Ożeniony ze szlachcianką (71)9 min czytania

()

02.06.2022

W czasie dorocznej wizyty powiedziałem doktorowi Salomonowi, że czuje się dziwnie: nogi mi puchną w kostkach, śpię tylko 2-3 godziny, potem nie udaje mi się zasnąć, słuch mi się pogorszył, pisanie książki odkładam, często nudzi mnie nawet pisanie blogów do Studia opinii. Mojemu wujkowi Zamutkowi, po długich latach budowania socjalizmu w Polsce (dosłownie, bo dowodził państwową produkcją prefabrykatów), pewnego rana nie chciało się wstać i następne 15 lat przeleżał w łóżku. Więc coś mnie nurtuje: czy czasem nie mam depresji?

Psychiatra Katz posadził mnie w miękkim fotelu i kazał opowiadać o dzieciństwie: trzymanie matki za ucho w getcie, ucieczka przez mury, błąkanie się wśród obcych rodzin, podrzucenie, zgubienie matki, miłość do religii katolickiej, a potem jej odrzucenie, o żonie, z którą sporo mnie różni, na przykład ja lubię, a ona nie znosi: francuskiego sera, który nazywa „śmierdziucha”, nie jada sushi i wszelkiej surowej ryby w tym śledzi i małż, flaków, tatara, kawioru, krabów, homarów. — Jakie jeszcze są między wami różnice? Zapytał psychiatra. — Żona nie wyjdzie z domu, gdy zauważy pierwsze krople deszczu, w ten sposób tracimy wiele okazji pięknych spacerów i nigdy nie oglądamy tęczy.

— Czy masz jakieś doświadczenie z psychoterapią? — Tak brałem udział w psychodramie, rodzaju improwizacji teatralnej, w której aktorzy pacjenci, pod kierunkiem psychiatry, odtwarzają swoje stresy. Wszedłem na scenę i powiedziałem, że zdradzam żonę z lodówką. Gdy ona przyłapie mnie na wyciąganiu zakazanego mi żółtego sera, ja czuję się jak prostytutka.

— Depresja jest dziedziczna, śmieje się dr Katz, wróćmy do wujka Zamutka, czy był to jedyny przypadek w rodzinie? — Był jeszcze kuzyn matki Salek, który powiesił się na klamce, gdy zdradziła go żona. — Na razie nie widzę powodów, żeby leczyć cię na depresję, powiedział duktor Katz, ale będziemy szukać dalej. Następną wizytę wyznaczył za rok. Tymczasem przyszło lato, wróciła mi chęć do pisania, którą nazywam piszączka.

*

19 gęsi, które policzyłem, a znany jestem z liczenia na przykład muzyków w orkiestrze w czasie nudnego koncertu, otóż tych 19 emigranckich gęsi, które odlecą po zimie do Kanady, pływa w rezerwuarze wodnym Chestnut Hill, w towarzystwie amerykańskich kaczek i moim, porannego spacerowicza wokół wodnej tafli – niby okrąglej, ale co rusz wciskającej się w leśny ląd i wydłużającej mi ścieżkę zdrowia do całej mili.

To ze spaceru zapamiętałem: chińskie kobiety i mężczyzn w wieku średnim z rękami ku słońcu wyciągniętymi i tułowiami ku ziemi pochylonymi, a potem głowa patrząca się w niebo, czarny osiłek z nagim torsem w czarnych majtasach szybko wchodzący i wychodzący z kadru, pojedyncze lub w stadach, studentki sąsiedzkiego Boston College na przed randkowym treningu, jak również technologiczna nowinka: kilku studentów na rowerach posuwających się z ciężkim oporem do przodu, bo treningowy mechanizm zmusza nogi do wspinania się jak na schodach.

W kategorii seniorów kilku wolno posuwających się panów, jeden z laską i stara para, oboje niskiego wzrostu; tym moim rówieśnikom wystarczy posłać szczery uśmiech, a nie tylko się zatrzymają, ale do rozmowy zachęcą

(polska przestroga „więcej poufałości niż znajomości”, tutaj nie obowiązuje), jeden z nich wygląda na byłego bolszowo naczalnika z Moskwy; tysiące takich na żydowskich papierach przyjechało ponad 30 lat temu do Bostonu, wybrali Massachusetts jako najbardziej socjalistyczny stan amerykański, nikt tak jak on nie potrafi doić magistratu z jego zasobów socjalnych.

Ciekawość moją budzi pani pod osiemdziesiątkę, o ładnie przemijającej urodzie, mogłaby to być aktorka, której na starość lekko odbiło: w upale nosi sportowo- myśliwski ubiór khaki i kapelusz z szerokim rondem, wełniane pończochy, takież zarękawki i rękawiczki, na które założyła drugie, chirurgiczne, z plastyku, więc może nie aktorka to jest, a chirurg na emeryturze? Często staje gapiąc się na gęsi, kaczki i wodę; tym razem spaceruje sama, ale kilka razy widziałem ją z młodą dziewczyną, z pewnością wnuczką, która słuchając babci posługiwał się tylko dwoma wyrazami: yes i right.

Gdy czarny przysadzisty w majtasach, eksperymentalni rowerzyści i wiele przedrandkowych dziewczyn, którym koki na głowach podskakują raz w górę raz w dół, a na zakrętach raz w lewo raz w prawo, wyprzedzają mnie po raz drugi lub trzeci, kończę moją pielgrzymkę tam, gdzie reszta kanadyjskich gęsi (naliczyłem ich 123) objada z trawy murawę pola bejsbolowego. W filmie Felliniego Dolce Vita chodziło o słodkie życie włoskich arystokratów. Tutaj, wśród kanadyjskich gęsi – jest moje Dolce Vita Americana.

*

Pod każdą szerokością geograficzną, w każdym klimacie i w każdym systemie politycznym, w domach żonatych i rozwiedzionych, republikanów i demokratów, szczupłych i otyłych, białych, czarnych i żółtych, wśród młodzieży i emerytów, optymistów i pesymistów, to jedno pytanie nęka nas przez całe życie: „gdzie jest druga skarpetka?”. Ostatnio żalę się Grażynie: — Wkładam do pralki skarpetki parami i po ich wypraniu okazuje się, że każdej z nich brakuje pary. Dlaczego nas nie naśladują? Czy nie zorientowały się, że w naszym domu mają do czynienia z parą, której należy się jej już miejsce w muzeum nierozwiedzionych małżeństw?

*

W dniu urodzin Grażyny idziemy na kolacje do Fireplace. Siedzimy przy kominku, rozglądamy się po sali. — Widzisz te starszą parę na prawo? To nie jest małżeństwo, to muszą być kochankowie. — A po czym poznajesz? — Bo on patrzy jej w oczy, gdy o coś pyta, to przyzna rację i zasłuchany znów w jej oczy wpatrzony, a spójrz co się dzieje pod stołem, trzyma ją za kolano albo jeszcze wyżej, tak rozmawia się tylko z cudzą żoną. — A my? Na kogo wyglądamy? Pyta Grażyna. Całuję ją w rękę, a potem przyciągam jej usta do swoich. — Dla mnie zawsze będziesz cudzą żoną.

*

Odwiedzamy Olę. Przy czekoladkach i rozlewanej ze srebrnego dzbanka, herbacie, Ola przykłada rękę Grażyny do swoich włosów, które kiedyś były peruką, a od czasu, gdy postanowiła, że już więcej nie podda się chemo, odrosły siwe i niekręcone. Ma 75 lat, twarz jej wypiękniała, kupiła sobie modną sukienkę powyżej kolan, pod którą odciska się w pasie aparat zastępujący usuniętą kiszkę stolcową. — Teraz pewnie przeniósł się do wątroby, śmieje się Ola i opowiada o swoim życiu z rakiem.

— Na nowo zainteresowało mnie własne ciało, wszystko nabrało głębszego sensu, przestały mnie nawiedzać duchy przeszłości, nie jestem już samotna, odwiedzają mnie ludzie o zapomnianych twarzach, których, gdyby nie rak, nigdy bym nie zobaczyła, syn przychodzi codziennie, ostatnio zabrał mnie do Paryża, gdzie po pięciu dniach, gdy nogi przestały mnie nosić, znalazłam się w szpitalu, lekarze dziwili się, że wciąż żyję, dali mi zastrzyki przeciwbólowe i wsadzili w samolot, wróciłam do domu i poczułam się lepiej.

— Urodziłam się w 1936 roku, ojca nie znałam, matka po porodzie poszła za komunizm do więzienia, wyszła jak wybuchła wojna i pojechała do Lwowa na partyjną robotę, mną zajmowała się organizacja pomocy rewolucjonistom, pewna młoda towarzyszka wywiozła mnie do Samarkandy jako swoje dziecko, potem znalazłam się w Moskwie, gdzie zapisano mnie do katolickiego przedszkola. Matkę zobaczyłam, gdy miałam 9 lat, zabrała mnie do Polski, jeździłyśmy z miasta do miasta, bo matka obejmowała nowe posady partyjne, znienawidziłam ją, gdy odmówiła mi kupienia białej sukienki, bez której ksiądz nie chciał mnie dopuścić do komunii świętej. Później dowiedziałam się, że matka jest Żydówką, że uciekła do komunizmu z biednego, religijnego domu, myślała, że uda się jej swoje żydostwo przede mną ukryć, ale ktoś z rodziny wyjeżdżał do Izraela i tak się wszystko wydało. Matka w partyjnej gazecie, ja w szkole dla dzieci dostojników, wielu pochodziło z żydowskich rodzin, ale było to sekretem, buntowałam się przeciwko temu utajnionemu życiu, uciekłam z Polski i w NRD znalazłam pierwszą miłość, urodziłam żydowsko- niemieckiego syna, po czym małżeństwo się rozpadło. W Krakowie poznałam drugiego męża, naukowca, z którym na moich „żydowskich papierach” wyemigrowaliśmy do Ameryki, on robił karierę, ja przeżywałam 10 lat osamotnienia i depresji, zostawiłam go dla innego naukowca, rosyjskiego Żyda, rozwiedliśmy się, bo miał kochankę. Nie czułam się ani Polką, ani Żydówką, zostałam Amerykanką bez przeszłości. Po miesiącu Ola umarła we śnie.

— Podoba mi, się, że tak leciutko się jej umarło, mówię Grażynie w drodze na pogrzeb Oli. — Też bym tak chciała. — Pamiętasz ten dokument, w którym para z Oregon, która nie chciała już więcej żyć, pojechała z dziećmi do Zurychu, do legalnej tam umieralni i przy winie zakończyła życie? — Pamiętam, makabra. — A wyobraź sobie, że ja umieram pierwszy i zostawiam cię samą. — Też makabra. — Albo odwrotnie. — To już lepiej, ty sobie dasz radę. — Nie chcę nawet o tym myśleć. Musimy się umówić, że umieramy razem. — Znów wymyślasz scenariusz. Nie licz na mnie. Ja w tym filmie nie wystąpię.

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Więcej w Wikipedii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.