27.06.2022

Na publicystykę patrzeć można różnie. Według mnie liczy się zasygnalizowanie problemu, bo nie pisze się na wagę. Przy czytaniu tekstu musi istnieć myślowa współpraca pomiędzy jego autorem, a odbiorcą. Współpraca, a nie zgoda, ponieważ utwór musi być polemiczny, kontrowersyjny, często irytujący czytelnika. Tekściarz nie jest zobowiązany do podawania wszystkiego „na tacy”. Autor ma obowiązek zostawić czytelnikowi pole manewru do własnych refleksji.
Odbiór literatury
Żółtko, znane z wichrzycielskich skłonności do przesady, stara się grać pierwsze skrzypce w biznesach z białkiem, lecz sędzią ich sporu pozostaje kura.
Kogut-marzyciel, mówi, że do odbioru poezji, prozy, malarstwa czy muzyki, konieczne jest przygotowanie.
Kura na to, że skąd znowu, że, by się podnieść z hamaka i wzruszyć do łez, słucha Beethovena. Nie musi latać po podwórku z fakultetami od cioteczki Sorbony, by mieć ochotę na znoszenie jajek itd., ale, gdy ma durnieć z podziwu nad lada szmirą, z marszu dostaje wysypki, odkochuje się w weterynarzu, ma migrenę, estetyczną biegunkę i drażni ją światło.
*
W ten sposób można streścić wiersz Staffa – Mowa:
Nie trzeba rozumieć śpiewu słowika
Aby się nim zachwycać.
*
morał:
żółtko i białko to treść i forma, kura, to czytelnik, a pytanie o pierwszeństwo jajka nad kurą, to bigos nie nasz, tylko zatrudnienie dla szklanej kuli koguta, czyli krytyka. Jak wiadomo, ma on rację z urzędu i to niekoniecznie tylko wtedy, gdy ją ma.
Rozczarowanie
Niekiedy postęp jest ekshumacją, restaurowaniem śmietnika. Odnowione poglądy mają stary, lekko zmodernizowany zapaszek, ale, tak czy inaczej, dziura pozostanie „dziurą”; niezależnie od faktu, że nastała moda na „wądół”. Dlatego czytanie, dawniej moja pasja, teraz nie ma sensu.
Nic nie może zapobiec moim natręctwom; kiedy widzę księgarnię, przechodzę na drugą stronę ulicy. Opisano już wiele. Indywidualne lub zbiorowe przeżycia. Rozmaitego kształtu stany. Wzruszenia wspomagające wiarę w człowieka. Złe czy klawe dzieciństwo. Skarby mitów. Upadki, wzloty. Za dużo informacji. Szczegóły, beznamiętne fragmenty zdarzeń, dręczące wizje cudzej wyobraźni, bujny klekot filozoficznych rozważań, słowa upstrzone zdaniami pozorowanymi na autentyczne, wszystko to razem męczy mnie i wpędza w przerażenie.
Gorzej czy lepiej utrwalono każdą figurę problemu. Za każdym razem pragniemy wyjaśnić, zracjonalizować, uchwycić ten świat w pedantyczne uporządkowanie, w logiczne schematy i standardowe cugle, zrobić z niego gadżet owiązany tasiemką, leżący w ozdobnym puzderku na tanie westchnienia, drobiażdżek gotowy do przymusowej akceptacji.
Istnieje w nas zlepek norm, salomonowe przelewanie z pustego w próżne, wyprzedaż, aukcja dylematów; świat nie jest idealny. Łzawimy się, wspominając lata kołaczące w nas za pomocą ambicji, ale na darmo: świat nie łzawi się, gdy odchodzimy. Pozostaje lodowaty, jakbyśmy nigdy nie stanowili jego części, jakbyśmy nigdy nie wypełniali go sobą. Odrzuca nas, jakbyśmy zostawali jego pasożytami.
A może tak jest, może naprawdę tkwi w nas pasożytnicza natura, może w tej naturze kochamy i umieramy tak samo głupio i pompatycznie, jak żyliśmy?
Tekst bez tytułu
Nie ma nic żałośniejszego, aniżeli widok wesołka. Swoim zezowatym optymizmem wyprowadza w szczere pole niejednego wyznawcę posępności. Ale, gdy uspokojeni zatroskani zostawiają go samopas, odczuwa, że stosowane przez niego metody rozwiązywania problemów, to stary zwiastun naiwnej wiary w to, że nie wydobyte na jaw marzenia, same wylezą ze skorupy, same z siebie zostaną odwzajemnione. Lecz jednak, niestety wie, że ponieważ są za szczelnie ukryte, nikt poważny nie zechce trudzić się ich zrozumieniem.
Rankiem, gdy wstaje, wolniutko dochodzi do pełni władz umysłowych. Natomiast w niespiesznych obrzeżach południa zaczyna się u niego proces odwrotny: odchodzenia od zmysłów. I ten proces martwi go na dłużej, bo razem ze świadomością dociera do niego pytanie o to, kim jest naprawdę.
Przecież jego rozpędzony optymizm nie ma żadnego umocowania w rzeczywistości. Przecież wyczuwa, że uczestniczy w grze o niewyjaśnionych zasadach, że nawet, w środku nocy, wyrwany z krzyków, demonstruje, ze sztucznym uporem, że jest mu bardzo nieźle, wstrząsająco świetnie, niczego mu nie trzeba, niczego nie żąda i nie pożąda, na wszystko się godzi, przy czym bucha z niego wręcz obrzydliwa pewność, że to, o czym bzdurzy, jest zgodne z tym, co o sobie sądzi.
Przemiana
Powiada się, że przed ciągniętym na egzekucję pojawia się niewidzialna przestrzeń, wewnętrzna tkanka wyszmelcowanych ambicji, umożliwiająca mu powrót. Jednak powrót ten nie ma starej, poprzedniej, znanej i swojskiej, przyjaznej i bezpiecznej formy, lecz przybiera kształty jeszcze niewyjaśnione, a już nieosiągalne, jeszcze rozświetlające mrok, a już nasączone jadem pesymizmu, nieodwołalnością własnego odchodzenia, która nadaje, uciekającej spod nóg rzeczywistości – nowy szlif.
Człowiek, przygotowany na wejście w krąg nowych doznań, chce im sprostać, stawić im czoło, zmienia się, zaskakuje otoczenie, zadziwia trudno pojmowalną i radykalnie inną postawą wobec tego, co przeżywał dotąd. Jeżeli był skąpy, staje się rozrzutny. Serdeczny i nieomal życzliwy, zaczyna być małomównym, nieprzerwanie rozdrażnionym burkliwcem.
Jeżeli dotąd żył skromnie i uczciwie, naraz ma krwiożercze kły, rzuca się w histeryczne ekspresje, pcha się na afisz i włazi na tapetę; chce, by o nim mówiono, by było z nim hałaśliwie, rozgwarowo, gadająco. Dąży do zwrócenia na siebie uwagi, do zaabsorbowania sobą, do poznania go nie takim, jakim był, gdy żył bez kary za łaskawy los, ale takim, jakim pragnął być. Dopędza go zabrudzony werdykt przygodnego biletera z przygodnego raju i nareszcie jest spłoszony, nieufny, nie wie, co go spotka.
Jeżeli był zabójczym elegancikiem, który wydzielał z siebie zapachy odpowiednie do sytuacji, nosił przy sobie, stosownie do okoliczności, zestawy kosmetyczne, dezodoranty i cuchnidełka w żelu, pewnego dnia pokazuje się w miejscu wybitnie publicznym w zatłuczonej kreacji wyciągniętej ze zsypu, a na dostojnej głowie do pozłoty ma świerzb.
Lecz są i tacy, jak ja, którym żaden wyrok, żadna egzekucja nie przeszkadza dobrze się trzymać. Odwrotnie, od im większego kociokwiku się opędzają, tym bardziej chcą go sobie chwalić.
Mam wolę, kieruję się natchnieniami, dążę do celów, o których nic nie wiem, które zmuszają mnie do doznań o niejasnym przeznaczeniu. I w tej osobliwej aureoli trwogi doznaję mieszanych wrażeń, ponieważ przychodzą do mnie skomplikowane obrazy uchodzącego świata, przejmujące widoki zabronionych owoców.
Mój wzrok, rozjarzony niknącymi zmysłami, odsłania przede mną porzucone chwile zdziwień, które, stwierdzam, należały kiedyś do mnie i były kiedyś moim niepisanym przymierzem ze światem. Mówię sobie więc, że jestem teraz uosobieniem prochu, bo wierzę w niepowtarzalność swojej znikomości. W bycie pyłem, którego tragedia polega na niedokończonej degradacji.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
