Marek Jastrząb:Trzy w jednym8 min czytania

()

14.07.2022

Miraże

Przekleństwo jego wolności polegało na tym, że nie potrafił przestać o niej mówić. Jakby to powracanie cokolwiek zmieniało, nabierało sensu! Ale nie. Obawiał się, że nic z tych rzeczy. Nie wskrzeszą jej żadne dywagacje; miał nadzieję, że o niej zapomni; ostatecznie tyle jest innych kobiet. Czekają, lecz czy mógłby być dla nich interesującym obiektem? Tuziny dziewczyn, a każda bez jej uroku.

Nie miał ochoty na ich poznawanie. Randki budziły w nim sprzeciw. Nie miał ochoty na cierpliwe słuchanie uroczych kłamstw, wymówek, plotek wypowiadanych półszeptem, zwiewnym szwargotem intymnych afer. Pocieszał się, że tak wiele jest innych kobiet! Różnych od niej, chętnych zdobywania mężczyzny, którego by hodowały na wzór i podobieństwo swoich wyobrażeń. Stuprocentowych babonów zdolnych do odfajkowania flirtu. Całe mnóstwo dziewczyn marzących o facetach przyszpilonych do pantofla, wyselekcjonowanych spośród miliona, że myśląc o nich, martwił się, czy kogoś nie poznała. I wówczas błądził ulicami. Odwiedzał bary, knajpy, mroczne zaułki w padającym deszczu. Miasto szydziło z niego, traktowało, nieprzyjaźnie, wrogo.

Wyobrażał sobie: wtulona we własne wspomnienia, może też go szuka i ma identyczne problemy. Wyobrażał sobie: jej oczy, jej charme, uśmiech, przyzwolenie na pieszczoty, na swobodne błądzenia rąk, na swoje trafiania w miejsca sprawiające, że drży, że jest piękna, oddana i wyzwolona. Jak przez jej ciało przebiegają dreszcze, jak nerwy, ułożone w jednolity system połączonych naczyń, współbrzmią z jego.

Miasto dyszało nieprzerwanym rytmem urojonej namiętności. Wtedy wołał w czeluście bloków kamiennej dzielnicy przypuszczając, że go słyszy. Gdzie jesteś, kiedy wrócisz, krzyczał. Lecz ściany odpowiadały milczeniem. Myślał, że co było, to przeszło, nie ma dni, lat, miesięcy, nadszedł nowy etap; mógł przewidzieć, jak się to skończy.

Place, inne nazwy wąskich ulic, parki z odmalowanymi ławeczkami, drzewa bez liści zwiastujących ciepło, jej kapryśne wargi, ludzie uciekający przed deszczem, wystawy przeładowane niedostępną feerią zbyteczności, inkrustowane przedmiotami zawiniętymi w światło neonów, w ten sam, co zwykle, nastrój preludiów, zerwań i przeprosin, w te same iluzje, świergot wystraszonych wróbli, zmoczonych czekaniem na skroplony antrakt, te same, dziewczęce sylwetki omijające kałuże. Ich nasączone wodą twarze, kobiety w zabłoconych kozaczkach z wyprzedaży. Nieprzemakalne, słabe, czego się nie da stwierdzić przed rozebraniem, ich podszyte wiatrem kurtki, ich dłonie zniszczone dźwiganiem niespodzianek. Poznawał; oto był świadkiem mijających obrazów, impresyjnych wedut żywcem przeniesionych z innego świata, świata bez niej.

Niewysłany list

Gdy szybujesz ponad swoim czasem, daremnie wiesz, co ci przeszkadza być. Marzysz o dawnych obszarach spokoju, ale jak podarte istnienia – uciekły. Są tam, dokąd zmierzasz: gdzie gasną minuty nie twojego czasu. Bo jesteś, żyjesz i pragniesz tylko tu, wyłącznie ze mną. Jak ten, co żył w prośbach do Boga, by zamknął mu oczy, ponieważ straceńczo sądził, że istnieje bez przyczyny.

Pozostawiam ci w darze śmiertelną gałązkę oliwną, wawrzynowy płacz wtopiony w bursztyn. Na próżno starasz się zrozumieć, dlaczego cień odbity od ciebie jest jaśniejszy, a słońce nie wędruje w orszaku z tęczy. Kalecząc skrzydła przestrzenią zwątpienia, omijasz zatoki żalu.

PS. Wierzę w twój powrót. Jeżeli zdarzy nam się piekło wzajemnego znieczulenia i będziemy poza sobą równie szczęśliwi, jak teraz, pamiętaj: „teraz” potrwa bez naszego udziału, gdyż nie można rozłączyć tych, co są nierozłączni.

Bo to przecież nie tak, że jestem twoją odpowiedzią. To ty jesteś moim znakiem zapytania. Biegnąc patrzysz w roziskrzony ocean uśmiechów. Istnieją wtedy raje i przysięgi. Jest więc z tobą tak, jak by ci dano utworzyć obraz, którego nie zdążysz zobaczyć i pytasz, jakim się stanie, zanim ożyje w cudzym spojrzeniu. Nim błysk, dany ci na próżno, spodoba się sercom twoich naśladowców.

Hades

Dopadł mnie sen i sen miałem taki: żeby tam się dostać, należało przechytrzyć strażników, upilnować taką porę, gdy zajęci byli jedzeniem. W tym celu czekałem przy bramie prowadzącej do wąskiego korytarzyka, gdzie znajdowało się wejście. Że wejście było, wiedziałem z częstych rozmów, a ponieważ megafony akurat ogłosiły niedzielę i w związku z tym nie miałem żadnych zajęć, postanowiłem zwiedzić podziemia.

…po przechytrzeniu wyrolowaniu, znalazłem się w tunelu łączącym dwa diametralnie różne miejsca. Jedno należało do znanych, z którym zdążyłem się już oswoić, drugie rządziło się prawami, o jakich nie miałem pojęcia. Co mnie zbiło z tropu, to panujące tu, zimno przemieszane ze zderzeniowymi, cyklicznymi falami gorącego powietrza.

Zauważyłem, że tutejsi ludzie są ubrani raz w przewiewne i skąpe stroje, jakby wracali z plaży lub kąpielisk, to znowu, okutani w zimowe palta, biegli na oślep, gnali w nieznanym kierunku, byle dalej. A podczas, gdy na górze co rusz ogłaszano, że nie ma żadnych zaburzeń w aurze, w podziemiach nikt nie przejmował się odgórnymi ustaleniami pogody. Przeciwnie, nawet gdy co pewien czas, przysyłano tu specjalne delegacje agitatorów wyposażonych w entuzjastyczne zapewnienia, że nie zachodzą okoliczności do żywienia obaw, delegacje te wyśmiewano i lokowano w miejscu odosobnienia.

*

Kiedy przebyłem następnych kilka metrów stwierdziłem, że korytarz, w miarę oddalania się od włazu, napełnia się wprost niemożliwym do zaakceptowania zaduchem, który przenikał z zewnątrz naprędce mijanych sal.

W salach tych zauważyłem sporą liczbę ludzi a ich twarze wyrażały zniecierpliwienie, irytację, żadna jednak nie była zadowolona. Sale, położone naprzeciwko, wypuszczały z siebie zepsute powietrze oraz ludzi, którzy, początkowo oszołomieni zmianą klimatu, bezradnie obijali się o ściany korytarza, by później, dosyć szybko, wrócić do równowagi, by, już po chwili, normalnie i bez wątpliwości biec w obranym kierunku.

Potrącali mnie. Z daleka już i nie przerywając pędu, przepraszali mnie. Chociaż powietrze z sal dawało mi się we znaki, to przecież musiałem przyznać, że w niezupełnie jasny sposób znikało gdzieś: wessane i oczyszczone przez lodowaty powiew przeciągu – rozpływało się w ciemności.

*

Po wielu kilometrach, kiedy przekonałem się, że korytarz ma kształt wielkiego koła i nie kończy się tam, dokąd zmierzają ludzie, wyrosła przede mną wnęka. Z pewnym zainteresowaniem przeczytałem słowa umieszczone na transparencie: serdecznie zapraszamy.

Wnęka, odgałęzienie celu mojej wycieczki, zaczynała odsłaniać kolejny, ciekawy i obiecujący etap zwiedzania. Lecz, z różnych powodów, ilekroć chciałem wejść w nią głębiej, na drodze spotykałem szklaną ścianę. Czasem tylko, skoro wytrwale biłem o nią głową, udawało mi się zobaczyć, po drugiej stronie, siedzącego przy małym stoliczku, mężczyznę.

*

Zrozumiałem, że jestem w miejscu, skąd się nie wraca. Śliskie ściany uciekały pionowo w górę. Przez otwór widziałem światło, strugę blasku. Zamknąłem oczy. Ręce były spokojne. Czułem jednostajny, monotonny puls. Próbowałem wyobrazić sobie, że umieram, lecz nie mogłem. Pomyślałem, że, jak zwykle, jestem do niczego. Zakląłem wtedy. Za wszelką cenę nie chcę być do niczego, wrzasnąłem w ciemność, a od niewidocznej przeszkody przybiegło drwiące echo.

*

Po dalszej wędrówce, kiedy już byłem setnie zmęczony i nie odczuwałem zimna, opadła mnie bezładna gromada tubylców. Krzyczeli jeden przez drugiego, a twarze mieli ziemiste. Nie było w tym nic dziwnego; choć przebywali tu bez dostępu do słońca, sprawiali wrażenie rozluźnionych, jak gdyby chaotyczna gonitwa po korytarzu wzbudzała w nich chęć do życia.

*

Z początku nie potrafiłem skapować, dlaczego i co mówią, lecz gdy wsłuchałem się w ich rytm, gdy złowiłem skomplikowaną melodię ich zdań, zacząłem przypisywać znaczenie całym wypowiedziom, całym partiom monologów. Bo właściwie to, co słyszałem, było jednym wielkim monologiem.

Choć pozornie bezładny, przydługi i mętny, choć tworzący przejmujący skowyt, wspólny wszystkim katowanym, oglądany osobno, układał się w jasny, szatańsko poprawny obraz: każde słowo miało właściwą intonację, mieniło się aż do jądra swojego znaczenia, a otaczające krzyki wydawały się nieskończenie piękną skargą. Pieśnią wzniosłą nieznanym okrucieństwem; łączyły się nie banalną treścią, lecz klimatem, którego nie rozumiałem ani w ząb, za którym płakałem jak bóbr.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM