało 265 posłów; oczywiście z PiS i Konfederacji, a także 19 z Koalicji Polskiej – bez niespodzianki, bo to wszak „ludowa opozycja przykościelna”, dwóch z Polski 2050 (Wojciech MaksymowiczPaweł Zalewski), dwóch z Kukiz‘15 (Jarosław Sachajko, Stanisław Żuk), jedna z KO (Joanna Fabisiak), jeden z koła Polskie Sprawy (Zbigniew Girzyński) oraz jeden poseł niezrzeszony (Łukasz Mejza). Ani jedna z tych osób nie powinna się znaleźć w żadnym wybieralnym kworum. Od zarządu wspólnoty mieszkaniowej poczynając.

Nasz ulubiony zły maluszek na K. puścił z bokowca w ostatnim wywiadzie (jak to ma w zwyczaju) informację, kogo teraz uważa za swojego politycznego spadkobiercę i następcę. Bez zaskoczenia, pomazańcem jest teraz Błaszczak. Obejmuje tę godność po poprzednikach, którymi byli Ziobro i Brudziński.

Tyż piknie, jak mawiają górale.

Cokolwiek da się o tym powiedzieć (a dałoby się sporo, ale niekoniecznie do druku) – jedno jest pewne: drużyna wyrównana. Charakterami, inteligencją i erudycją.

22 czerwca

Ruchy kadrowe i ploty.

Po odejściu Kaczyńskiego z rządu zaczynają się ruchy kadrowe. Dziś dowiedzieliśmy się, że niejaka pani Agnieszka Ścigaj zostaje ministrą od czegoś tam, podobnie pan Andrzej Sośnierz. Obydwoje reprezentują koło poselskie Polskie Sprawy i mają w zasadzie rodowód postgowinowski. W zasadzie, bo przeszłość polityczną oboje mają dość bogatą.

Pani Agnieszka mianowicie m.in. najpierw bez sukcesu startowała do rady powiatu olkuskiego z ramienia komitetu Samorząd OdNowa. W wyborach parlamentarnych w 2015 kandydowała z powodzeniem do Sejmu w okręgu krakowskim z pierwszego miejsca na liście komitetu Kukiz 15. Chciała zdobyć potem mandat posła do Parlamentu Europejskiego z tegoż komitetu, ale legła. W 2019 zdobyła reelekcję poselską; tym razem była już w PSL. Potem chwilę była niezrzeszona i 29 kwietnia 2021 razem z Pawłem Szramką oraz Andrzejem Sośnierzem stworzyła koło poselskie o nazwie Polskie Sprawy. Zaś na wszelki wypadek przy większości wystąpień publicznych mocno demonstruje noszony na szyi medalik…

Pan Sośnierz był najpierw posłem PO, skąd go szurnięto, bo optował za koalicją z PiS i dążył ponoć do rozłamu. Chwilę był bezpartyjny, potem od 19 stycznia 2006 należał do klubu parlamentarnego PiS. 29 kwietnia 2021 odszedł z klubu parlamentarnego PiS, pozostając członkiem Porozumienia Jarosława Gowina. Potem już przytrafiły mu się wspomniane Polskie Sprawy.

Rozpisałem się o tej dwójce, bo reprezentuje ona taki typowy okołowładzowy plankton. W zasadzie państwo mogą być wszędzie i wszystkim; byle się trafiła jakaś w miarę przyzwoita i nienadmiernie odpowiedzialna posada. Podejrzewam, że gdyby rządził kto inny – też by o to samo zabiegali.

I powiedzmy sobie brutalną prawdę: tacy ludzie są dla każdej władzy bezcenni. To na nich można zawsze liczyć, gdy na horyzoncie pojawia się jakiś kryzys czy konflikt.

A teraz akurat tak jest: otwarty i nierozwiązywalny bez brutalnych pociągnięć konflikt z Ziobrą i jego „drużyną” wydaje się nieunikniony. Trzeba więc jedno ze skrzydeł wzmocnić. Mówi się, że Kaczyński w końcu ma Ziobry po kokardę i zdecydował się go ostatecznie pozbyć; świadczyłaby o tym także retoryka Morawieckiego (te uwagi o „niechęci umierania za problemy ze sprawiedliwością”). Dzisiaj także pojawiło się na giełdzie nazwisko Horały, który miałby objąć miejsce po Ziobrze…

Dość to razem ciekawe. Jeśli się to sprawdzi, to czeka nas (a zwłaszcza „ich”) niezłe trzęsienie ziemi. Bo przecież za „drużyną kakaowych chłopców” ciągnie się szereg różnych posad, posadek i synekurek…

Dla nas, ludzi w miarę normalnych, nie ma to oczywiście wielkiego znaczenia. Ot, jak się sprawdzi – będzie paru mniej; jak widać, bez trudu znajdą się nowi. Może mniej agresywni, może odrobinkę kulturalniejsi – ale to tyle. O co zatem chodzi?

Zaryzykuję hipotezę. Wygląda mi otóż na to, że zły człowiek na K. wymyślił sobie, że usunięcie Ziobry może być taktyczną demonstracją „dobrej woli” wobec Komisji Europejskiej, żeby uwolnić gardłowo ważną kasę. Rzuci się Ziobrę na pożarcie pani Urszuli, sprawy sądowe troszkę upudruje – ale broń bosz, bez przywracania pełnej praworządności, bo to sprawa dla gangu kluczowa – i może się uda.

Myślę, że się nie uda. Myślę, że zły człowiek myli się w swej niezmierzonej arogancji i samouwielbieniu. Dotychczas mu faktycznie wszystkie szwindle uchodziły płazem, ale na mój nos ten numer już nie przejdzie.

Chociaż… w kraju, w którym ok. 30% obywateli sądzi, że panowie D. i M. dobrze rządzą i – jak zauważa Vincent V. Severski – ponad 30% uważa, że człowiek był współczesny dinozaurom a ponad 40% nie wie, co to jest VAT…

W tym kraju nie ma rzeczy niemożliwych. Jesteśmy dumnymi Polakami.

21 czerwca

Zły człowiek Jarosław Kaczyński ogłosił, że rezygnuje ze stanowiska wicepremiera. To dziś w serwisie „Rzepy” około godziny 17.00 wiadomość numer … 14. Podobnie w serwisie „Wyborczej”. U braci Kremlowskich – hen, hen jeszcze dalej; zresztą same (nieliczne i beznadziejnie płytkie) komentarze. Wszędzie dorabianie na siłę jakiejś tajemniczej mocy wydarzeniu bez znaczenia. Jedyny w miarę logiczny komentarz to taki, że Kaczyński pragnie uniknąć ewentualnej odpowiedzialności formalnej za jakiś monstrualny wyczyn, który zapewne planuje. Ale to też tylko w miarę logiczne, bo „sprawstwo kierownicze” nie wymaga pełnienia jakiejś funkcji. Więc powtarzam: bez znaczenia i nie ma się co szczypać. Powtórzę za pewnym sławnym dziennikarzem: obudźcie mnie, jak wiadomość o nim będzie się nadawała na czołówkę.

A w ogóle to dziś mnie naszło, żeby odwrócić nie tylko kolejność (o tym małym coś jest z reguły zawsze na końcu), ale i zasadę. Upuścić żółci nie z powodu tego, co się wydarzyło i trafiło na łamy, ale tego, co zostało i zostanie pominięte; a bez wątpienia w każdym razie trafi na miejsca w mediach dalekie i mało ważne.

Oto niewielka garść wydarzeń naukowych, które dziś powinny być dość wysoko choćby w serwisach internetowych; a nie ma ich w ogóle, bo „nauka nie jest reklamonośna”, jak niegdyś powiedział pewien ważniak medialny; znaczy, tak jest w naszej Wolsce.

Zatem:

1. Wiemy już, skąd i kiedy przywędrowała do Europy dżuma, czyli Czarna Śmierć. Grupa uczonych donosi, że znalazła odpowiedź badając miazgę zębów ludzi pochowanych w 14 wieku. Na podstawie analizy zachowanego materiału genetycznego wiemy otóż, że Czarna Śmierć pojawiła się w 1338 lub 1339 roku w pobliżu Issyk-Kul, jeziora w górzystym obszarze na zachód od Chin w dzisiejszym Kirgistanie. Historycy prześledzili też drogę epidemii – najwyraźniej rozpoczęła się ona w Chinach lub w pobliżu zachodniej granicy Chin i przeniosła się szlakami handlowymi do Europy, Afryki Północnej i bliskiego Wschodu.

2. Unia Europejska zakazała niektórych barwników, uznając je za potencjalnie niebezpieczne dla ludzi. Artyści i producenci na całym świecie walczą o znalezienie zamienników. Branża tatuażowa ma ogromny kłopot…

3. Znaleziona w rzece Mekong w Kambodży gigantyczna płaszczka jest zapewne największą na świecie rybą słodkowodną. Ten istny potwór ma 13 m średnicy i waży ok. 330 kg.

4. Korea Południowa z powodzeniem wystrzeliła we wtorek na orbitę małego aktywnego satelitę za pomocą własnej rakiety. Trzystopniowa rakieta Nuri wystartowała z Centrum Kosmicznego Naro w Goheung na południowo-zachodnim krańcu Korei Południowej. Zmienia to dość zasadniczo sytuację nie tylko na Półwyspie Koreańskim.

Wszystko to (i wiele, wiele więcej) z jednego dzisiejszego serwisu New York Timesa dotarło do mojej poczty dziś rano. Minął praktycznie cały dzień i nie poszedł po żadnym z tych tropów w żadnym z mediów pies z kulawą nogą. Można się natomiast dowolnie podniecać informacjami, że Zenek Martyniuk ma zaplanowane trasy koncertowe na trzy najbliższe lata, jacyś tancerze znani z programu „Taniec z gwiazdami” będą mieli dziecko, zaś żona tzw. detektywa Rutkowskiego postanowiła się upiększyć, wstawiając sobie złote zęby.

Państwo wybaczą, ale ja wysiadam z tego tramwaju. Muszę rzygnąć.

20 czerwca

Dziś we wszystkich mediach powinien królować temat podjęty przez „Newsweeka”. O pewnej mocno lewej „wyższej szkole”, w której za pieniądze i praktycznie bez wysiłku można dostać tytuł MBA, bardzo przydatny dla członków rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Bohaterem jest Obatel Czarnecki, mocno wplątany w tę inicjatywę. Ale jakoś cicho. Czyżby nie tylko pisuary były zainteresowane tą ciszą?

Na marginesie: namnożyło się nam tych wyższych szkół Tego-I-Owego już chyba ponad miarę. Polski system szkolnictwa wyższego, szczególnie prywatnego, wymaga chyba szybkiej i bardzo krytycznej refleksji. Opanowany obecnie przez tzw. humanistów, „ekspertów od zarządzania” i innych „psychologów biznesu” przestaje być czymkolwiek innym, jak tylko dostarczycielem lewych papierów jednym i kasy drugim cwaniakom.

À propos kadry uczelnianej (przypomnę: jeszcze niedawno profesor wyższej uczelni cieszył się szczytowym miejscem w rankingach szacunku społecznego…). Niejaki prof. Paweł Skrzydlewski to częsty gość mediów Rydzyka, rektor Akademii Zamojskiej. Ostatnio walnął, że „dzieckiem musi kierować ojciec”. Na antenie Radyja orzekł, że jeżeli dziecko nie będzie wychowane przez ojca, zostanie „człowiekiem niedojrzałym i słabym”. Mówiąc o „naturalnym porządku życia rodzinnego”, dodał, że pozbawione tego kierownictwa dziecko „jako człowiek zatrzymuje się w swym rozwoju i będzie cierpieć na wiele deficytów”.

O czym donosi PT. Czytelnikom staruszek, „kierowany” w młodości przez dwie kobiety, mamę i babcię i – jakby to powiedzieć – dość zadowolony ze swojego procesu rozwojowego. Jak sobie w związku z tym pomyślę, do czego mógłbym dojść, gdyby brał w tym procesie udział choćby jakiś p.o. ojciec (jeśli pan profesor z Zamościa ma rację…) – dostaję zawrotu głowy. Papież? Nobel z gimnastyki artystycznej? Co też mnie minęło?

Pan Duda, ten z Pałacu, przybył na Łotwę, gdzie bierze udział w szczycie Inicjatywy Trójmorza. — Trójmorze to success story polskiej polityki zagranicznej i okręt flagowy prezydentury Andrzeja Dudy — powiedział szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej.

No… Jak szef użył angielszczyzny, to musi tak być.

Ale by the way: czy bohater tej informacji może nauczyć się akcentować znaki przestankowe w swoich wystąpieniach? Ja wiem, swobodny potok myśli i te rzeczy, ale jednak dla normalnego słuchacza może to być trudne w odbiorze. Chociaż, z drugiej strony… Jakie to ma w sumie znaczenie? Pobrzęczy, pobrzęczy i pójdzie na&nb