Ożeniony ze szlachcianką (79)17 min czytania

()

26.07.2022

W roku 2004 skończyłem film pod tytułem „Anya”, o córce, która przez 30 lat tolerowała kamerę ojca – filmowca. Do lat dziesięciu traktowała ten projekt profesjonalnie: ojciec – reżyser, córka- aktorka, robią film, który trafi na ekrany świata. Po kilku latach, gdy pokazałem jej nakręcone materiały, zorientowała się, jaki to film i zapytała:

— Jak długo będziesz to jeszcze kręcił?

— Tak długo, jak mi pozwolisz — odpowiedziałem.

— Jak długo chcesz — powiedziała Anya — tylko, pamiętaj: zarobkami dzielimy się po połowie.

Któregoś dnia, gdy kręciliśmy w Paryżu, zapytała mnie:

— Czy ja czasem w tym filmie nie wyjdę na głupią?

Zapewniłem ją, że wyjdzie na mądrą dziewczynę i że powinna mieć zaufanie do kochającego ją ojca. Gdy film był skończony, Anya przez dłuższy czas nie chciała go obejrzeć, jedyne co ją interesowało — to jak na film zareaguje Dominik. Któregoś dnia zadzwoniła z Beijingu:

— Dominikowi się podoba.

— A tobie?

— Wole traktować to jako film o innej dziewczynie.

Ma racje, bo nawet najlepszy film o czyimś życiu może być tylko namiastką, widowiskiem sporządzonym z myślą o widzu z jego własnym życiowym doświadczeniem; zrobiony jest tak, żeby go zaciekawić, a wzięty z życia bohater — składa ofiarę na ołtarzu sztuki. Bartek napisał: „Dzięki temu filmowi dowiedzieliśmy się kim są nasi rodzice”.

Anya wyrosła na osobę globalną: po Paryżu, Londynie i Beijingu, gdzie razem z Dominikiem uczyli w międzynarodowych szkołach. Rodzina Dalais mieszkała teraz i pracowała w szwajcarskiej Bazylei, gdzie ich odwiedziliśmy. Szkoła nazywała się ISB (International School of Basel), a jej uczniowie należeli do różnych kultur i religii, mówili różnymi językami, inne były ich historie i geografie, wiec tradycyjne przedmioty zastąpiły tematy wspólnego zainteresowania: jak zmniejszyć ilość spalin w powietrzu? Jaka jest historia mierzenia czasu? Jak zbudowane są prymitywne instrumenty muzyczne w zachodniej Afryce? O co chodziło w drugiej wojnie światowej? Skąd się wzięła na świecie herbata? „Education by inquiry”, nauka poprzez własne badania. Jedną z uczennic była nasza wnuczka, Maia.

Nauczycielka Mai zaprosiła nas do pierwszej klasy, gdzie dzieci mówiły po francusku, niemiecku, serbsku, turecku, szwedzku, duńsku, węgiersku, japońsku i czesku, a łączył je angielski. Grażyna czytała dzieciom po polsku Lokomotywę, którą ja na żywo tłumaczyłem to na angielski, a potem opowiedziałem im po angielsku bajkę, którą, gdy miałem 5 lat, ojciec opowiadał mi po polsku w warszawskim getcie:

W gęstym lesie stał domek gajowego. Gajowy i jego żona mieli dwoje dzieci: Jasia i Małgosię (w mojej wersji byli to Bartek i Anya), pewnej wieczoru nad lasem zerwała się burza… zauuuuuuuu (efekt dźwiękowy) …wczesnym ranem, rodzice spali, gdy dzieci obudził dźwięk spadającego na ziemię drzewa, kkch…kkch…kkch… Bartek wstał z łóżka, obudził Anię, wyjął z szuflady dwie białe chusteczki, jedną dla niego, drugą dla niej i wyszli z domu. Idą wzdłuż torów do końca lasu i tam czekają na pociąg. Na torach leży powalone drzewo, gdyby wjechał na nie pociąg — na pewno by się wykoleił.

Z daleka słyszą dźwięk lokomotywy, zbliżając się do torów machają białymi chusteczkami, sz-szsz-sz….sapanie lokomotywy jest coraz bliższe, z kotłowni wygląda przez okno pomocnik maszynisty i tak mówi: „widzę na torach jakieś małe dzieci”, a na to maszynista: „coś ci się zdaje, dzieci? O tej porze? Bartek i Anya wyciągają ręce wysoko jak mogą, żeby maszynista zauważył białe chusteczki, dźwięk lokomotywy jest coraz bliższy, „masz rację, dzieci na torach”, krzyczy maszynista i gwałtownie naciska na hamulec, że zgrzytem hamulców… kszszsz…i piskiem metalowych kol.…piiiiiiiii…lokomotywa zatrzymuje się niedaleko miejsca, gdzie stoją dzieci. Podbiegają i mówią maszyniście, że w lesie była burza i drzewo zatarasowało tory. Z wagonów wychodzą pasażerowie, żeby pomóc w usuwaniu drzewa z torów. Pasażerowie dziękują dzieciom, a jeden z nich daje każdemu w nagrodę wieczny ołówek. Pociąg odjeżdża, dzieci wracają do domu i opowiadają rodzicom, jak zapobiegli katastrofie. Rodzice byli zdenerwowani, gdy zobaczyli, że dzieci nie ma w domu, ale teraz są z nich bardzo zadowoleni.

Po bajkach w przedszkolu, Anya, nie mówiąc uczniom kim jestem, zaprasza mnie do swojej klasy jako „człowieka sukcesu”. Pierwsze pytanie: „czy występowałeś kiedyś w telewizji?” (Dzisiejsza oznaka ważności człowieka). „Sporo razy”, odpowiadam, a gdy dzieci dowiadują się, w jakim urodziłem się kraju, wędrujemy do Polski, potem na emigrację do Danii, a wtedy Anya postanawia im coś podpowiedzieć: „w Kopenhadze urodziła im się córka, która później została nauczycielką”, na co ja: — Ta nauczycielka nazywa się Anya Dalais i uczy piątą klasę w szkole międzynarodowej w Bazylei.

W szwajcarskiej Bazylei dochodzi się do Renu, potem w lewo spacerem do Francji, a w prawo do Niemiec, spaceruje się tak z jednego kraju do drugiego, a gdy w niedzielę rodzice wezmą wychodne, na alejki bazylejskiego ZOO wysypią się dziadkowie i babcie z trzech krajów. Postanawiamy śledzić pewnego dziadka pchającego wózek, w którym płacze dwulatek, sami ucząc się, jak z pomocą dzikich zwierząt, bawić własnych wnuków, gdy którejś niedzieli zabierzemy je do ZOO.

Człowiek dwuletni nie ma sprecyzowanego sposobu poruszania się, już wydaje się, że dobrze mu w wózku, gdy on nagle chce z niego wysiąść, ale nie po to, żeby podążyć w kierunku kormoranów, na co liczył dziadek, ale z powodu kolegi w innym wózku, który chrupie marchewkę, a wtedy trzeba sięgnąć po torbę z jedzeniem, nie o marchewkę jednak chodziło, a o smoczek, którego nie można znaleźć, a może zamiast tego na rączki? Tak, ale najpierw pierniczek. Nic z tego, pierniczek wypluwamy i płaczemy w sprawie powrotu do wózka, ruszyliśmy: „zobacz, słonie!”, mówi dziadek, dwuletni zamyśla się nad wielkim stworzeniem, ale tylko na chwilkę, bo już woła mniamniam, ale o jakie mniamniam mu chodzi? Soczek z butelki? Kefir z tubki? Rodzynki? Marchewki? Biszkopcik? A może przewinąć? Przed oczami dwulatka skaczą po drzewach małpy, nurkują foki, śpią jeden na drugim lwy, nosorożec nosem dotyka parkanu, ryczy hipo, cała ta zoologiczna parada usypia naszego bejbusia, który nagle ożywia się na widok zwykłej krowy i wyniesiony z wózka podbiega do parkanu z okrzykiem muuuuu, tu jakiś czas postoi zapominając o smoczku i przegryzkach. Sukces maluje się na twarzy dziadka, gdy za jego plecami szurają wózki z ryczącymi niemowlakami.

Przechodząc koło katedry, pytam Grażynę:

— Nie ciągnie cię do kościółka?

— Broń Boże!

— Nic dobrego ci się z tym nie kojarzy? — Nic, tylko strach. — Kogo, czego?

— Księdza, który na lekcjach religii tak mówił: „chodź tu do mnie dziecko, to ci wytłumaczę”, po czym sadzał sobie dziewczynki na kolanach.

— Do spowiedzi chodziłaś?

— Tak, ze strachu.

— Że zapomnisz o jakimś grzechu?

— Jedyny grzech, jaki mogłam wymyślić to było niesłuchanie się mamusi.

— Nie słuchałaś jej?

— Ale skąd, dawałam się jej terroryzować. Gdy brała nóż krzycząc: „zabije was i siebie!”, Janusz i ja łapaliśmy ją za rękę, wyglądała jak ukrzyżowany Chrystus z nożem.

— Biła cię?

— Pamiętam tylko dwa bicia, miałam osiem lat. Uprzedzała mnie na kilka dni przedtem, że będzie lanie. Kładłam się na brzuchu, a wtedy ona biła mnie skórzanym pasem, gdzie popadło. Janusz dostawał znacznie więcej. Nigdy nie zapomnę jej powiedzenia: pamiętaj, że słowo „przecież”, nie istnieje, żadne “ale przecież”.

— Kiedy skończyłaś z kościołem?

— Miałam chyba 13 lat. Byłam idealną uczennicą, ale po raz pierwszy w szkolnym dzienniczku napisano, że źle się zachowywałam, miała to podpisać matka. W strachu przed laniem sfałszowałam jej podpis. Wreszcie miałam prawdziwy grzech. W kościele spojrzałam na konfesjonał i tak sobie pomyślałam: „co tego głupka obchodzi moje życie?”. Zrozumiałam, że, cały ten kościół nie ma sensu i nigdy już więcej nie stanęła tam moja noga.

Na prośbę dzieci w domu Ani i Domka, pojawił się pies. Pierwsze zakupy wyniosły ponad 200 franków: na psie łózko z kołdrą, dwie smycze na różne okazje, a przy nich czerwone światełka na baterie, takie jak dla rowerzystów. Na pierwszy spacer wychodzi cała rodzina. Napotkana Szwajcarka zwraca nam uwagę, że wystające żebra psa, są niedopuszczalne, na co zawstydzona Anya, opowiada jej o niedożywionym Toffi, oddanym do schroniska, a kilka godzin temu przekazanym nam na próbne zadomowienie.

— Musicie go dobrze karmić! — wyrokuje właścicielka szwajcarskiego pudla i odchodzi.

Po powrocie i zamknięciu furtki do ogrodu zdejmujemy psu smycz, a wtedy Toffi znajduje sobie dziurę w żywopłocie i ucieka. Ruszamy za nim wszyscy: Domek i Sebuś na rowerach, Anya i Maia samochodem, Grażyna i ja – pieszo. Po godzinie wpędzamy psa do ogrodzonego boiska szkolnego i dopiero tam udaje się nam go złapać. Grażyna, która uważa, że wszystko złe co się stało, musi się powtórzyć, wydrukowała i przyczepiła do obroży, wizytówkę psa z jego imieniem, adresem i numerem telefonu. Problem w tym, że Toffi nie orientuje się jeszcze, jak się nazywa. Następnego dnia Grażyna wychodzi na zakupy, ja zostaję w domu, a schodząc na dół widzę otwarte drzwi. Przez okno miga mi ogon Toffi, biegnę za nim do głównej ulicy, po której jeżdżą tramwaje. Widząc mnie z czerwoną smyczą na szyi, ze sklepu z torebkami wychodzi właściciel i mówi, że już dwa razy Toffi przebiegł jezdnie i wskazał kierunek, w którym pobiegł.

Po godzinie mojego szukania psa zatrzymuje się przy chodniku samochód. Kobieta widziała Toffi, kilometr stąd, biegającego po polach. Proponuje, abym wsiadł do jej samochodu. Po pół godzinie poszukiwań musi odebrać dzieci ze szkoły, a ja z pustą smyczą wracam do domu. Wizytówka Grażyny działa. Dzwoni właścicielka innego psa, do której podbiegł nasz uciekinier, zaczepiła go na smycz swojego psa, przyprowadziła go do nas. Trzeciego dnia Grażyna wychodzi z domu sprawdzając, że drzwi są zatrzaśnięte. Powtarza się ta sama scena: ja schodzę, drzwi są otwarte, nie ma psa i teraz już nie ma wątpliwości: pies skacze na klamkę i sam sobie otwiera. Mija godzina, inna kobieta spacerująca ze swoim psem po parku, ma w swoim samochodzie Toffi. — Musicie go lepiej karmić, poucza mnie Szwajcarka i odjeżdża. Grażyna obawia się, że ktoś zadzwoni do policji i trzeba będzie zapłacić 500 franków za trzymanie niedożywionego niezarejestrowanego psa z niezapłaconym psim podatkiem, którego ucieczki mogą spowodować zaburzenia w miejskiej komunikacji, nie mówiąc już o jego śmierci, za którą przed sądem odpowiada właściciel. Psa zwracamy do przytułku.

Grażyna zabiera mnie do Muzeum Sztuki Drukarskiej w Bazylei, gdzie od sześciuset lat obraca się wielki młyn wodny i tak długo tłucze na kawałeczki płócienne szmaty, a zamienią się w papierową zupę, z której, po odciągnięciu wody i wysuszeniu, powstanie papier czerpany, a na tym papierze wydrukuje się czcionki drukarskie, które wymyślono w Szwajcarii pod nazwą Helvetica.

Drukarstwo przypomina mi młodość. Na Uniwersytecie Warszawskim, zamiast przygotowywać się do egzaminów, zajmowałem się wydawaniem studenckiej gazety, zaprzyjaźniałem się ze starymi zecerami, którzy czcionki odlewali na antycznych niemieckich linotypach. W pewnym momencie bardzo mi się to przydało. W Polsce lat pięćdziesiątych produkowano czopki antykoncepcyjne, „Globulki Z”, były tak marnej jakości, że w temperaturze pokojowej zamieniały w kakao, które było ich bazą. Jedna z koleżanek studenckich, dużo od nas starsza, męża miała ginekologa, od którego dowiedziała się, że można zamówić w aptece globulki, które nie będą się rozpuszczać. Ale skąd bez pójścia do lekarza, wziąć receptę? Poszedłem z matką do jej przychodni nadciśnieniowej, a tam z szuflady zwędziłem plik recept. Ponieważ zamawianie pieczątek w sklepach było pod kontrolą cenzury, postanowiłem poprosić znajomego linotypistę, aby złożył mi z metalowych czcionek nazwisko: Józef Grudziński, Lek. Med. i związał to sznurkiem. Po odbiciu tych czcionek w tuszu powstawały rozprowadzane wśród studentów dziennikarstwa recepty ze składem chemicznym, który do dziś pamiętam: Acidi Lactici 0,3, Chinini 0.5 i coś tam jeszcze.

Na stacji Schaffhausen pokazuje Grażynie zdjęcie 26-letniego Bolka, mojego przyszłego ojca, który jesienią 1932 roku, jako świeżo upieczony absolwent Politechniki Warszawskiej, przyjechał tu na praktykę zawodową ze swoją ukochaną Bronką, moją przyszłą matką. Dla Bronki to szwajcarskie miasteczko było uosobieniem czystości, organizacji, perfekcji, zamożności i ludzkiej dobroci, bo frau, u której mieszkali traktowała młodą parę jak rodzinę. Świeżość szwajcarskiego mleka, jędrność mięsa szwajcarskich krówek, kolory jarzyn, soczystość owoców, i słodycz szwajcarskiej czekolady, to wszystko kojarzyło jej się ze Szwajcarią.

Przez wrota średniowiecznej baszty wchodzimy do miasteczka. Przyglądamy się przechodzącym kobietom, żeby zdecydować, jak mogła wyglądać ta krzątająca się w czystością lśniącym białym fartuchu z nieustającym uśmiechem właścicielka pensjonatu, która karmiła moich rodziców chrupiącymi bułeczkami i jajkami na miękko o nadzwyczajnej świeżości. Na rynku przysiadamy przy fontannie uwieńczonej rycerzem ze złotym mieczem. Młodzi chłopcy i dziewczyny, a nawet kilku wiekowych obywateli Schaffhausen, stoi nieruchomo w zarysowanych kredą na ziemi kwadratach, jedni noszą stare szwajcarskie mundury wojskowe, inni trzymają w rękach szczotki, grabie i łopaty, kilku nosi papierowe korony, a mały chłopiec ma na głowie kwadratowe pudełko, co rusz, ktoś w ciszy opuszcza pole, zostawiając na ziemi płaszcz lub łopatę, aż nagle wszyscy się rozchodzą, a wtedy dowiaduje się od lokalnego gapia, że skauci szwajcarscy co niedziele rozgrywają tu partie żywych szachów. Teraz rozumiem: chłopiec z pudelkiem na głowie był wieżą.

Rano budzę się ze snu. Moja matka umiera w szwajcarskiej klinice. Nad łóżkiem wisi wielki szwajcarski zegar, którego wskazówki odliczają minuty dzielące ja od tamtego świata, ta nowa technologia zegarowa, że szwajcarską dokładnością przewidywała koniec życia. Matka śpi w jedwabnej pościeli, trzymając mnie za rękę i od czasu do czasu otwierając oczy, pod którymi nie ma nawet zmarszczek, mówi mi, że śmierci się nie boi, bo życie ze mną miała wspaniałe.

Na przystanku tramwajowym w Bazylei czekamy na spóźnioną córkę.

— Musiałeś znów wyjść w ostatniej chwili, jeszcze tylko prysznic, jeszcze tylko coś napisać, żeby tylko się spóźnić. I tak przez całe życie, dlaczego?

— Potrzeba dramatu.

— Nie lubię tego.

Po zobaczeniu przewodniczki kolejowej, odbierającej z tramwaju parę ociemniałych i odprowadzającej ich na dworzec, pyta mnie Grażyna:

— A co będzie jak się nam coś stanie? Ty po ataku serca, ja sparaliżowana, do domu starców nie chcemy iść, prywatna pielęgniarka nas zrujnuje.

Kiedyś odwiedził nas w Miami Bartek i tak zapytał:

— Co ja mam zrobić jak wam się coś stanie?

— No właśnie — ożywiła się szlachcianka — trzeba o tym porozmawiać.

Na to ja: — Jak to co? Przylatuje Anya, wsadza nas w samolot i zawozi do Bazylei.

— Czy ty wiesz, ile kosztuje szwajcarska pielęgniarka? — pyta Grażyna.

— Nie wiem, ale zadzwońmy do Ani i zapytajmy.

Połączyliśmy się Skypem z Bazyleją.

Bartek: — Tati mówi, że do domu staruszkowego nie pójdą.

Anya: — I mają rację.

Bartek: —Tati mówi, że pojadą do Szwajcarii i ty się nimi zajmiesz.

Anya: — Hahaha.

Bartek: — Ale pozmawiajmy o tym poważnie, jak gdyby to była sprawa biznesowa, a nie uczuciowa.

Anya: — To nie jest żaden biznes, to wyłącznie sprawa uczuciowa.

Patrzymy na syna, któremu zrobiło się głupio.

— A ja? — pyta Bartek.

— Przeniesiesz się do Szwajcarii, odpowiada Anya.

Z Bazylei jedziemy na wycieczkę do Salzburga, miasta austriackiego, które żyje ze sławy genialnego muzyka. Słodycze pod nazwą Wolfgang Amadeus Mozart sprzedaje się tu w bombonierkach o kształtach skrzypiec lub fortepianów. Zerkając ze swojego pomnika na balkon najbliższej kawiarni, Mozart dodaje do każdego kubka kawy co najmniej 50%. W tych knajpach upijał się Mozart i dla uwielbiających go panien lekkiego prowadzenia improwizował skoczne melodie do tańca. Chińscy turyści, którzy fotografują wszystko, co się da, zamieniają się pozycjami przed domem Mozarta, a potem płacą 10 euro za wstęp do sypialni Wolfganga i zobaczenie jego fortepianu.

Nad miastem góruje XV-wieczna twierdza, a z niej widać miasto kościołów i klasztorów, założone przez pierwszego arcybiskupa Salzburga, a potem przez stulecia rządzone przez następnych arcybiskupów, wśród których jeden owiany jest legendą. Błogosławiony Wolf Dietrich von Raitenau rządził od roku 1587 i słynął z oddawania się uciechom seksualnym. Żydów i protestantów wygnał z miasta, ale, jak mówiło się w przedwojennej Polsce: „Precz z Żydami, Żydóweczki z nami”. Kochanek miał siedem, jedna z nich, Żydówka Salome, powiła mu dwanaścioro dzieci. Za swe chucie postawiony został błogosławiony przed sądem watykańskim i ostatnie trzy lata życia spędził w twierdzy, na pokucie. Oglądając pałace arcybiskupów i niekończące się posiadłości braci dominikanów, franciszkanów i kapucynów, których arcybiskupi ściągali ze świata, aby umacniać swoje panowanie, myśli się o tym, jak przy pomocy wiary, rodzą się władza i bogactwo, jak również o hipokryzji katolickiego celibatu, której żniwa do dziś zbiera Watykan.

Po miesiącu w Szwajcarii wychodzimy z domu na dworzec kolejowy w Bazylei, skąd odchodzi pociąg do Bordeaux.

— Mamy dużo czasu, może byśmy zamiast tą samą drogą co zawsze, doszli do dworca jakimiś innymi ulicami? Zobaczymy coś nowego — mówię szlachciance, na co ona:

— Znam te twoje pomysły, znów chcesz się zgubić.

Ja: — Jak skręcimy w lewo, to pokażę ci piękny dom art deco.

Ona: — Ale żeby więcej skrętów nie było.

Wracamy do głównej drogi. Ona, zgodnie z przepisami po prawej stronie chodnika, ja po lewej, tuż przy fasadach domów.

— Znów idziesz pod prąd — mówi szlachcianka, której wiele już razy tłumaczyłem, że jest to moje przyzwyczajenie z wojennego dzieciństwa; trzymając się blisko domów, łatwiej można było uciec z niemieckiej łapanki.

Cdn.

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Więcej w Wikipedii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.