72 min czytaniaBogdan Miś: Upusty żółci (czerwiec 2022)

01.06.2022

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.

Może teraz. Czytajcie codziennie po południu.

.

.

27 czerwca

Dziś głównie trzęsie nas cholera po obejrzeniu filmu, pokazującego jak policjant wali gazem prosto w twarz demonstrantowi, który w żaden sposób nie stwarza mu żadnej niebezpiecznej sytuacji. Oczywiście prawicowe media biorą dzielnego gliniarza – w trójcy świętej: oskarżyciel, sędzia i kat jedynego – w zajadłą obronę. Ale tego nie da się obronić nijak i można się tylko zastanawiać, jak zapobiegać w przyszłości tego typu wynaturzeniom.

Komentator z prawicy mówi, że przecież każdy się może zdenerwować, jak mu w oczy ktoś mówi niedelikatnie o swoim stosunku do niego i całego ustroju. Racja! Może. Ale nie powinien wtedy nosić munduru policjanta; co oznacza, że jedyną akceptowalną społecznie reakcją na ten incydent powinno być natychmiastowe wywalenie gościa z Policji z pozbawieniem prawa do emerytury. I to samo dla całego wianuszka jego przełożonych do komendanta miejskiego włącznie. Zapewniam, że to bardzo łagodzące obyczaje rozwiązanie.

Którego oczywiście nikt nie zastosuje.

Ciekawostka z „SuperExpressu”: „Jeśli Hołownia będzie chciał zaprzepaścić szansę na pokonanie PiS, wiążąc się z prawicowymi dinozaurami, nie wiem, czy wciąż widzę tu dla siebie miejsce” – mówi „SE” jeden z ważnych działaczy w Polsce 2050. Z ustaleń gazety wynika, że największymi zwolennikami jednej listy do wyborów są: Tomasz Zimoch, Joanna Mucha, Hanna Gil-Piątek, Paulina Hennig-Kloska i wiceprzewodniczący partii Michał Kobosko.

Powstrzymam się w zasadzie od opinii. Moje spojrzenie jest – nie ukrywam – mocno skażone tym, że jak słyszę deklarację „myśmy są wierne córy i syny Kościoła”, to mi się robi jakoś dziwnie. A ze strony ludzi Hołowni słychać to wyraźnie.

Skoro jesteśmy przy sprawach Kościoła. „Skala rozwodów i związków niesakramentalnych przerosła nasze przewidywania. Przed Kościołem stoi wyzwanie, jak w praktyce duszpasterskiej podchodzić do osób żyjących w nowych związkach” – powiedział metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz w rozmowie, opublikowanej na stronie archidiecezji warszawskiej.

Chyba odradzę panu Nyczowi działania w tej sprawie. Jestem zupełnie przekonany, że nie odniosą one najmniejszego skutku, więc cała energia w nie włożona pójdzie w gwizdek. Doradzałbym natomiast jakiś surowy przegląd kościelnych ośrodków wychowawczych i opiekuńczych, bo z nich na całym świecie zaczyna wydobywać się jakiś paskudny smrodek.

W ogóle – prawdę mówiąc – wkraczamy w czasy, w których da się coś pozytywnego powiedzieć jedynie o kościelnej … architekturze; i to też nie zawsze, jeśli pamiętać o koszmarze warszawskiej wyciskarki cytryn na Wilanowie i serii snów pijanego kamieniarza, poświęconych Wojtyle. Ale niektóre średniowieczne katedry są piękne.

Na kolejne kuriozalne oświadczenia i następne idiotyczne pomyłki (Mejza – Brajza, Włocaławek – Inowrocław itp.) małego złego czekam bez specjalnej niecierpliwości. Ciąg dalszy nastąpi bez wątpliwości, dziad jest niezawodny.

26 czerwca

„Raz dwie gołe baby kąpały się w wannie. I jak się zderzyły pośladkami, to tak klasnęło, że nie macie pojęcia”.

To cytat z Gałczyńskiego, który w ten sposób wyszydził niegdyś poczucie humoru chama i prymitywa. Momentalnie mi się to przypominało, gdy usłyszałem wymlaskany ostatnio „żart” Kaczyńskiego. I przez wielu odnotowany ze zgrozą rechot jego wyznawców niczym mnie nie zaskoczył. Powiedzmy sobie szczerze i brutalnie: to jest środowisko (bo w żadnym wypadku nie „towarzystwo”) spod najciemniejszej gwiazdy. Niestety, sięgające liczebnością trzeciej części mieszkańców ziem między Bugiem a Odrą.

Nic na to w trybie natychmiastowym nie poradzimy. Jedyna możliwość zmiany tej sytuacji – jeśli wykluczyć jakąś romantyczną rewolucję, która sama w sobie jest zawsze czystym złem i przyniosłaby więcej szkód niż pożytku jak każdy romantyzm i każda rewolucja – jest pozytywistyczna nudna i bezbarwna praca u podstaw. Czyli – edukacja.

Naprawdę: zmiana systemu kształcenia Polaków jest w moim przekonaniu zadaniem najważniejszym, które trzeba priorytetowo podjąć zaraz po naprawieniu systemu praworządności (bo bez tego jednak nie zrobi się nic). Mogę się ostatecznie zgodzić, żeby zadanie to podjąć równocześnie z paroma innymi; ale nijak nie wolno go potraktować jako drugorzędne.

To zadanie piekielnie trudne i wymagające przełamania wielu stereotypów. I właśnie dlatego namawiam, by opozycja potraktowała je jako szczególnie pilne i uwzględniła w swoich programach wyborczych. Nie bacząc na to, że powiedzenie uczciwie, o co chodzi – a więc przede wszystkim o racjonalizację i całkowitą świeckość całego procesu nauczania od przedszkola do doktoratu – spowoduje wściekłość kruchty i uruchomi znane demony. Bez poradzenia sobie z tymi demonami nie zbudujemy otwartego, myślącego, tolerancyjnego, antyrasistowskiego nowoczesnego społeczeństwa.

Tylko tyle – i aż tyle.

Od razu mówię, że nie jestem w tej sprawie optymistą. I nie chodzi mi o siłę oporu egzemplarzy takich jak Czarnek czy Pawłowiczówna: oni akurat są tak jednoznaczni, że nie ma o czym (ani z kim) gadać. Chodzi mi o takie osoby, jak pani Fabisiak czy pan Poncyliusz: niby formalnie z obozu demokratycznego, ale tak zerkające w kierunku kruchty i kołtuna, że mdli. Sporo tego jest i w innych ugrupowaniach, zwłaszcza w PSL i u Hołowni.

Rozpisałem się o wielkiej polityce na skutek wstrętu, wywołanego płaskim witzem małego, złego, mlaskającego faceta, który jest niczym więcej, niż cyniczną emanacją tej całej ciemnoty. Powinno być o nim – zgodnie z przyjętym tu schematem – na końcu. Rzeczywistość nie pozwala się go trzymać.

Wobec tego dziś zakończenie będzie trochę inne. Wkurzyła mnie i zniesmaczyła maksymalnie gównoburza, jaka rozpętała się wokół decyzji, by w meczu otwarcia Wimbledonu na głównym korcie zagrała Iga Świątek. Reguła jest taka, że w tym meczu powinna zagrać posiadaczka numeru 1 na liście najlepszych (w określonym momencie) – i wobec przedwczesnej rezygnacji sympatycznej skądinąd, bo nieźle zwariowanej, spełniającej warunki Ashley Barty padło na Igę. No i zaczęło się. Że to miejsce należy się albo Simonie Halep – bo w odpowiednim dniu była na pierwszym miejscu, albo Sirenie Williams, bo to „królowa wszech czasów”. Że Iga za młoda. Że w ogóle.

Małe to i małostkowe, proszę państwa. Po prostu paru cwaniaczkom chodzi o kasę; nic więcej. Nawet sport „for ladies and gentlemen only” nie jest wolny od tego samego, co pokazuje rechot kaczyńskoidów.

Bo w tym rechocie też idzie ostatecznie o forsę, jakby się kto pytał.

25 czerwca

W gruncie rzeczy – nie chcem, ale muszem. Wracam do sporawy Lisa, ale tylko pośrednio: żadnych nowych faktów nie ma, więc nie ma do czego się konkretnie ustosunkowywać.

Ale problem ogólniejszy jest; a właściwie był – zawsze (i pewno ma przed sobą – niestety – piękną przyszłość). To problem podziału „Nasi” vs. „Nie-nasi”.

Jest bowiem najwyraźniej tak – i bardzo dobitnie to widać w dyskusjach internetowych – że całkiem łagodny stosunek mamy do słabostek czy poważniejszych ekscesów ludzi, których zaliczamy do własnej bańki, znacznie zaś bardziej skłonni jesteśmy kierować się pryncypiami w stosunku do przeciwnika.

Facet skutecznie i ostro leje w pisdzielców – niech tam sobie pracownicę klepnie po tyłku czy zrówna z glebą podwładnego, który nie sprostał wymaganiom. To przecież tylko słabość i w ogóle nie ma ludzi idealnych. Ale jeśli przeciwnika złapiemy obiektywem na zapuszczaniu żurawia w soczysty dekolt sąsiadki albo nagramy mu smartfonem jakiegoś kurwamacia rzuconego w irytacji – powiedzmy – sprzedawczyni, to już po nim.

Nie, proszę państwa. Albo jesteśmy tolerancyjni dla wszystkich równo – albo dla wszystkich równo zasadniczy.

Powiedzmy to wyraźnie: różnicowanie w takich sytuacjach na swoich i obcych czy warunkowanie reakcji przydatnością sprawcy dla własnej propagandy to kluczowe kryterium, pozwalające zaliczyć się do świata cywilizowanego lub tego drugiego.

Osobiście nie ukrywam, że bliżej mi do obozu tolerancji i niektóre zachowania uznawane dziś za niezupełnie dopuszczalne nie oburzają mnie tak do końca. Nigdy nie zrobię na przykład zarzutu nikomu, kto się wplącze w jakiś biurowy romans, o ile tylko jest on obustronnie akceptowany. Nie rzucę się do piętnowania pani, która lubi mieć więcej niż jednego partnera; i tak dalej. Ale już na przykład żądanie szefa, żeby mu podwładny (dowolnej płci), który nie ma tego w obowiązkach zrobił natychmiast kawę – spowoduje u mnie atak furii. Podobnie jak służbowy telefon z jakimś poleceniem o drugiej w nocy.

Ale to ja tak mam. I ta reakcja jest całkowicie oderwana od poglądów czy przynależności politycznej aktorów takiego spektaklu. Aha: i będę się upierał, że to ja mam rację. To do ewentualnych dyskutantów, zwłaszcza zasadniczek i zasadniczków.

Na koniec: mały zły człowiek z nazwiskiem na K. błysnął intelektem w Toruniu. „Odrzucaliśmy tezę, że pieniędzy nie ma i nie będzie, jak mawiał były pan minister. Odrzuciliśmy poprzednio stosowane praktyki, jakimi posługiwała się koalicja PO-PSL. Te zmiany na przestrzeni lat w Polsce widać bardzo wyraźnie” – powiedział na spotkaniu z mieszkańcami. Dalej wytłumaczył słuchaczom, że bez trudu można jednocześnie obniżyć podatki i zwiększyć wydatki socjalne oraz zbrojeniowe „bo trzeba”. Co spotkało się z dużym aplauzem doborowej publiczności. Nieliczni tylko skomentowali to wystąpienie później w Internecie stwierdzeniem „bo mamy drukarkę i dodrukujemy sobie ile wlezie a resztę pożyczymy”. Pytanie, komu się będą wypłacać nasze wnuki i prawnuki uznano za tendencyjne i nieprzystojne.

NARUT jest trudno naprawialny; jeśli w ogóle.

24 czerwca

Wirtualna Polska opublikowała spory tekst, poświęcony Tomaszowi Lisowi i jego odejściu ze stanowiska w „Newsweeku”. Moje podejrzenia – że w sprawie chodzi o kwestie obyczajowe, nie polityczne – potwierdziły się.

Jak to skomentować? Niewątpliwie, Lis jest jednym z najzdolniejszych dziennikarzy w Polsce: z równą łatwością doskonale radzi sobie z warsztatem telewizyjnym, jak z klasycznym dziennikarstwem. To, co się stało, dowodzi jednak, że nie takie kwalifikacje są najważniejsze na stanowisku kierowniczym. Z tekstu WP i wypowiedzi samego Lisa (o „mojej” redakcji w szczególności) wynika jasno, że traktował on redakcję jak swój prywatny folwark.

A to tak samo źle, jakby rozumiał swoje stanowisko jako reprezentanta właściciela wobec zespołu – podczas gdy w moim najgłębszym przekonaniu szef zespołu dziennikarskiego powinien widzieć siebie jako emanację i przedstawiciela zespołu wobec wydawcy. Pierwszy wśród równych, nie inaczej. Kontrpartner wydawcy, nie zespołu.

Wiem, że moje spojrzenie na tę sprawę wzbudzi ogólne parskanie.

Dziś, kiedy media traktowane są niemal wyłącznie jako towar (albo propagandowa pałka), wydaje się to utopią. Nic na to nie poradzę. Dobrą gazetę (czy inne medium) można zapewne robić inną niż ta moja metodą; ale nie sądzę, by udało się inaczej coś naprawdę wybitnego bez atmosfery kumplostwa i przyjaźni, w której znacznie częściej wybacza się błędy niż karze uchybienia.

I na marginesie: w takim kumplowskim zespole jest miejsce i na żarty i na tolerancję dla swobody obyczajowej. Nawet daleko posuniętej. Oczywiście warunkiem podstawowym jest „granie na jednej nucie” i ogólna akceptacja. Rzecz jasna, samo to też nie gwarantuje sukcesu. Ale bardzo go przybliża.

Wiem, że takie zespoły się w przyrodzie zdarzają. Widziałem na własne oczy.

Myślę, że wrócimy do tego tematu, bo – używając języka prokuratorów – jest on wybitnie rozwojowy.

Tymczasem ciekawostka. Pisuary dały ciała aż miło. W trakcie posiedzenia sejmowej Komisji Sprawiedliwości — pan przewodniczący Ast (jeden z najbardziej wyrazistych intelektualnie posłów PiS) chciał złamać regulamin i odmówił głosowania wniosku formalnego posła Michała Szczerby. Magda Filiks czujnie zgłosiła wniosek formalny o stwierdzenie kworum. Ponieważ gołym okiem było widać, że PiS nie ma w tym momencie większości — pan przewodniczący nagle się zerwał i wybiegł, zarządzając 30-minutową przerwę. Chciał naturalnie pozbierać brakujących, ale wyszła kicha. Opozycja wygrała dwa głosowania i zmieniła sposób prowadzenia obrad. Tym samym Komisja negatywnie zaopiniowała realizację budżetu Sądu Najwyższego….

Naprawdę przyjemnie się o tym pisze.

Na przedzakończenie coś dość zabawnego. Pan Duda powołał sobie Radę ds. rodziny. Przewodniczącym Rady został prof. Andrzej Waśko, polonista z Krakowa, współpracownik organizacji i redakcji dość skrajnie prawicowo-katolickich, a w jej skład weszli m.in. szef gabinetu prezydenta Paweł Szrot (ostatnio tak błyszczał intelektem w wywiadzie udzielonym TVN24, że myślałem, że mnie pokręci), oraz rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak (co ja będę o nim gadał…) i europosłanki Elżbieta „Drągal” Rafalska i Anna „Zębatka” Zalewska. Sztuka w sztukę arcydzieła Natury.

Tak nawiasem: nawet z takiej rady może być pożytek. Wystarczy jej ewentualne rekomendacje rozumieć dokładnie odwrotnie i prawdopodobieństwo poprawnej decyzji skokowo rośnie. Nie ma tego złego…

Na zakończenie klasyka oczywiście. Ten mały o fatalnym charakterze z nazwiskiem na K. – ma na imię Jarosław i podobno jakieś podlizuchy widzą koniec jego kariery na stolcu prezydenta RP. Trzymajcie mnie, bo się ześmieję ze śmiechu.

23 czerwca

Kolejny dzień powodów do złości i pogardy dla rządzących i ich przyjaciół. Zaczął mi się od informacji o jakimś wyczynie wiceministra oświaty; bez znajomości nazwiska byłem pewien, że chodzi o kolejne buractwo i prostactwo jednego z tych bubków ze stajni Czarnka, który wszak dobrał sobie personel na swoją miarę.

„Widziały gały, co brały” – powiada pośrednio (bo potwierdza po rozmówczyni) pan Rzymkowski, mówiąc o wyborze zawodu przez nauczycieli. Innymi słowy: wiedziałeś, że wybierając tę drogę kariery dostaniesz grosze i sam uznałeś, że na więcej nie zasługujesz, tumanie jeden.

Bardzo elegancko. Mógł przecież – uwzględniając feminizację zawodu – dodać „cipo głupia”. Ludzki pan. Dopiero po południu zdecydował się łaskawca przeprosić na Tweeterze tych, „którzy poczuli się urażeni”. Jakżeby inaczej! Ta formuła „przeprosin-nieprzeprosin” staje się już tak zużytym szymlem, że za samo jej użycie należy się wybatożenie.

Zmasowany atak prawicy na Klaudię Jachirę. W trakcie składania przysięgi przez Glapę rozsypała na sali sejmowej atrapy banknotów. Co, rozumiecie, jest tak straszną obelgą dla wszystkich Wartości Patriotycznych i Chrześcijańskich, że wypada już tylko dyskutować nad wyższością stosu nad ukamienowaniem dziewczyny lub odwrotnie. Niebezpiecznie być w Pislandii inteligentną osobą. A jeśli się jest w dodatku młodą i urodziwą kobietą z charakterem, to już katastrofa.

Tak sobie myślę: jaką bym pani Klaudii zaproponował posadę, gdy już piskudztwo zostanie pogonione w czorty? Nadałaby mi się do resortu kultury; ale czy by chciała sprzątać po Glińskim i Sellinie, którzy się tam nieustannie defekują mentalnie?

Oczywiście jednak tematem numer 1 powinna być historia projektu zmian prawa, dotyczącego aborcji. Oglądałem dyskusję sejmową w nocy; kilka wypowiedzi było rewelacyjnych. Szczególnie zachwyciły mnie Marta Lempart – poza wszystkim wspaniałym spokojem i żelazną argumentacją oraz urodą polszczyzny – oraz oczywiście rewelacyjna Natalia Broniarczyk, która zwolenników zaplombowania kobietom narządów rodnych i używania ich wyłącznie po pokropieniu wodą święconą totalnie ośmieszyła i wtarła w ziemię; szczególnie zachwyciła mnie publiczna dokładna instrukcja wykonania aborcji domowej przez zainteresowaną. To był majstersztyk!

Zapamiętajmy. Za odrzuceniem obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu zagłosowało 265 posłów; oczywiście z PiS i Konfederacji, a także 19 z Koalicji Polskiej – bez niespodzianki, bo to wszak „ludowa opozycja przykościelna”, dwóch z Polski 2050 (Wojciech MaksymowiczPaweł Zalewski), dwóch z Kukiz‘15 (Jarosław Sachajko, Stanisław Żuk), jedna z KO (Joanna Fabisiak), jeden z koła Polskie Sprawy (Zbigniew Girzyński) oraz jeden poseł niezrzeszony (Łukasz Mejza). Ani jedna z tych osób nie powinna się znaleźć w żadnym wybieralnym kworum. Od zarządu wspólnoty mieszkaniowej poczynając.

Nasz ulubiony zły maluszek na K. puścił z bokowca w ostatnim wywiadzie (jak to ma w zwyczaju) informację, kogo teraz uważa za swojego politycznego spadkobiercę i następcę. Bez zaskoczenia, pomazańcem jest teraz Błaszczak. Obejmuje tę godność po poprzednikach, którymi byli Ziobro i Brudziński.

Tyż piknie, jak mawiają górale.

Cokolwiek da się o tym powiedzieć (a dałoby się sporo, ale niekoniecznie do druku) – jedno jest pewne: drużyna wyrównana. Charakterami, inteligencją i erudycją.

22 czerwca

Ruchy kadrowe i ploty.

Po odejściu Kaczyńskiego z rządu zaczynają się ruchy kadrowe. Dziś dowiedzieliśmy się, że niejaka pani Agnieszka Ścigaj zostaje ministrą od czegoś tam, podobnie pan Andrzej Sośnierz. Obydwoje reprezentują koło poselskie Polskie Sprawy i mają w zasadzie rodowód postgowinowski. W zasadzie, bo przeszłość polityczną oboje mają dość bogatą.

Pani Agnieszka mianowicie m.in. najpierw bez sukcesu startowała do rady powiatu olkuskiego z ramienia komitetu Samorząd OdNowa. W wyborach parlamentarnych w 2015 kandydowała z powodzeniem do Sejmu w okręgu krakowskim z pierwszego miejsca na liście komitetu Kukiz 15. Chciała zdobyć potem mandat posła do Parlamentu Europejskiego z tegoż komitetu, ale legła. W 2019 zdobyła reelekcję poselską; tym razem była już w PSL. Potem chwilę była niezrzeszona i 29 kwietnia 2021 razem z Pawłem Szramką oraz Andrzejem Sośnierzem stworzyła koło poselskie o nazwie Polskie Sprawy. Zaś na wszelki wypadek przy większości wystąpień publicznych mocno demonstruje noszony na szyi medalik…

Pan Sośnierz był najpierw posłem PO, skąd go szurnięto, bo optował za koalicją z PiS i dążył ponoć do rozłamu. Chwilę był bezpartyjny, potem od 19 stycznia 2006 należał do klubu parlamentarnego PiS. 29 kwietnia 2021 odszedł z klubu parlamentarnego PiS, pozostając członkiem Porozumienia Jarosława Gowina. Potem już przytrafiły mu się wspomniane Polskie Sprawy.

Rozpisałem się o tej dwójce, bo reprezentuje ona taki typowy okołowładzowy plankton. W zasadzie państwo mogą być wszędzie i wszystkim; byle się trafiła jakaś w miarę przyzwoita i nienadmiernie odpowiedzialna posada. Podejrzewam, że gdyby rządził kto inny – też by o to samo zabiegali.

I powiedzmy sobie brutalną prawdę: tacy ludzie są dla każdej władzy bezcenni. To na nich można zawsze liczyć, gdy na horyzoncie pojawia się jakiś kryzys czy konflikt.

A teraz akurat tak jest: otwarty i nierozwiązywalny bez brutalnych pociągnięć konflikt z Ziobrą i jego „drużyną” wydaje się nieunikniony. Trzeba więc jedno ze skrzydeł wzmocnić. Mówi się, że Kaczyński w końcu ma Ziobry po kokardę i zdecydował się go ostatecznie pozbyć; świadczyłaby o tym także retoryka Morawieckiego (te uwagi o „niechęci umierania za problemy ze sprawiedliwością”). Dzisiaj także pojawiło się na giełdzie nazwisko Horały, który miałby objąć miejsce po Ziobrze…

Dość to razem ciekawe. Jeśli się to sprawdzi, to czeka nas (a zwłaszcza „ich”) niezłe trzęsienie ziemi. Bo przecież za „drużyną kakaowych chłopców” ciągnie się szereg różnych posad, posadek i synekurek…

Dla nas, ludzi w miarę normalnych, nie ma to oczywiście wielkiego znaczenia. Ot, jak się sprawdzi – będzie paru mniej; jak widać, bez trudu znajdą się nowi. Może mniej agresywni, może odrobinkę kulturalniejsi – ale to tyle. O co zatem chodzi?

Zaryzykuję hipotezę. Wygląda mi otóż na to, że zły człowiek na K. wymyślił sobie, że usunięcie Ziobry może być taktyczną demonstracją „dobrej woli” wobec Komisji Europejskiej, żeby uwolnić gardłowo ważną kasę. Rzuci się Ziobrę na pożarcie pani Urszuli, sprawy sądowe troszkę upudruje – ale broń bosz, bez przywracania pełnej praworządności, bo to sprawa dla gangu kluczowa – i może się uda.

Myślę, że się nie uda. Myślę, że zły człowiek myli się w swej niezmierzonej arogancji i samouwielbieniu. Dotychczas mu faktycznie wszystkie szwindle uchodziły płazem, ale na mój nos ten numer już nie przejdzie.

Chociaż… w kraju, w którym ok. 30% obywateli sądzi, że panowie D. i M. dobrze rządzą i – jak zauważa Vincent V. Severski – ponad 30% uważa, że człowiek był współczesny dinozaurom a ponad 40% nie wie, co to jest VAT…

W tym kraju nie ma rzeczy niemożliwych. Jesteśmy dumnymi Polakami.

21 czerwca

Zły człowiek Jarosław Kaczyński ogłosił, że rezygnuje ze stanowiska wicepremiera. To dziś w serwisie „Rzepy” około godziny 17.00 wiadomość numer … 14. Podobnie w serwisie „Wyborczej”. U braci Kremlowskich – hen, hen jeszcze dalej; zresztą same (nieliczne i beznadziejnie płytkie) komentarze. Wszędzie dorabianie na siłę jakiejś tajemniczej mocy wydarzeniu bez znaczenia. Jedyny w miarę logiczny komentarz to taki, że Kaczyński pragnie uniknąć ewentualnej odpowiedzialności formalnej za jakiś monstrualny wyczyn, który zapewne planuje. Ale to też tylko w miarę logiczne, bo „sprawstwo kierownicze” nie wymaga pełnienia jakiejś funkcji. Więc powtarzam: bez znaczenia i nie ma się co szczypać. Powtórzę za pewnym sławnym dziennikarzem: obudźcie mnie, jak wiadomość o nim będzie się nadawała na czołówkę.

A w ogóle to dziś mnie naszło, żeby odwrócić nie tylko kolejność (o tym małym coś jest z reguły zawsze na końcu), ale i zasadę. Upuścić żółci nie z powodu tego, co się wydarzyło i trafiło na łamy, ale tego, co zostało i zostanie pominięte; a bez wątpienia w każdym razie trafi na miejsca w mediach dalekie i mało ważne.

Oto niewielka garść wydarzeń naukowych, które dziś powinny być dość wysoko choćby w serwisach internetowych; a nie ma ich w ogóle, bo „nauka nie jest reklamonośna”, jak niegdyś powiedział pewien ważniak medialny; znaczy, tak jest w naszej Wolsce.

Zatem:

1. Wiemy już, skąd i kiedy przywędrowała do Europy dżuma, czyli Czarna Śmierć. Grupa uczonych donosi, że znalazła odpowiedź badając miazgę zębów ludzi pochowanych w 14 wieku. Na podstawie analizy zachowanego materiału genetycznego wiemy otóż, że Czarna Śmierć pojawiła się w 1338 lub 1339 roku w pobliżu Issyk-Kul, jeziora w górzystym obszarze na zachód od Chin w dzisiejszym Kirgistanie. Historycy prześledzili też drogę epidemii – najwyraźniej rozpoczęła się ona w Chinach lub w pobliżu zachodniej granicy Chin i przeniosła się szlakami handlowymi do Europy, Afryki Północnej i bliskiego Wschodu.

2. Unia Europejska zakazała niektórych barwników, uznając je za potencjalnie niebezpieczne dla ludzi. Artyści i producenci na całym świecie walczą o znalezienie zamienników. Branża tatuażowa ma ogromny kłopot…

3. Znaleziona w rzece Mekong w Kambodży gigantyczna płaszczka jest zapewne największą na świecie rybą słodkowodną. Ten istny potwór ma 13 m średnicy i waży ok. 330 kg.

4. Korea Południowa z powodzeniem wystrzeliła we wtorek na orbitę małego aktywnego satelitę za pomocą własnej rakiety. Trzystopniowa rakieta Nuri wystartowała z Centrum Kosmicznego Naro w Goheung na południowo-zachodnim krańcu Korei Południowej. Zmienia to dość zasadniczo sytuację nie tylko na Półwyspie Koreańskim.

Wszystko to (i wiele, wiele więcej) z jednego dzisiejszego serwisu New York Timesa dotarło do mojej poczty dziś rano. Minął praktycznie cały dzień i nie poszedł po żadnym z tych tropów w żadnym z mediów pies z kulawą nogą. Można się natomiast dowolnie podniecać informacjami, że Zenek Martyniuk ma zaplanowane trasy koncertowe na trzy najbliższe lata, jacyś tancerze znani z programu „Taniec z gwiazdami” będą mieli dziecko, zaś żona tzw. detektywa Rutkowskiego postanowiła się upiększyć, wstawiając sobie złote zęby.

Państwo wybaczą, ale ja wysiadam z tego tramwaju. Muszę rzygnąć.

20 czerwca

Dziś we wszystkich mediach powinien królować temat podjęty przez „Newsweeka”. O pewnej mocno lewej „wyższej szkole”, w której za pieniądze i praktycznie bez wysiłku można dostać tytuł MBA, bardzo przydatny dla członków rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Bohaterem jest Obatel Czarnecki, mocno wplątany w tę inicjatywę. Ale jakoś cicho. Czyżby nie tylko pisuary były zainteresowane tą ciszą?

Na marginesie: namnożyło się nam tych wyższych szkół Tego-I-Owego już chyba ponad miarę. Polski system szkolnictwa wyższego, szczególnie prywatnego, wymaga chyba szybkiej i bardzo krytycznej refleksji. Opanowany obecnie przez tzw. humanistów, „ekspertów od zarządzania” i innych „psychologów biznesu” przestaje być czymkolwiek innym, jak tylko dostarczycielem lewych papierów jednym i kasy drugim cwaniakom.

À propos kadry uczelnianej (przypomnę: jeszcze niedawno profesor wyższej uczelni cieszył się szczytowym miejscem w rankingach szacunku społecznego…). Niejaki prof. Paweł Skrzydlewski to częsty gość mediów Rydzyka, rektor Akademii Zamojskiej. Ostatnio walnął, że „dzieckiem musi kierować ojciec”. Na antenie Radyja orzekł, że jeżeli dziecko nie będzie wychowane przez ojca, zostanie „człowiekiem niedojrzałym i słabym”. Mówiąc o „naturalnym porządku życia rodzinnego”, dodał, że pozbawione tego kierownictwa dziecko „jako człowiek zatrzymuje się w swym rozwoju i będzie cierpieć na wiele deficytów”.

O czym donosi PT. Czytelnikom staruszek, „kierowany” w młodości przez dwie kobiety, mamę i babcię i – jakby to powiedzieć – dość zadowolony ze swojego procesu rozwojowego. Jak sobie w związku z tym pomyślę, do czego mógłbym dojść, gdyby brał w tym procesie udział choćby jakiś p.o. ojciec (jeśli pan profesor z Zamościa ma rację…) – dostaję zawrotu głowy. Papież? Nobel z gimnastyki artystycznej? Co też mnie minęło?

Pan Duda, ten z Pałacu, przybył na Łotwę, gdzie bierze udział w szczycie Inicjatywy Trójmorza. — Trójmorze to success story polskiej polityki zagranicznej i okręt flagowy prezydentury Andrzeja Dudy — powiedział szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej.

No… Jak szef użył angielszczyzny, to musi tak być.

Ale by the way: czy bohater tej informacji może nauczyć się akcentować znaki przestankowe w swoich wystąpieniach? Ja wiem, swobodny potok myśli i te rzeczy, ale jednak dla normalnego słuchacza może to być trudne w odbiorze. Chociaż, z drugiej strony… Jakie to ma w sumie znaczenie? Pobrzęczy, pobrzęczy i pójdzie na kolację.

Pewna platforma zakupowa, która już dwukrotnie doprowadziła mnie na pogranicze załamania nerwowego swoimi kretyńskimi pitoląco-drygającymi reklamami, rozpoczęła nową kampanię, w której promuje tym razem wyprzedaż wakacyjną. Ponownie wykorzystuje znaną melodię – tym razem bohaterowie reklamy śpiewają i tańczą w rytm pieśni „Kaczuszki”. Co zaś jest najbardziej łamiące w tej historii? To, że stało się to tematem sporego artykułu w medium, poświęconym… prasie. Nie, nie prześmiewczego. Informacyjnego.

Swoją drogą podsunę firmie pomysł na kolejny spot: wykorzystajcie „Bogurodzicę” i „Rotę”. Traficie do wszystkich mediów, a wasze kasy zagotują się od ruchu.

No i na koniec: przyjaciel zwraca mi uwagę, że mały i zły człowiek występuje w tych notkach na końcu jakoś tak enigmatycznie, pod literą K. Hm… Myślę, że przeciętnie wykształcony kot wie, o kogo chodzi, ale na wszelki wypadek wyjaśniam: mam na myśli Prezesa i Wicepremiera Doktora Jarosława Kaczyńskiego, esq.

19 czerwca

Normalna zwykła niedziela. Upał, że rozum staje wraz z włosami.

Z pozoru.

Zbigniew Ziobro zamieścił na Twitterze zdjęcie Morawieckiego. Obrazek okrasił cytatem z wypowiedzi MM: „:Ja bym nie chciał umierać za wymiar sprawiedliwości”. Najwyraźniej ta opinia panu Zbiniowi nie pasi, bo zdjęciu towarzyszy również smętny komentarz: „Wraz z odejściem Beaty Szydło skończyło się zielone światło dla zmian w sądownictwie. Czy polityka ustępstw wzmocniła Polskę? Dziś sądownictwo, jutro likwidacja polskiej energetyki węglowej, pojutrze samochody diesla i benzynowe, a dalej? Ustępstwa rodzą tylko wilczy apetyt UE”.

Faktycznie. Mogą zażądać bógwiczego, na przykład jakiegoś gendera albo co.

Ale mniejsza z tym: najwyraźniej potwierdza się, że panowie nie pałają do siebie sympatią; i to jest bardzo dobra wiadomość, bo oznacza, że jednego za chwilę może być mniej.

Z Hameryki przyszła wiadomość, że doradcy naukowi Centrów ds. Kontroli i Zapobiegania Chorób (CDC) jednomyślnie zarekomendowali w sobotę szczepienie dzieci poniżej 5. roku życia przeciw Covid-19. Tym samym do podania takiej szczepionki kwalifikują się wszyscy Amerykanie z wyjątkiem niemowląt poniżej 6 miesięcy. Naturalnie: rozpacz i krzyk nad Wisłą.

Już myślałem, że wraz z osłabieniem choroby w Polsce osłabną również antyszczepionkowcy, ale skąd: przecież skretynienie nie ustępuje samo z siebie. Jak ktoś chce sobie podnieść ciśnienie, niech zajrzy na katoprawicowe portale i sięgnie do produkcji komentariatu. Ale uprzedzam: nic nowego nie wymyślili, stare bzdury, w zasadzie już nieśmieszne. Przy okazji informuję uprzejmie, że zaaplikowano mi czwartą dawkę i z tym mam na najbliższe 9 miesięcy spokój.

Cytat tygodnia, a może nawet i miesiąca. Abepe Jędraszewski przyładował tak: „Lech Kaczyński królom był równy. Był najwspanialszym z prezydentów III RP, bojownikiem o polską prawdę”. Już nie pamiętam, czy świadome publiczne łgarstwa to jest wedle ichniego spisu czynów niedozwolonych tzw. grzech, czy też nie?

Problem dla abepe zresztą nieduży, bo w razie czego pójdzie do p. Dziwisza i ten go z pewnością rozgrzeszy.

Skoro już jestem przy transcendencji. Jakoś u nas cicho o kolejnej drace kościelnej w Niemczech. Opublikowany tam został kolejny raport diecezjalny o nadużyciach seksualnych, dotyczący tym razem diecezji w Muenster.

Deutsche Welle pisze mianowicie: „Jak ustalili historycy, w latach 1945-2020 co najmniej 610 dzieci było wykorzystywanych seksualnie w tej diecezji. Dzieci miały od 10 do 14 lat, a jedną czwartą z nich stanowiły dziewczynki – wyjaśnił w poniedziałek, 13 czerwca, pięcioosobowy zespół naukowców. Autorzy ekspertyzy uważają, że w ciągu 75 lat skrzywdzono około 5-6 tys. dzieci. Do nadużyć dochodziło głównie w ramach czynności ministranckich lub na obozach wakacyjnych. W przypadku około 90 proc. oskarżonych nigdy nie było konsekwencji karnych. Przestępstwa te były systematycznie tuszowane, a sprawców zazwyczaj przenoszono w inne miejsce”.

Wygląda na to, że niemiecki Kościół – gdy zostaną opublikowane kolejne raporty, przed czym nie da się już uciec – będzie mógł zamknąć budę na patyk, bo zbankrutuje: odszkodowania trzeba będzie płacić monstrualne.

No tak, ale na zachód od Odry nie ma przecież cywilizacji. I w ogóle się nie wiadomo przeciw komu zbroją. Pewno najadą także Watykan, zbóje.

A o małym znowu cicho. Czai się. I jak palnie!

18 czerwca

Dziś, w dniu tak szczególnym i uroczystym, zmieniam kolejność. Tego dnia On jest pierwszy i najważniejszy: skończył 73 lata. Z tej okazji nic na końcu nie będzie ani o Jego charakterze, ani mądrości, ani walorach dykcyjnych. Będą natomiast życzenia. Otóż życzę Mu. Z całego serca.

Zmieniając odrobinkę temat. Coś tam mamrotał wczoraj Morawiecki; mniejsza o sens, kłamał jak zawsze. Chodzi mi tym razem o poetykę tej wypowiedzi i jej formę; obie zresztą tak wspólne dla całego gangu i stałe, że podejrzewam jakieś szkolenia całości z retoryki (pewno jakiś Misiewicz czy inny Hoffman musiał coś zarobić).

No więc poza kubłami nienawiści do opozycji ze szczególnym uwzględnieniem Tuska mamy tu ocean patosu i mnóstwo swoistej – głównie zresztą patriotycznej – powiedzmy nieco na wyrost: poezji. A patos i poezja to są narzędzia wielce delikatne… Raczej chirurgiczne niż rzeźnicze.

Chyba ostatni polityk, któremu darowuję patos, to de Gaulle; jemu jakoś te „Francuzi!” wychodziło naturalnie i było na miejscu. U naszych nieuniknione „Polki i Polacy!” wywołuje już tylko zgrzytanie zębów. No i jeszcze patos Martina Luthera Kinga był OK.

A poezję, wzruszanie się pięknem krajobrazu i innymi urokami natury (rodzimej, ma się rozumieć) to bym w ogóle zostawił. Mamy kilka Nobli w literaturze – i starczy. Co zresztą dotyczy nie tylko tzw. polityków.

W sumie – przypomnę stare powiedzenie: pierwszy, który zachwycił się pełnią Księżyca, był poetą; następni, to już tylko w najlepszym wypadku epigoni.

Z jeszcze innej beczki. Jak wiadomo – śmieli się z tego niemal wszyscy – wycięte z przemówienia Tuska na jakimś zgromadzeniu czy konwencji CDU „für Deutschland” było w kółko wykorzystywane przez Kurwizję dla zohydzenia tego polityka. Pewien skrupulatny telewidz policzył, że zwrot ten został użyty w „Wiadomościach” 128 razy.

No i sensacja: ten rekord został niedawno pobity.

Mianowicie 129 razy powtórzono cytat z pewnego wystąpienia b. ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego. Brzmi on „pieniędzy na obietnice, które składa PiS, nie ma i nie będzie ich w ciągu czterech następnych lat” i ma szyderczo ilustrować sukcesy pisuarów.

Tylko że zdanie to nabiera obecnie niespodziewanej aktualności. Więc radzę cytującym uważać, bo wchodzimy w taki okres w gospodarce, w którym drukowanie pustego pieniądza może nie być ,możliwe a chętnych do pożyczania też jakby coraz mniej.

Co powiedziawszy, zapraszam na jutro.

17 czerwca

Znów prą do draki. Czy naprawdę w stosunkach polsko–izraelskich nie może być normalnie i spokojnie? Teraz polska strona chce zmieniać programy wycieczek młodzieży izraelskiej do Polski, do miejsc Zagłady. Jak rozumiem, nasi oficjele chcieliby nauczania o polskiej pomocy Żydom; takiej, oczywiście, jaką lansują sami. Czyli zapewne ani słowa o szmalcownikach i temu podobnych. Ponadto nie życzą sobie, by izraelskim wycieczkom towarzyszyła uzbrojona ochrona.

Wszystko to razem oznacza dokładnie to, od czego zacząłem dzisiejszy upust żółci: prą do kolejnej draki.

Zaczynam myśleć, że to ciągłe poszukiwanie wszędzie wrogów lub co najmniej przeciwników jest systemowe. Oni chyba naprawdę usiłują realizować w praktyce zarządzanie przez awantury.

Piszę „chyba” jedynie dlatego, że trudno mi sobie wyobrazić, że można być aż takim idiotą. Podręczniki tego stopnia zidiocenia nie przewidują. A przecież niegłupie przysłowie mówi „kto mieczem wojuje…”. Niby proste.

„Siostry zakonne zgodziły się, aby podmiotem prowadzącym Dom Pomocy Społecznej w Jordanowie – w którym miało dochodzić do znęcania się nad niepełnosprawnymi pensjonariuszami – został powiat suski. Siostry przekazały takie stanowisko wojewodzie Łukaszowi Kmicie” – informuje RMF24. Łaskawe panienki – rozumiecie – „zgodziły się”. Bo mogły przecież wezwać egzorcystę, żeby świeckie władze przywołał do porządku…

Napisałem to ironicznie – i po chwili doszedłem do wniosku, że w tym kraju byłoby to całkiem prawdopodobne. I, co gorsza, skuteczne.

Powtarzam: tzw. osoby duchowne powinny być z mocy prawa odsunięte od kontaktów z dziećmi. Do klatki z niebezpiecznymi zwierzętami się nie wpuszcza nawet dorosłych, a co dopiero małolatów. Ale nie mam wątpliwości: NARUT do tego nie dopuści. Nigdy.

Ucieszyliśmy się (ja umiarkowanie, bo znam krętaczy), że blokada granicy w Białorusią zostaje z końcem czerwca zniesiona. Stanu wyjątkowego już nie ma – ucieszyły się media. Tak myślicie? Zgodnie z rozporządzeniem wojewody podlaskiego, Bohdana Paszkowskiego od 1 lipca zakazane będzie przebywanie w pobliżu granicy polsko-białoruskiej.

A wyrok nakazujący przywrócenie do pracy sędziego Juszczyszyna wykonano w ten sposób, że … skierowano go na urlop i przeniesiono do innego wydziału…

Stale tak robią. I są wyraźnie zadowoleni z własnego cwaniactwa.

Wszystko to razem przypomina mi, że we wczesnym dzieciństwie byłem przekonany, że skrzyżowanie z tyłu dwóch palców unieważnia każde dane słowo. Ja zrozumiałem stosunkowo szybko, że to bujda; oni wyraźnie pozostają na poziomie intelektualnym kilkulatka.

A NARUT bije brawo…

Mamy kolejnego geniusza. To znaczy nie objawił się niespodziewanie, on już (niestety) jest od dawna, ale postanowił, że o sobie przypomni. W rozmowie z portalem braci Kremlowskich pan minister Andruszkiewicz wydalił otworem gębowym taki oto tekst: „… obywatele wiedzą […] że ewentualny powrót Donalda Tuska do władzy oznaczałby powrót mrocznych czasów, kiedy nawet w okresie różnego rodzaju zawirowań politycznych czy gospodarczych zostaną pozostawieni sami sobie”.

Te „mroczne czasy” są urocze, nie sądzicie? Wsuwaliśmy obierki, na ulicach łapanki do pracy w Anglii… Krzyżowanie chrześcijan…

Minister. Wszechpolak. Narodowiec. Endek.

Nie wiem, które z tych określeń jest najbardziej obelżywe.

A mały zły pan wczoraj i dziś nie zamlaskał. Ani, ani.

16 czerwca

Mamy więc święto; podobno ważne. Zawsze odbierałem je jako bardzo kłopotliwe, bo procesje mocno zakłócają ruch drogowy, a w dodatku nie wierzę, by ktoś naprawdę przeżywał ten dzień emocjonalnie; to tylko taki kiepski cyrk z tymi dziewusiami sypiącymi kwiecie pod nogi sflaczałym grubasom. Dziś, po ujawnieniu całej masy obrzydliwości moralnej, jaką zafundowały nam „osoby duchowne” obojga płci, obrazki te są tym bardziej pozbawione sensu. Czysty surrealizm i teatr absurdu.

W sprawach transcendentalnych chciałem zaś jeszcze tylko stwierdzić, że niezupełnie się zgadzam z dzisiejszym oburzeniem Jacka Pałasińskiego na Frania Nr 1, który ostatnio zalecił bardzo zdecydowanie utrzymywanie czystości nie tylko przedmałżeńskiej, ale i po ślubie. Ależ On ma rację, Jacku! Mycie się w okolicznościach łóżkowych jest wszak nieodzowne, zwłaszcza w pewnych strategicznych okolicach cielesności! Nie wierzę, że myślisz inaczej!

No bo o co innego mogłoby chodzić z tą czystością?

Ale mamy też dwie dobre wiadomości; natury tym razem prawnej. Pierwsza jest taka, że sędzia Żurek wygrał przed ETPCz sprawę przeciwko Polsce i dostanie 25 tys. euro zadośćuczynienia. Chodziło o naruszenie postanowień Europejskiej Konwencji Praw Człowieka: art. 6 ust. 1 (prawo do rzetelnego procesu), art. 13 (prawo do skutecznego środka odwoławczego) i art. 10 (wolność wyrażania opinii). Żurek górą. To się będzie dobrze skandowało na demo.

Druga wiadomość dotyczy wygrania przez Monikę Olejnik procesu, jaki wytoczyła TVP. Kurwizja mianowicie sugerowała, że kamienica, w której mieszka dziennikarka, była obiektem złodziejskiej prywatyzacji. Można było wydedukować, że zainteresowana o tym wiedziała kupując mieszkanie. Sąd uznał, że sugestie prezentowane w materiałach TVP były nieprawdziwe i nieuprawnione, a nabycie mieszkania było w pełni uczciwe, nie miało wad prawnych oraz nie było powiązane z procederem. TVP musi przeprosić Monikę Olejnik i to nie raz – dwukrotnie w Wiadomościach TVP 1 i cztery razy w TVP Info. Plansze z przeprosinami powinny zostać wyemitowane również przed audycjami w VOD TVP. Oprócz tego sąd zasądził po 25 tys. zł na rzecz Caritas i Fundacji TVN.

Oczywiście, nasz negatywny bohater narodowy z nazwiskiem na literę K. żadnego takiego wyroku nie uzna, ponieważ uważa siebie za ostatnią najwyższą instancję sądową a wyroki polskich sądów zazwyczaj nie zaspokajają jego specyficznego wielce wyrafinowanego poczucia piękna i rozumienia sprawiedliwości. W obu przypadkach zapewne zatem po długotrwałej obstrukcji trzeba będzie wspomniane wyroki wyegzekwować siłą.

Ale … gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo (nieszczęśnikom, których pozbawiono nauki łaciny w szkole przetłumaczę: kropla drąży kamień nie siłą, ale częstym padaniem) i w końcu się tych wyroków nazbiera tyle, że ucho pewnego dzbana się urwie…

I pewno nie tylko ucho, mam nadzieję.

15 czerwca

Bardzo śmieszne.

W kilka dni po wizycie pani von der Leyen i informacji o ratyfikacji wstępnych warunków otrzymania kasy na KPO – nagle okazuje się, że legendarne już „kamienie milowe” są znane dyskutantom jakby tylko ze słyszenia. Szczególne piekiełko jest o dwie rzeczy: o pewną przyszłą dyskryminację pojazdów spalinowych i o kłopoty z niskim u nas wiekiem emerytalnym.

Wygląda niestety na to, że wszyscy zainteresowani ministrowie w ogóle tego dokumentu nie przeczytali – albo skupili się wyłącznie na sprawach, związanych z Izbą Dyscyplinarną. A teraz na wyprzódki zapewniają, że oni o niczym nigdy nie wiedzieli i w ogóle nie ma mowy…

Tak sobie myślę, że przy całej gołebiowatości mojego serca, gdybym był przełożonym tak skrupulatnych w analizie ważnych dokumentów urzędników, to następnego dnia po ujawnieniu skandalu (bo to jest skandal jak cholera) już by żaden z nich nie pracował.

Żebyśmy tylko mogli być pewni, że ten najprzegłówniejszy sam przeczytał…

Sprawy duchowe. Rozwija się afera z maltretowaniem dzieci w zakonnym ośrodku w Jordanowie. Siostrzyczki usiłowały po cwaniacku iść w zaparte, ale wszystko wskazuje na to, że się im nie uda. Jako stary ekstremista zaproponuję w związku z tym rozpoczęcie debaty nad całkowitym zakazem kontaktu tzw. osób duchownych dowolnej płci z wszelkimi małolatami, w każdym razie bez obecności dorosłych niezależnych osób trzecich. Wiem, że dziś i jutro to nie przejdzie – ale mocno wierzę, że taki zakaz w skali międzynarodowej zostanie kiedyś wprowadzony. Wieki pedofilii i sadyzmu wystarczą. Nie ma innego wyjścia z tej dość koszmarnej sytuacji.

Czytam też dziś coś takiego: „czasami wymagania księży mogą wprawiać w osłupienie. Mocno zszokowana była pewna przyszła panna młoda, która usłyszała, że musi pokazać… ostatnie świadectwo z oceną z religii!”

Jej komentarz jest głęboko zasadniczy: „Ten ksiądz chyba oszalał”. Ostro. Młoda panno, mógł przecież zażądać dowodu cnoty…

Polityka. Błysnął intelektem dr Kosiniak. – Ludzie chcą, żebyśmy po prostu te wybory wygrali – powiedział „Rzepie” odnosząc się negatywnie do wspólnej listy wyborczej opozycji. I dodał – Wierzę, że ci, którzy mają dość podobny program, są w stanie się dogadać, choć może tej chęci jeszcze nie widać. Ale Platforma nie tylko światopoglądowo, lecz również gospodarczo idzie w sukurs Lewicy i tak ją chce przyciągnąć – zauważył.

Wychodzi na to, że ludowcy jednak tylko pod kołdrą i po bożemu.

No nie wiem… Cuda się pono zdarzają. Może i wszyscy wyborcy PSL chcą wygranej tej partii, ale jak dotychczas z 4% poparcia to się nie zdarzało. A ja tak cenię zawód lekarza i uważam jego przedstawicieli za ludzi wyjątkowo inteligentnych…

Chyba pozostanę przy tym mniemaniu, tylko nieco inaczej będę w wybranych przypadkach rozumiał słowo „wyjątkowo”.

Ostatnia sprawa, w której muszę pojechać nieco pod prąd. Mnóstwo ludzi zaskoczonych odejściem Edwarda Miszczaka z TVN wystawia mu dziś laurki. Że to medialny geniusz, rozumiejący nadzwyczajnie potrzeby widza, twórca programu, na tego widza nastawionego wyłącznie. Taki nowoczesny i ducha czasów rozumiejący…

Być może, być może. Może i takie podejście jest właściwe i potrzebne w telewizji prywatnej, której jedynym celem istnienia jest zarabianie pieniędzy. Mnie to odrzuca, podobnie jak wszelkie rutyny korporacyjne – te „job descriptions”, robienie na ASAP i informacje kto do kogo raportuje. Tfu.

A ten nasz ulubiony… No, znowu błysnął. Co mu tam jakiś sąd będzie wydawał wyroki… W sprawie Kujdy orzekł mniej więcej tak, jak bodajże Goering: w tym kraju to ja decyduję kto jest Żydem, wróć, Tajnym Współpracownikiem… Nie podoba się?

14 czerwca

Ten-co-o-nim-zawsze-na-końcu wziął dziś udział w konferencji prasowej w związku z projektem ustawy o ochronie ludności i stanie klęski żywiołowej. Mniejsza o samą ustawę; jak zwiększa uprawnienia władzy (a ta ma właśnie zwiększać w określonych sytuacjach), to zawsze powinno się nam zapalić czerwone światełko w mózgu, bo na pewno kantują; chcę zwrócić uwagę PT. Czytelników na melodię, na którą grana była ta piosenka – czyli na ton wypowiedzi Kaczyńskiego w reakcji na pytania dziennikarzy.

Otóż w tym tonie słychać było po pierwsze – zniecierpliwienie, po drugie zaś – niesłychaną agresję i pogardę dla pytających. Gdyby ten mały mógł, to by ich opluł, skopał i wyrzucił na śmietnik. Musi być bardzo nieszczęśliwy, że jeszcze nie może.

Zaraz po tym pokazano jak Morawiecki odpowiadał na pytania, związane z jego akcjami i jawnością jego zeznań podatkowych. Znów to samo: gęba wykrzywiona złością i ledwo hamowane zniecierpliwienie.

Bardzo niewygodne i szkodliwe te wszystkie pismaki. Zupełnie nie da się ich przekonać, że powinni się kierować jedną jedyną, uniwersalnie słuszną dyrektywą: wszystko to wina bezbożnej Unii Europejskiej i osobiście tego obrzydliwca Niemca Tuska.

Niebawem powinniśmy się dowiedzieć, że to azjatyckie hordy Tuska pustoszą Ukrainę.

Tymczasem zaś uroczyście obchodzimy rocznicę przyłączenia Śląska do Polski. Słowo „przyłączenie” wydaje mi się dość na miejscu, choć z drugiej strony sugeruje ono, że to nie była żadna część kraju, tylko jakaś zdobycz… Mniejsza jednak o takie wredne niuanse. Gdybym był jeszcze zupełnie pewien, że wszyscy Ślązacy się z tego powodu identycznie radują, jak pan wicepremier od kultury, to byłoby przepięknie. Podejrzewam, że niektórzy mają uczucia ambiwalentne.

„Wyrażamy poparcie i uznanie dla ciężkiej pracy społeczności LGBTQI+ na rzecz ich praw i rozwiązywania problemów, z którymi się spotykają; musimy wspólnie pracować na rzecz niedyskryminacji i przestrzegania ich praw” – czytamy w liście otwartym podpisanym przez 46 ambasadorów i dyplomatów akredytowanych w Polsce. Reakcja reakcji: wściekłość. „Przekraczanie uprawnień”, „naruszanie statusu dyplomatycznego”, „ingerencja w wewnętrzne sprawy”… I żal, że wydarzenia w Ukrainie nie stały się przykryciem dla wszelkich krajowych.

Straszny jest momentami ten kraj – i nie wiem, czy tę koszmarną chamsko-kościelną i nacjonalistyczną narośl da się tak łatwo znad Wisły usunąć. Samo wygranie wyborów i odsunięcie tych kurdupli umysłowych i nędzy moralnej od władzy – sprawy, obawiam się, nie załatwi.

O tym złym na K. nie ma, bo było na wstępie. Swoją drogą, marzę o dniu, w którym pisanie tego będzie już rozkosznie zbędne. I już będziemy o nim mówić tylko – no, niekoniecznie dobrze, tak się nie da – ale z ulgą.

13 czerwca

Szedłem „łącznikiem” z budynku A do budynku F na Woronicza, gdy wpadłem na Marylkę Wiśniewską, podobnie jak ja zastępcę redaktora naczelnego programów naukowych.

– Dobrze cię widzieć – powiedziałem – mam pomysł. Zróbmy we wrześniu w którąś niedzielę po południu wielki, taki co najmniej trzygodzinny program na żywo o rozmaitych cudach nauki; coś takiego jak Piknik Naukowy. W środku ze trzy konkursy wiedzowe, pokazy najciekawszych maszyn, eksperymenty o niespodziewanym przebiegu… Trzy wozy transmisyjne, cztery studia jednocześnie pracujące, powinno starczyć… Do udziału zaprosimy zwycięzców olimpiad przedmiotowych i młodych asystentów z wyższych uczelni, okrasimy to wszystko występami orkiestry symfonicznej Wyższej Szkoły Muzycznej…

– Kupuję – powiedziała Marylka. Walimy z tym na najbliższe kolegium. Ty zrobisz część nauk ścisłych, ja z Jurkiem Wunderlichem medycynę i biologię, technikę damy Moszowi i Skibińskiemu. Realizatorem całości może być tylko Rysiek Kośmiński. Tylko bez żadnych wygłupów w rodzaju biegów z jajkiem. Myślę, że Szczepański da kasę jak go Grzelak zbajeruje, może nawet spróbuje ściągnąć na program samego Gierka. Daj pyska – powiedziała i cmoknęła mnie w policzek.

I wtedy się obudziłem w swoim łóżku. Po twarzy lizał mnie mój pies; uzmysłowiłem sobie, że od wielu lat żadna z postaci z mojego snu już nie żyje, a ja sam ledwo się ruszam. Ba, nawet budynku „A” na Woronicza już nie ma…

A trzygodzinny program o nauce na żywo okraszony muzyką poważną i z udziałem wyłącznie ludzi o IQ tak w okolicach 150, to dziś pomysł rodem ze szpitala psychiatrycznego. Gdzie tu wsadzić reklamy? Jak zdobyć sponsorów? Kto to obejrzy? Same jakieś pieprzone inteligenty i wykształciuchy by na to ewentualnie rzuciły okiem…

Żeby chociaż disco-polo albo coś o gwiazdach.

Obrazilibyśmy masowego widza takim programem. „Widz musi czuć, że ten na ekranie to błazen, który ma go wyłącznie łechtać pod pachą, bo mu za to płaci abonament”. Kto to powiedział?

Mniejsza z tym. Był taki. I to on wygrał.

Zmiana tematu. Cytuję: W Domu Pomocy Społecznej w Jordanowie pod Krakowem dzieci z niepełnosprawnością intelektualną przez zakonnice „były bite, poniżane i zamykane w klatkach” – ustalili dziennikarze WP. „Żądamy kontroli we wszystkich ośrodkach pomocy społecznej i innych instytucjach prowadzonych przez Kościół” – oświadczyli przedstawiciele Lewicy.

Znów obrzydliwy atak antychrześcijański, c’nie? A jak im patrioci ustąpią, to jutro będą te komuchy przebrzydłe żądać dostępu do środków antykoncepcyjnych dla wszystkich i jakichś innych genderów. Żadne takie. Bronimy siostrzyczek.

Nie da się żyć w takim kraju.

A tego małego na K. dziś obficie cytują, udzielił wywiadu „Gazecie Polskiej”; z niejasnych powodów publikują szerzej tylko fragmenty.

Taki passus na przykład: „Potężną kulą u nogi naszej debaty publicznej ciągle są media. Mamy totalną opozycję, wspieraną przez równie totalne media, które są w stanie tworzyć kontrrzeczywistość, w którą jednak ludzie wierzą. W Rosji media karmią ludzi przekazami niemającymi nic wspólnego z rzeczywistością, wręcz będącymi jej brutalnym i ordynarnym zaprzeczeniem, i u nas też są media, które działają co najmniej podobnie”.

Bardzo mi się podoba ta debata publiczna z nogą i kulą przy niej. Pozazdrościł Wuc dr. Jakiemu z tym jego zgwałconym wagonikiem w środku lokomotywy, o którym pisałem. „Kontrrzeczywistość” też jest zresztą niezła.

A może mi się to wszystko też śni jak z tą telewizją? Może mnie pies za chwilę obudzi, bo ten sen, to już są koszmary?

„Wszystko to sen wariata, śniony nieprzytomnie”. Pamiętacie jeszcze Konstantego Ildefonsa?

12 czerwca

Ten dzień musiał nadejść: nudy. Idioctwo na poziomie stanów średnich. Nikt się dotychczas ponad normę nie wygłupił ani nie skompromitował, z nikogo też mi się nie chce kpić bardziej niż wczoraj.

Nawet p. Piasecki w swoim programie jakby mniej machał łapami i przerywał rozmówcom, więc można było to obejrzeć do końca, choć nie było po co: pani eksminister Zalewska (ta zębatka, jeśli ktoś nie pamięta, co to zlikwidowała gimnazja i przed Czarnkiem miała murowane pierwsze miejsce w konkurencji na najgorszego w historii szefa oświaty) wzbudzała swoimi tekstami wyłącznie rozbawienie zmieszane z żałością, a na to szkoda mojej uwagi, bo od właściwej sobie wyrównanej normy nie odbiegła.

Włodek Czarzasty niestety mówił wyłącznie serio, podobnie p. Lubnauer. A tak liczyłem… Ale chyba nie było kogo wcierać w ziemię. Był tam bowiem jeszcze ze strony rządowej jakiś nikt i w zasadzie tylko stękał. Oraz Dziambor.

O małym złym na K. mi się dziś też nie chce. Jest.

11 czerwca

146. miesiączka wczoraj była. Lotna Brygada Opozycji znów się pastwiła nad nieszczęsną policją. Niektórzy z gliniarzy już nie wytrzymują i parskają śmiechem, choć pewno to może skutkować jakąś naganą albo obcięciem premii. Tym razem LBO się odpowiednio ucharakteryzowała na „pobitych”, chcąc siłom porządkowym oszczędzić pracy. Dobrym pomysłem było także złożenie wiązki … chrustu pod wiadomym pomnikiem przez klęczącą damę w ludowym pasiaku: jakoś tak głupio spałować wieśniaczkę na kolanach…

Kiedyś, kiedyś, w pierwszych tygodniach stanu wojennego spotkałem kolegę – oficera z Redakcji Wojskowej Telewizji, która stała się z dnia na dzień w firmie kluczowa (co w żaden sposób nie popsuło zresztą stosunków koleżeńskich, bo i niby dlaczego). Z lekkim przekąsem spytałem się go, czemu władza pozostawiła jednak kupę cywilbandy w robocie mimo okazywanego braku zaufania. – Bo by nas przecież fachowcy rozstrzelali śmiechem – odparł.

To bardzo dobry patent – to rozstrzelanie śmiechem. Szczególnie dobrze działa na prostaka, którego może skutecznie doprowadzić do zawału: bo co z tym, cholera, robić? Potem celowała w takim działaniu słynna Pomarańczowa Alternatywa. Dziś kontynuuje tradycje Lotna Brygada.

Można jednak rozstrzelać się śmiechem samemu. Co gorsza, wcale tego nie dostrzegając. Wręcz przeciwnie: było śmiesznie, ale komu trzeba się spodobało – to gaz do dechy i lecimy jeszcze mocniej.

Przykład: prawicowe media zaczęły dawno temu rozdawać nagrody i tytuły – Człowieka Roku i różne takie. Bardzo zabawne jest obserwowanie konkurencji w tej dziedzinie firm Sakiewicza i Braci Kremlowskich: jak ci prezesowi, to my premierowi – i tak w kółko.

Jak Kto Trzeba dostał coś takiego pierwszy raz – można było skrzywić wzgardliwie usta i określić sprawę mianem zwykłego podlizywania się czy włazidupstwa. Jak rzecz zaczęła się powtarzać wciąż z tymi samymi bohaterami – to już zaczęło być zabawne. Że zaś owi bohaterowie są zakochani w sobie z dużą wzajemnością (każdy w sobie naturalnie – broń bosz jeden w drugim, u nich tak nie ma), więc musiało się okazać, że musi być nagroda nowa, bo nie dać w kolejnym roku wyróżnienia Temu, Co Trzeba – niebezpiecznie; a komuś nowemu jednak trzeba, bo nawet organiczny brak poczucia śmieszności nie pozwala powielać stale tego samego gestu.

No i w tym roku mamy nowość. Na wszelki wypadek nazwa nowej nagrody też nieco odbiega od zwyczaju, bo przecież nie może być nawet podobna, żeby Najwyższej Świętości niewczesnym porównaniem nie skalać i nie urazić.

I tak Laur Biało-czerwonych Róż trafił w tym roku po raz pierwszy w godne ręce Jacka Kurskiego. Powstrzymam się od komentowania, bo akurat mi się zajada zrobiła i śmiać się trudno. Jedno tylko: ten „laur róż” … Inteligent tego nie wymyślił, co do tego daję słowo.

A mały na K.? Groza. Co ja miałem za idiotyczny pomysł, by wzmianką o nim stale kończyć ten felietonik? Że ktoś tam kiedyś uważał i stale mówił, że Kartagina powinna zostać zburzona? A kto dziś poza starcami zna historię starożytną i chwyci żart? A ten mały ciągle taki sam: mlaska różne durnoty i ma pomysły, od których rozum staje wraz z włosami. No i już muszę stale nudzić, choć mi się nie chce.

10 czerwca

Cy tata cyta cytaty Tacyta?

Tata cyta. Mała przygarść cytatów z ostatnich wypowiedzi naszych błyskotliwych tytanów umysłu.

1. Jarosław Kaczyński w Sochaczewie: „Niemcy się zbroją – nie wiem tylko, czy przeciwko Rosji, czy przeciwko nam”.

Zgromadzony tam tłum bił brawo. Nie komentuję. Jeśli słyszycie uszami duszy (można mówić o „oczach duszy”, więc czemu dyskryminować inne fragmenty tejże?) głośne pukanie, to wszystko działa prawidłowo. To ja się pukam w czoło.

2. Dr Magdalena Ogórek objawia głęboką wiedzę ekonomiczną w Kurwizji: „Gdyby u nas była benzyna po sześć złotych – Orlen to podkreśla – tankowaliby u nas Niemcy, Czesi – paliwo skończyłoby się w tydzień”.

Przy okazji ktoś proponuje tzw. paskowemu w Kurwizji tekst, który można puszczać w kółko: „Niemcy i Czesi podnoszą u siebie ceny benzyny, żeby wywołać zamieszki w Polsce”. Rozumując per analogiam: Niemcy to wróg (patrz cytat z JK), ale mamy straszliwą broń na ich gospodarkę: podnieśmy cenę benzyny do 25 zł za litr. Wtedy Polacy masowo ruszą przez granicę, wykupią im wszystko i będzie wreszcie Finis Germaniae.

3. Nieoceniony i niedoceniony europoseł dr Patryk Jaki: „…my, z całym szacunkiem, nie jesteśmy Czechami czy Słowakami. Jesteśmy za dużym narodem z pięknymi tradycjami, aby był tylko małym, zgwałconym wagonikiem w niemieckiej lokomotywie. Tak długo, jak Polska brała odpowiedzialność za Europę Środkowo-Wschodnią, był tu względny porządek i spokój i wolność. Nie możemy o tym wspaniałym dziedzictwie I RP zapominać. Mamy swoje obowiązki wobec pokoleń obywateli tego państwa”.

Urzekający jest ten mały zgwałcony wagonik we wnętrzu lokomotywy. Niby biurokrata i polityk, a jaka (nomen omen) wrażliwość! No poeta. Wielki poeta.

4. Marek Suski w audycji R. Mazurka w odpowiedzi na pytanie o komitet monitorujący, czyli takie ciało nadzorujące wprowadzanie KPO: „Rozumiem, że to jest dalszy krok likwidacji państwa polskiego, planowa polityka Unii Europejskiej […] wymysły…” –Mazurek ciągnął temat: „to nie są wymysły, to jest coś, pod czym żeście się podpisali, pan za tym głosował, za KPO”. Suski na to: „ja głosowałem za KPO, a nie za żadnymi aneksami. Nie słyszałem o komitecie monitorującym”.

Swoją drogą, takie wybiórcze podejście do tematu, to niezły patent. „Wszak siódme nie kradnij” – rzekł z wyrzutem spowiednik do złodzieja. „Ja czytałem tylko pięć pierwszych przykazań i do tego miejsca mi się nawet podobało” odparł penitent lekko obrażony.

A o tym małym na K., który wciąż dowodzi pewnych cech swego charakteru (jak byśmy nie mieli ich już dawno po kokardę) jest dziś na początku. Nie dziwcie się łamaniu konwencji i przeczytajcie ten cytat jeszcze raz. Ja tego długo nie zapomnę: mocna rzecz.

9 czerwca

Ciekawe co znowu knują? Od 1 lipca ma przestać obowiązywać rozporządzenie o czasowym zakazie przebywania w 183 miejscowościach na obszarze przygranicznym województw podlaskiego i lubelskiego – poinformował na Twitterze M. Kamiński. Dziennikarze w lipcu będą mogli wrócić do miejscowości przy granicy z Białorusią. I pisać co zechcą? A jednocześnie aktorkę B. Kurdej-Szatan (głównie znaną z reklam jednej z sieci telefonicznych i oryginalnego nazwiska) ciąga się po sądach za „znieważenie” Straży Granicznej, bo coś powiedziała o stworzonej na wspomnianej granicy rzeczywistości.

Typowa konsekwencja Naszej Ukochanej Władzy. Niby jedno z drugim nie ma nic wspólnego, ale… Ta rzeczywistość przecież 1 lipca nie zniknie.

Akademia Kopernikańska jednak powstanie. Czarnek zamarzył sobie mieć własną Akademię Nauk i zaprojektował stwór o nazwie właśnie „Akademia Kopernikańska”. Kompletnie bez sensu, ale za to całkowicie podporządkowany władzy. No i uszczknie sporo kasy, która w innej sytuacji trafiłaby do prawdziwej nauki – a tak przyda się przecież swoim teologom i specjalistom od etyki katolickiej. Jak należało się spodziewać, posłowie odrzucili uchwałę Senatu, który sprzeciwił się powołaniu dziwnego tworu. Spodziewam się, że prezesem będzie ktoś w kiecce, założycie się? I nie będzie to kobieta ani żaden tranzyta…

Tyle tych dobrych i przemyślanych posunięć…

Wielce ta władza łaskawa. A jaka mądra i elokwentna! Dziś blisko godzinę Glapa znowu tłumaczył narodowi jak powinien być szczęśliwy, mając na stanowisku szefa NBP człowieka tak wybitnego i nieskazitelnego. Tam razem obiecał też ostrożnie – ale zdecydowanie – spadek inflacji za półtora roku. Poza tym mógł resztę czasu gwizdać; z tym samym skutkiem. Ale produkowanie szumu informacyjnego, to w końcu też jakaś umiejętność.

Rzadko się spotyka tak wybitne jednostki. I tak krasomówczo utalentowane.

A mały zły na literę K. czujnie wczoraj skorzystał z okazji podpompowania sobie wizerunku i wywalił z rządu tego ministra od walki z pocztą. Mamy już kandydaturę na nowego, z tego samego ugrupowania (żeby nie powiedzieć: tej samej sitwy). Kwalifikacje się bowiem mało liczą nad Wisłą, dużo ważniejsze od “co?” i “po co?” są tu pytania “z kim?” i “dla kogo?”. Taki układ.

PS. Dziś żadna głupota mnie nie rozśmieszyła. Jakaś nietypowa data.

8 czerwca

1. Dziś cały polski Internet grzeje się w cieniu kolejnego dokonania rządowego geniusza. Niejaki Cieślak, minister gdzieś tam, którą to fuchę dostał, bo zdradził Gowina i poszedł za Bielanem, błysnął najpierw interwencją na poczcie w Pacanowie, po której usunięto z pracy pewną panią. Pani owa otóż ośmieliła się nie paść na twarz przed Jewo Wieliczestwem Ministrem i Posłem, tylko jakoś zwróciła mu uwagę na drożyznę. Czym tak obraziła Majestat, że nie macie pojęcia.

Po tym błysku godności osobistej i państwowej osobnik Cieślak się nieco zreflektował i do ministerialnej łepetyny mu trafiło (albo mu ktoś bardziej rozgarnięty zwrócił uwagę), że pomaszerował o jeden most za daleko. Wystękał więc przeprosiny/nie przeprosiny i uznał sprawę za załatwioną. Bo okazał się wicie-rozumicie – zbyt impulsywny.

No więc: słuchajcie, Cieślak. Wprawdzie kombinowaliście w zasadzie prawidłowo, ale ta ustawa, nad którą podobno pracujecie – o obowiązku całowania w rękę urzędników państwowych i przybierania wobec nich odpowiednio głupiego ryja, żeby ich nie wpędzać w kompleksy – jeszcze nie przeszła przez sejm. To dopiero będzie w trzecim kwartale, a wam się, Cieślak, pojebało. Więc nie zdziwcie się, że teraz będą się totalniacy domagać, żeby wypieprzyć ciupasem z posady i was i tego pacana, który się pospieszył z wyrzuceniem z pracy tej pani. No i chyba trzeba jednak rzeczywiście będzie dać wam kopa w tę, co wiecie.

2. Ożeszku! Gender atakuje! Uzgodniono projekt legislacji europejskiej o zwiększeniu obecności kobiet w zarządach korporacji. Wstępne porozumienie osiągnięte we wtorek ma na celu zapewnienie parytetu płci w zarządach spółek giełdowych w UE. Zgodnie z projektem kobiety powinny stanowić co najmniej 40 proc. dyrektorów niewykonawczych. Zgroza! Ktoś przytomnie zauważył, że to chytry podstęp, żeby zwiększyć liczbę tranzycji płciowych. Przerażeni CEO i inni na podobnych stanowiskach będą to robili nagminnie, bo jednak pensja – choć nosi nazwę podobną – ważniejsza od penisa…

3. Straszny baraban w związku z atakiem nożownika na ochroniarza Orlenu. Sasin i spółka natychmiast zaczęli ujadanie, że to rezultat hejtu opozycji na Obajtka i w ogóle wina Tuska. Niestety, ich własna prokuratura wbiła im nóż w plecy oświadczając, że to była zemsta byłego pracownika Orlenu na firmie, która go źle potraktowała. Tak że chłopaki nie spieszta się z tym kłapaniem japą, bo możecie sobie i prezesowi narobić poruty.

4. A przecież nasz malutki zły homunculus z nazwiskiem na K. ma tyle ważnych spraw na tej swojej małej siwej rozczochranej główce! Ostatnio czepiają się go i jego wiernych sług za kolejną demolkę pl. Piłsudskiego w Warszawie, bo do wiadomych schodów trzeba doprowadzić czerwony kamienny chodniczek. Żeby wyglądało uroczyście jak w jakimś Cannes. No przecież musi tak być! Przenajświętsze kolana nie mogą się zginać na zwykłych płytach chodnikowych! Tym razem nie ustawimy jeszcze wzdłuż chodniczka rozpylaczy perfum, ale będzie i to, poczekajcie. Trzeba tylko ustalić, czy woda święcona może być zapachowa. W szkole Rydzyka już kombinują nad uzasadnieniem teologicznym, ale to potrwa, bo oni za szybko nie myślą.

7 czerwca

Tak się ostatnio głupio składa, że te same sprawy poruszają wielu ludzi. Jedne są bardziej ważne, inne mniej – ale zainteresowania nasze są jak widać podobne (co nie znaczy, że stosunek do spraw identyczny).

Wczoraj większość piekliła się nad wprowadzonym przez p. Niedzielskiego rejestrem ciąż, dziś opinia wzięła na warsztat dwie sprawy – jedną istotną, drugą zupełnie błahą.

Ta pierwsza to ujawniony podręcznik do nowego przedmiotu nauki szkolnej, jakim ma być HiT, czyli historia i teraźniejszość. Dawno temu to była historia najnowsza i w ramach ogólnego programu historii w liceum materiał ten – ustawiony przecież z natury rzeczy na samym końcu – rzadko był realizowany w pełni; czasu po prostu brakowało. Nowy przedmiot utworzono tak, by obejmował nie tylko historię sensu stricto, ale i elementy socjologii, nauki o prawie, wreszcie rudymenty politologii. Ujęcie tego wszystkiego w jeden oddzielny przedmiot i przyznanie na jego naukę dwóch lat – nie jest głupim pomysłem, jak sądzę.

Strasznym pomysłem jest natomiast spojrzenie na całość z punktu widzenia jedynie słusznej prawdy narodowo-katolickiej. W efekcie powierzenia napisania podręcznika skrajnie prawicowo-radykalnemu p. Roszkowskiemu mamy bowiem nie przedmiot szkolny, ale szkolną TVP Info połączoną z Radiem Maryja.

Nie będę przytaczał cytatów, są ich dziesiątki w wielu miejscach; nie ma sensu powtarzać. Jest sens natomiast, by protestować. Przeciw fobiom antyeuropejskim, przeciw religianctwu, przeciw walce z tolerancją światopoglądową; mówiąc zwięźle: przeciw uznanej za jedyną dopuszczalną reakcyjnej narracji. Jest to przedsięwzięcie haniebne i obrażające naszą inteligencję.

I tu skończę ten temat, bo za chwilę szlag mnie trafi kompletny i zacznę używać słów wiadomych. Odsyłam do tekstu prof. Leszczyńskiego w Oko.press po szczegóły.

Druga sprawa, która dzisiaj „żre”, to nieszczęsny „dupiarz”, jak niebacznie określił siebie z czasów młodości Rafał Trzaskowski. Oczywiście, rzuciły się na niego feministki (na szczęście: nie wszystkie, te z poczuciem humoru i ładniejsze – jednak nie wszystkie…), bo powiedzenie tak o sobie bez dokonania odpowiedniej procedury ekspiacyjnej, to wszak seksizm, instrumentalne traktowanie kobiety i różne takie.

Oczywiście, rzuciła się na niego prawica, która momentalnie poczuła krew.

Bo – jak ogólnie, prawda, wiadomo – z jednej strony żadna kobieta nie potraktowała nigdy instrumentalnie żadnego męskiego ciała i żadna nigdy nie powiedziała o jakimś chłopie „ciacho” (choć brzmi to – przyznaję – eleganciej od „dupiarza”, ale wyraża mniej więcej ten sam punkt widzenia…), z drugiej zaś sfera, o której mówimy, jest zastrzeżona wyłącznie dla patriotów, dbałych o liczebność Narodu.

Nikt nigdy, przenigdy, żaden człowiek bez względu na płeć nie poszukiwał przecież w młodości uciech cielesnych dla nich samych, wszyscy marzyli wyłącznie o wielokrotnej patriotycznej prokreacji i stałych związkach do grobowej deski z pierwszą sympatią z przedszkola, realizowanych erotycznie wyłącznie po ciemku pod kołdrą i w pozycji zwanej misjonarską. Po zmówieniu stosownego paciorka ma się rozumieć.

Państwo wybaczą, ale to hipokryzja tak straszna, że aż mdli.

Pozwolą państwo zatem, że odejdę na ubocze, trochę się po wyrzyganiu odśmiać. I poświęcę chwilę refleksji temu biednemu małemu złemu na K., któremu – już prawie na pewno – znudziło się wicepremierowanie: odchodzi ze stanowiska, Muszę powiedzieć, że słusznie robi, bo bycie własnym podwładnym i z drugiej strony szefowanie swoim przełożonym, to sytuacja dość schizofreniczna. Coś jakby człowiek ożenił się z własną babką: całe drzewo genealogiczne zawiązuje się na supełek i momentalnie przestaje być wiadomo, kto jest czyim wujkiem. A to u pisuarów kluczowo ważne.

6 czerwca

Temat dnia to naturalnie rejestr ciąż.

Jest oczywiste, że w razie wypadku wiedza o tym, że poszkodowana kobieta jest w ciąży, może być przydatna ratownikowi medycznemu czy lekarzowi. Rzecz więc tylko w tym, by do tej informacji mieli dostęp w dokładnie określonych sytuacjach (nie na życzenie, ale przy zagrożeniu życia pacjentki) tylko oni; oraz by każdy dostęp był dokładnie rejestrowany z pełną identyfikacją osoby, korzystającej z informacji. Żeby w razie czego łatwo było ustalić, kto doniósł gdzie trzeba. Co zresztą i tak nie gwarantuje szczelności systemu, bo – jak znam życie – można będzie trafić na paciorkowego medyka ocipiałego na punkcie „klauzuli sumienia”, który uzna za swój chrześcijański obowiązek pójście zauważonym tropem do prokuratora. Będzie sukinsynowi trochę trudniej, gdy nie będzie anonimowy.

W szkole już o seksie mówić nie wolno inaczej, niż traktując tę sferę czysto produkcyjnie: nic bez ślubu, nic bez sukni z długim trenem i zawsze po to, by coś spłodzić; obojętne przy tym, czy rezultat będzie miał wszystko na swoim miejscu. Nie ma więc wyjścia: tematyka musi w sensowny sposób wkroczyć na łamy wolnych mediów – i to nie w formie skandalizującej sensacji, bo tak już jest, ale na poważnie (co nie znaczy w poetyce nudno-lekarskiej).

Powiedzmy i powtarzajmy to wyraźnie: nie ma nic gorszącego w stwierdzeniu, że celem seksu nie jest żadne „podtrzymanie gatunku”, ale po prostu przyjemność. Że w związku z tym zapobieganie ciąży i porodowi nie jest niczym nagannym, podobnie jak swoboda, tak ilościowa, jak jakościowa (włącznie z ich płcią) w doborze partnerów i sposobie uprawiania.

Oczywiście – jak ktoś jest innego zdania, to ma do tego niezbywalne prawo. Może postępować zgodnie ze swoimi przekonaniami, nawet najbardziej dziwacznymi (jak – powiedzmy – wymaganie od partnerki czy rzadziej partnera … dziewictwa). Może nie używać żadnych piguł ani innych środków. Może nie uznawać aborcji. Pod jednym warunkiem: niech nie wymaga od innych, żeby patrzyli na świat jego oczami.

Więcej: może oczywiście szukać partnera myślącego identycznie i tylko z nim związać się „raz i na całe życie”; powodzenia. Ale nie wolno mu spodziewać się tego samego ani wymagać tego od każdego. A już w żadnym wypadku oblekać to w jakieś reguły prawne.

Przepraszam, że piszę dziś wyłącznie o tym i w tonacji śmiertelnie poważnej, bez żadnych żartów czy kpin. Uważam jednak, że dotykamy kwestii kluczowej dla całej cywilizacji i sfery niebywale delikatnej. Jakiekolwiek bujnięcie się tu w stronę „naszej chrześcijańskiej cywilizacji” rozumianej tak, jak to czyni ten zły mały na literę K. i jego gang, wspierani przez pasożytów w sutannach – oznacza duży krok w kierunku średniowiecza. Które było nieuniknione i stworzyło wiele pięknych dzieł sztuki – ale do diabła z nim. Już mieliśmy i Odrodzenie i Oświecenie. Podobno teraz jest kolejna epoka.

5 czerwca

Był kiedyś taki wierszyk. Nie pamiętam autora. Bardzo go lubiłem w latach szkolnych; było to dawno, więc nie ręczę za dokładność cytowania. Szło to tak (przepraszam z góry wrażliwych i dobrze wychowanych):

Jeśliś smutny – idź na cmentarz
Tam się szybko opamiętasz
Ujrzysz w słońcu kościotrupa
Jak mu lśni się zimna d*a
Nikt go dotąd nie pogrzebał
Koń go kopał, pies go j*ał
Wiatr mu nawiał liści kupę
Śpij biedaku, ch* ci w d*ę.

Dlaczegóż ten akurat wytwór myśli ludzkiej przyszedł mi dziś do głowy? Odpowiedź prosta: bo nic się specjalnego nie działo. Więc trzeba było pójść na cmentarz, żeby się rozweselić. Czyli zajrzeć do portalu braci Kremlowskich. A tam…

Oburz straszny na Piotra Kraśkę z TVN 24. Otóż ten mały niedobry na K. rzekł był na swoim spędzie w Markach „Polacy powinni uczynić wszystko, jako obywatele, wyborcy, by ten rząd mógł kontynuować swoją misję. Ale to zależy także od nas, bo są fakty i są opowieści”. No i Kraśko dowcipnie i elegancko tekst ten wykorzystał, tak kończąc program: „À propos konwencji PiS. Prezes powiedział dziś na niej świetne zdanie: „Są fakty i są opowieści”. Pełna zgoda i dziękujemy za te ciepłe słowa. I to mówimy tu, są „Fakty”, w których czekamy na państwa jutro o 19. Do zobaczenia, dobrej nocy”.

No i zabrzmiał okrzyk zgrozy. Świętość została zdeptana. Żenada! – wrzasnął tytułem autor notki o tym epokowym wydarzeniu.

Jak to dobrze, że moich „Upustów” chyba po tamtej stronie nie czytają. Gdyby było inaczej, już bym miał pewno pod drzwiami co najmniej egzorcystę. Pocieszam się tylko, że może jeśli nawet czytają, to nie kumają czaczy. Co prawdopodobne.

Jeszcze jedna ładna historia, też w Sieci po prawicy wynaleziona.

Otóż na skwerze przed Urzędem Marszałkowskim Województwa Lubuskiego w Zielonej Górze otworzono w sobotę… tęczowy chodnik. Było więc zupełnie jasne, że z tego się zrobi draka. Niezawodny i słynący ze swego ostrego jak brzytwa intelektu poseł Solidarnej Polski Janusz Kowalski herbu Rozwarta Japa dał głos na Twitterze: „Razem z Olimpią Tomczyk-Iwko sprzeciwiamy się promowaniu ideologii gender i LGBT. Lubuski samorząd wspiera ideologię LGBT i maluje tęczę przed urzędem marszałkowskim zamiast załatwiać sprawy mieszkańców. Samorząd musi być wolny od ideologii gender!”

No i już wiemy, za co asystenci pana JK biorą kasę (nie chce mi się sprawdzać, czy rzeczywiście ich ma – ale zakładam, że tak żmudnego zadania tej rangi dostojnik sam by nie wykonywał…). Trzeba być niezłym wyżłem, żeby wywąchać każdy drobiazg w Polsce, który można wykorzystać w walce politycznej.

Że to żadna walka tylko takie poszczekiwanie? E tam: jaki dostojnik, taka walka.

Co zaś się tyczy tego niedużego na K., to nie wiem, czy lepiej jest, gdy mówi, czy gdy milczy. Bo długotrwałe milczenie z reguły owocuje jakimś takim spiczem, że mózg staje. Po tym wczorajszym mlaskaniu miałem kłopoty z zasypianiem i koszmary nocne. Śnił mi się Tusk, kulgający się w paroksyzmach chichotu.

4 czerwca

To miał być „program, który poprowadzi Polaków do wyborów”. Oby. Z takim programem przegracie chłopaki z kurnikiem włościanina spod Mławy. Takiego bełkotu nie słyszałem od lat. Jak Gomułka w najgorszej swojej formie (i tak sobie myślę, że gdyby wygłosił taką mowę, to następnego dnia by go towarzysze zdjęli…). Sensu w tym nie było za grosz a kilka złośliwości pod adresem przeciwników, jakie tam wsadził – tak kartoflane, że zęby bolały.

Zapowiadali bógwico. Wyszła bździna.

Nie wiem, dlaczego założyłem, że wszyscy wiedzą, o co chodzi. Przecież było zapewne sporo osób, które – mądrze! – znalazły sobie lepsze zajęcie, niż słuchanie mlaskania na spędzie PiS-u w Markach. Więc wyjaśniam: mówimy o tym małym złym człowieczku, któremu zazwyczaj poświęcałem ostatni akapit „Upustów”. Niech się cieszy, że trafił raz na czołówkę.

I powtórzę mu i jego ferajnie: róbta tak dalej. Tylko się potem nie dziwta.

A co dziś poza tym ważnego?

Przepraszam, nie „poza tym”. Przed tym.

Jedno oczywiście jest najważniejsze: nikt nie ma już wątpliwości, kto obecnie jest najlepszą tenisistką na świecie. A pozwolę sobie na przepowiednię: ona ma szanse na tytuł najlepszej w historii tego sportu. Już doszła do kategorii, w której dotychczas mieściły się tylko dwie sympatyczne maszyny o nazwisku Williams. Iga Świątek.

Z rzeczy zabawnych, a nawet śmiesznych. Nasz ulubiony anegdotczyk z pewnego pałacu rzekł był o dzisiejszym dniu „4 czerwca, gdy obalono rząd Jana Olszewskiego w brutalny sposób, gdy tak naprawdę komunistyczno-lewacki prąd zwyciężył, pokonując tych, którzy chcieli rzeczywiście wolnej, w pełni niepodległej, suwerennej Polski w tamtym momencie”…

I onże odznaczył wiele osób różnymi blaszkami za różne rzeczy, w tym za malowanie różnych napisów na murach. Ciekawe, że za to usiłują również dziś wsadzać. Między odznaczył innymi p. Nelly Rokitę-Arnold, która „była współpracownikiem nielegalnego NZS w Uniwersytecie Jagiellońskim”.

Od naszego złego na K. – przypominam – dziś zaczęliśmy.

3 czerwca

Ważna rocznica jutro; a nawet dwie. O jednej – mianowicie o rocznicy pierwszych wolnych wyborów w Polsce – jakoś dosyć cicho. Drugą prawica przypomina, bo to część jej mitu założycielskiego.

Wspomnijmy fakty i my. Otóż 4 czerwca 1992 r. Antoni Macierewicz przedstawił Konwentowi Seniorów Sejmu nazwiska 64 osób, które – jakoby – były ewidencjonowane przez UB i SB jako tajni współpracownicy. Lista zawierała nazwiska członków rządu, posłów i senatorów. Na drugiej, tajnej, znalazł się prezydent RP Lech Wałęsa i marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski. Była to realizacja uchwały sejmowej z 28 maja tego roku, która jednak tego samego dnia została zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego. Macierewicz spieszył się z publikacją swojej listy; jakby przeczuwał, że 19 czerwca 1992 r., Trybunał orzeknie niekonstytucyjność uchwały.

Natomiast 4 czerwca 1992 r. Lech Wałęsa złożył w tej sytuacji wniosek o natychmiastowe odwołanie premiera i rządu. Za wnioskiem głosowało 273 posłów, przeciw 119, zaś 33 wstrzymało się od głosu. Rząd Jana Olszewskiego fiknął.

Dla prawicy – to zdrada. Dla normalnych ludzi – ratunek przed rządami radykałów i populistów. Wtedy się udało.

Szykuje się „Lex Czarnek 2.0”. Poprzednia próba wzięcia szkolnictwa za mordę została uniemożliwiona wetem Dudy. Czarnek oczywiście nie zrezygnował. „Jest gotowa już druga po to, żeby mieć kontrolę nad wszelkimi lewicowymi organizacjami, które próbują indoktrynować i dzisiaj indoktrynują w wielkich miastach, więc to nie jest kwestia otwierania furtki, tylko kwestia zrobienia czegoś, co zamknie furtkę niekontrolowanego indoktrynowania” – mówi typas w rozmowie z portalem Karnowskich.

Mam nadzieję, że runie znowu. Ale na wszelki wypadek radzę myśleć o organizacji sieci świeckich szkół prywatnych, niezależnych od rządzącej szajki.

Burza w szklance wody w związku z Igą Świątek. Wywołał ją prof. Marek Migalski, który napisał: „Co macie z nią wspólnego? Tyle, co wszystkie 21-latki na świecie. Albo praworęczni w Afryce. Nic wam nie zawdzięcza i nic jej z wami nie łączy. Poza tym, że mówicie podobnym językiem (zresztą ona lepiej nim włada, niż większość z was) #Polacy”. No to się zaczęło…

Migalski dostał straszne bęcki w Internecie jako zdrajca i odszczepieniec, choć oczywiście ma rację.

Idze kibicujemy – przynajmniej ja – bo jest nadzwyczaj utalentowana w swej profesji, fajna i inteligentna. Do wszystkiego doszła sama lub wysiłkiem rodziny; dlaczegóż by teraz splendory miały spływać na rodaków? Beatrycze Kupść z Górki Dolnej nie zdobędzie dzięki temu, że Iga Świątek jest najlepsza na świecie lepszej pracy, jeśli sama nie będzie zbyt wiele umiała.

No chyba, że się zapisze do PiS. Wtedy może nawet zostać wiceministrem, bo u tego małego co-to-wiecie liczy się głównie bezgraniczne oddanie. Jemu. Ale na tę okoliczność sukcesy Igi też wpływu nie mają.

2 czerwca

Coś naprawdę śmiesznego. Nasza ukochana władza w swojej niezmierzonej łaskawości zezwala ludowi na zbieranie chrustu w lasach. Ale nie, żeby tak dowolnie. Zbierane kijki mogą mieć maksymalnie 7 cm średnicy (nie jest powiedziane, w którym miejscu się mierzy, więc biegli sądowi trochę zarobią…). To prawdopodobnie nasza jedynie słuszna odpowiedź na ograniczenia węglowe i trudności z importem. Wysyp memów na ten temat, niektóre bardzo zabawne. Co ciekawe, parlament rosyjski zezwolił swoim obywatelom tak samo. Coś w tym musi być…

Ale czy lud doceni to dobrodziejstwo?

Przyjechała wiadoma Urszulka. Wedle mediów pisowskich – z workiem kasy, co dowodzi, że z polską praworządnością jest wszystko cacy. Pozostali zauważają, że worek wprawdzie jest, ale dość mocno zakręcony i zamknięty na tzw. kamienie milowe, więc forsę można na razie tylko powąchać. Innymi słowy mówiąc: jest jak było. Ani sukcesu, ani klęski. Ktoś powiedział, że dali nam kartę bankomatową, ale bez kodu.

Bardzo flegmatyczna ta Unia, swoją drogą. Ale oni i tak dziś puścili info, że 500+ zastąpi 700+. Myślą, że już mają tę kasę?

Ciekawostka: w czwartek 2 czerwca 2022 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmiu sędziów podjął uchwałę, w której wskazał, że słuchacz i student Zamiejscowego Wydziału Porządku Publicznego w Szczytnie Akademii Spraw Wewnętrznych w Warszawie w okresie od 1 października 1989 r. do 31 lipca 1990 r. nie jest osobą pełniącą służbę w rozumieniu art. 2 ust.1 pkt 6 i art. 7 ust. 1 ustawy z 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz treści tych dokumentów. Nasi lustratorzy wyją ze zgrozy. Już myśleli, że im się uda – idąc tą samą drogą – wykosić na przykład wszystkich absolwentów wieczorowych studiów marksizmu czy byłych licealistów, którym nakazano na jakiejś szkolnej akademii wyrecytować jakiś wierszyk ku czci nie tego, co dziś wypada – a tu kicha.

No wiadomo: kasta. Przecież jeżeli nie oni sami, to ich rodzice albo dziadkowie studiowali prawo u komuchów. Nie można im wierzyć, nasiąkli. Tylko jest kłopot: ktoś bardzo ważny też studiował w mocno niewłaściwym czasie i doktorat robił u kogoś bardzo dziś wątpliwego…

Tak że o małym na literę K. już dziś nie będzie, bo to powyżej to o nim właśnie.

1 czerwca

Zacznijmy od „Newsweeka”. Okazało się dziś, że na miejsce zwolnione przez Tomasza Lisa powołano Tomasza Sekielskiego. Dziennikarza z dorobkiem co najmniej takim jak poprzednik, obsypanego nagrodami, podobnie jak Lis wszechstronnego warsztatowo. I człowieka w najmniejszym nawet stopniu niepasującego do świty żadnego prezesa, włącznie z tym najważniejszym. Czyli – dobrze. Czyli – zgodnie z moim spodziewaniem – odwołanie Lisa nie miało nic wspólnego z jego ostrym felietonem. Gdyby miało, dowodziłoby to bowiem skrajnego braku profesjonalizmu wydawcy; w końcu firmy o niezłej renomie. Jest dość oczywiste zatem, że „Newsweek” pozostaje „Newsweekiem”.

Powstaje wobec tego pytanie: to co się stało? I odpowiedź na nie brzmi: widać coś takiego, o czym nie chce mówić ani wydawca, ani Tomasz Lis. Jest jakaś sprawa, którą najwyraźniej załatwiono najdyskretniej jak się dało i wszyscy się zgodzili, że lepiej, by pozostała niewyjaśniona opinii publicznej. I tak jest dobrze. Nie wszyscy muszą wiedzieć wszystko o każdym. A nawet chyba nie powinni.

A przed Sekielskim fantastyczne zadanie. Każdy dziennikarz z ambicjami, który może łazić – może i powinien mu zazdrościć. Dostał coś o ugruntowanej opinii, ze znakomitym zespołem i dużą grupą czytelników. To pismo ma wielką rolę do odegrania. Będę śledził mecz z „Polityką” z wielką uwagą; to może być coś takiego – zachowując wszelkie proporcje – jak walka Djokovicia z Nadalem na Roland Garros. Czyli starcie tytanów.

Druga wiadomość dnia to uniewinnienie Magdaleny Adamowicz od zarzutu przekrętów podatkowych. Jak to skomentowały pisuary? Zwróciły uwagę na jeden tylko fakt: że sędzia, która wydała wyrok, stała na jakiejś demonstracji obok Pawła Adamowicza…

Jednym słowem: nie była „nasza”.

Nie jest ważny wyrok, tok rozumowania sądu, dowody.

Osobnik, który używa takiej argumentacji nie ma po prostu prawa nazywać się dziennikarzem. Tak samo, jak nie ma prawa nazywać się dziennikarzem gość, który sprzeciw wobec poczynań rządu – jakikolwiek on jest – nazywa „działaniem antypolskim”. „Polska jest jak matka. O matce nie wolno mówić źle”.

Czyżby? Nawet kiedy jest przemocową alkoholiczką i jej macierzyństwo ograniczyło się do tego, że po pijaku zapomniała wziąć jakąś pigułę, a potem nie myślała o konsekwencjach?

Zdaniem tych, których nie lubię – jeśli później czknęła w konfesjonale i odmówiła dwa paciorki a jakiś facet w sukience jej „wybaczył”, to jest niewinna jak lelija.

No i tu się totalnie w kwestii mamusi oraz wszystkich innych pochodnych nie zgadzam.

Bez najmniejszych wątpliwości innego zdania ode mnie jest ten mały zły na literę K. I dlatego właśnie nie tylko wpuścił nas w takie maliny, w jakich siedzimy, ale nas tam trzyma za łeb przy glebie. Mam nadzieję, że się kiedyś wyprostujemy.

Bogdan Miś

Urodzony w roku 1936. Matematyk, dziennikarz. Członek Towarzystwa Dziennikarskiego, Polskiego Towarzystwa Matematycznego, Polskiego Towarzystwa Informatycznego.

Print Friendly, PDF & Email