Jerzy Łukaszewski: Strefa kibica7 min czytania

()

06.06.2022

Parę dni temu niejaki Marek Migalski, niegdysiejszy reprezentant jedynie słusznej opcji stwierdził, że szeroka publiczność o nim zapomina. Trzeba się więc było przypomnieć.

Zrobił to w stylu takim, jakiego używają wszyscy wielbiciele prezesa, czyli – im głupiej, tym lepiej; ma być głośno o mnie!

Na warsztat wziął aktualnie najlepszą tenisistkę świata domagając się wręcz od publiczności, by się z nią nie utożsamiała i nie kibicowała, bo … nie ma z nią nic wspólnego.

Przyznam, że dawno nie czytałem takich idiotyzmów i aż dziw bierze, że niektórzy wzięli to jego wezwanie poważnie, ba – przyznali mu rację!

Nie chce mi się przytaczać całej pseudoargumentacji, ale sprowadzała się ona do tego, że sportowcom może kibicować tylko najbliższa rodzina, nikt inny. Sport dla sportowców, Polska dla Polaków, ziemia dla ziemniaków, a księża na księżyc!

Kibicowanie oparte na przynależności do tego samego narodu jest be, a w ogóle narody to rzecz istniejąca od niedawna, więc taka grupowa autoświadomość to też źle i w ogóle. Z naciskiem na „w ogóle”.

To co w tych dywagacjach cenne to to, że nareszcie dowiedziałem się co to za kierunek politologia i po co ludzie się w tym kierunku kształcą. Wniosków nie podam, bo red. Miś mi tego nie puści, ale można się swobodnie domyślać.

Mam wrażenie, że tzw. pracownik naukowy miał tylko jeden cel pisząc swe wybzdurzenia – odróżnić się od wszystkich, za wszelką cenę. Nawet ośmieszenia się.

Na łamach SO wielokrotnie dyskutowaliśmy nad istotą zjawiska zwanego narodem, nad sensownością jego istnienia, uwarunkowaniami jego występowania itd. Na ogół zgadzaliśmy się, że pojęcie narodu ma swoją historię, a więc początek, okresy rozwoju, a biorąc rzecz logicznie – będzie miało swój koniec. Natomiast trudno uważać za poważny argument przeciw istnieniu narodu oparty na tym, że … jest to pojęcie za młode! Raptem kilkaset lat! Bez podania „wymaganego wieku dojrzewania”, które pozwoliłoby „wybitnemu politologowi” uznać jego istnienie.

Naród, narody – to coś, co istnieje niezależnie; czy nam się to podoba, czy nie. W czasie najgorętszych dyskusji na ten temat, czyli w wieku XIX zdarzały się przypadki braku zgody na uznanie istnienia jakiejś narodowości. Polacy nie chcieli uznać narodowości ukraińskiej (nazywali ją „narodowość urzędowa”, czyli stworzona przez Austriaków), Kroaci nie uznawali narodowości serbskiej argumentując nieco poważniej brakiem istnienia wśród Serbów właściwego narodom schematu społecznego itd.

Pominąwszy więc fakt, że zdarzało mi się i zdarza kibicować jakiemuś sportowcowi niezależnie od jego przynależności narodowej, odmowa prawa kibicowania oparta na zasadach przytoczonych przez ob. Migalskiego jest czymś ośmieszającym do tego stopnia, że na miejscu zatrudniającej go uczelni zastanowiłbym się nad własnym wizerunkiem. Jak ktoś nie ma udziału w sukcesie Igi Świątek nie ma prawa jej kibicować! – oto skrót „myśli” politologicznego geniusza. Idąc konsekwentnie tym tropem należałoby wprowadzić zakaz budowy stadionów, bo po co tak wielkie i kosztowne budowle, skoro kibicować sportowcom mogą jedynie ci, którzy w ich sukcesach mają udział, a więc relatywnie niewiele osób. Nie może mi się podobać nic, do czego sam nie przyłożyłem ręki itd. itd. byle konsekwentnie.

A narody? Istnieją i istnieć na razie będą; niezależnie od tego, czy ich występowania miało, ma czy będzie miało pozytywny wpływ na dzieje ludzkości. Ba – czasem można dowieść, że identyfikacja narodowa jest przyczyną nieszczęść spotykających ludzi w danym rejonie świata, ale co z tego? Zamknąć oczy i udawać, że „tego nie ma” to trochę dziecinne.

Identyfikowanie się wg kryteriów przyjętych dla odróżniania się narodów może mieć pozytywne bądź negatywne konsekwencje, zależy co do owej identyfikacji „podepniemy” jako element istotny.

Kiedyś bawiłem się czytając teksty hymnów narodowych wielu państw. To, co można było bez trudu zauważyć to przemożna chęć „wyróżnienia” własnej grupy, szczerze mówiąc – nie zawsze udana.

Z tekstu carskiego hymnu „Boże caria chrani” dowiadujemy się, że rządzący tak ma kierować polityką, by wszyscy się go bali. Patrząc na dzieje współczesne Rosji można się tylko zadumać nad stałą aktualnością takiego postrzegania idei narodu. Z własnego narodu należy być dumnym, choć w jego strukturach zajmujemy pozycję ewidentnie niewolniczą! Deutschland ueber alles – nie takie wcale jednoznaczne jak się na pozór wydaje, ale ostatecznie też wystarczająco wymowne.

Kiedy w latach dwudziestych XX wieku dyskutowano zażarcie nad ustaleniem pieśni mającej być hymnem Polski, wielu odrzucało „Mazurka Dąbrowskiego” ze względu na jego oczywistą nieaktualność.

Ostatecznie jednak odrzucono wszystkie inne propozycje, w tym tekst pewnego poety z Kartuz, który głosił w swej pieśni konieczność … pracy dla Ojczyzny! No nie, tego prawdziwy Polak nie zniesie. On może walczyć dla Polski, deklaratywnie nawet może dla niej zginąć (o ile mu na to zdrowie pozwoli), ale pracować? Feee… jakież to mało bohaterskie … jakież mało wzniosłe.

W tym jednym przynajmniej jesteśmy konsekwentni. Walka dla Ojczyzny naszym ideowym przeznaczeniem – tego uczyli i uczą „nauczyciele narodu” pod postacią polityków i – za przeproszeniem – politologów, nie bacząc na sens takiego nauczania i jego konsekwencje. A efekty?

Sama walka przez ostatnie paręset lat średnio nam wychodzi, a inne sposoby zaistnienia w rodzinie narodów świata jakoś nie budzą naszego zainteresowania. A jeśli już to na krótko.

Po nieco ponad 20 latach pokazywania światu, że oprócz walki potrafimy jako grupa także myśleć, odrzuciliśmy tę nienawistną przewdziwym patridiotom drogę i pospiesznie powróciliśmy na dawną, pełną krzyku, wzniosłych haseł, wiecznego jątrzenia i upartego ciągnięcia narodowego wozu ku skrajowi kolejnej dziejowej przepaści.

I to wszystko bazując na pojęciu narodu, wspólnoty itd. Nie ma znaczenia czy wspólnoty wyimaginowanej, czy zgodnie z pojęciem realnym czy wmówionym – to jest, trwa i trwać będzie jeszcze długo.

Póki zaś trwa, identyfikacja z grupą będzie miała wiele oblicz i żadne wymądrzanie się niczego nie zmieni. Bzdurna argumentacja o tym, że „nie mieliśmy wpływu” na karierę Igi Świątek powoduje jedynie pukanie się w głowę odbiorców, którzy ostatnio coraz rzadziej się dziwią, że „pracownik naukowy” wydaje się głupszy od Kazika czy Wacka spod budki z piwem. Coraz częściej są przekonywani, że to jednak Kazio z Wackiem mają rację.

To, co grupa zwana narodem, mieszkańcami jakiegoś miasta czy dzielnicy, kibice jakiegoś klubu, (którego nie tworzyli i nie spowodowali jego sukcesów) weźmie sobie na sztandar w celu wyeksponowania i skumulowania pojęcia „naszości” w najmniejszym stopniu nie zależy od kogokolwiek z nas. Pracownik naukowy z prawdziwego zdarzenia może jedynie odnotowywać te zjawiska i ew. na podstawie odpowiednio licznych przykładów próbować przewidzieć ich rozwój. Nie jest jego zadaniem ich ocena czy próba zmiany. To zawsze kończy się tym samym.

Nie licząc oczywiście swoistego „zwycięstwa”, bo „znowu o mnie mówią, ha, ha, ha!”

Nie mam nic wspólnego z włoską operą, ale ją lubię (póki mi wolno) … ridi pagliaccio …

Jerzy Łukaszewicz

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.