01.08.2022

Od pewnego czasu publikuję na Facebooku swoje codzienne zapiski, cieszące się tam niejakim powodzeniem. Bezczelnie postanowiłem je Państwu udostępnić również i tutaj, mając nadzieję, że zdopinguje mnie to ostatecznie do systematycznej pracy. W ciągu całego długotrwałego życia próbowałem czegoś takiego wielokrotnie i zawsze mnie znudziło.
Może teraz. Czytajcie codziennie po południu.
31 sierpnia
Dał głos Duda. Niejaki Rymanowski (ujawnię, że nie należę do fanów tego żurnalisty, który – ku mojemu zdumieniu – dostał ostatnio od „Agory” niezłą fuchę w Zetce) go wywiadował u siebie. No i usłyszał, że „jak widać środowiska sędziowskie po prostu chcą władzy. To są środowiska, które właściwie nie są nigdzie w demokratyczny sposób wyłonione”.
Bo ma być tak: ein volk, ein Reich, ein Fuehrer. Wyroki sądów mają być takie, jakich sobie życzy Wuc; i to jest prawdziwa demokracja, czyż nie?
Zdumiewa, że Duda, który jakimś cudem jest doktorem prawa, ma takie pojęcie o praworządności. A może wcale nie zdumiewa? Może gdyby miał inne, to by go Wuc nie nominował?
Nowa Izba Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego uchyliła immunitet sędzi sądu rejonowego w sprawie dotyczącej spowodowania wypadku drogowego. Jest to pierwsza decyzja uchylająca immunitet sędziowski, która zapadła w powstałej w lipcu Izbie. I na pierwszy rzut oka – nie ma się czego uczepić: przewinienie oskarżonej sędzi bezdyskusyjne, orzeczenie prawidłowe.
Ale w gruncie rzeczy to jest tylko cwany test. W prowizorycznym składzie Izby zasiadają bowiem neosędziowie; tym samym jest ona w całości nielegalna (jako że jajeczko nie może być częściowo śmierdzące, prawda?). Jeśli więc zaakceptuje się ten werdykt, to tym samym uzna się legalność całej Izby. Miejmy pewność, że mądrzy i doświadczeni prawnicy dostrzegą pułapkę. Za chude mają chyba uszy te pisuary.
„Nie ze mną te numery, Brunner”.
Jeśli kiedyś ktoś zechce napisać podręcznik włazidupstwa i wazeliniarstwa, to przykładów w naszym życiu politycznym znajdzie od wielkiego groma. Jednym z fajniejszych patentów był do niedawna jakiś „laur”, tytuł „Człowieka roku” albo „Człowieka czegoś tam”. Wśród niesłychanie dziś licznych stosownych rekwizytów mamy też np. „Złotą kamerę” nieprzesadnie popularnej telewizji wPolsce.pl, jeszcze jednego organu braci Kremlowskich (swoją drogą, z taką liczbą organów to do cyrku albo jakiegoś muzeum osobliwości). No i ostatnio laureatką owej „Złotej kamery” została niejaka Marlena Maląg, podobno ministerka rodziny, pracy i polityki społecznej, która – cytuję inny organ owych braci – „nie kryła wzruszenia odbierając nagrodę”.
Bardzo fajnie. Proponuję jednak wydać jakiś urzędowy katalog tych rekwizytów, tytułów i osób wyróżnionych, bo zaraz nam się wszystko popieprzy i zupełnie nie będzie wiadomo na przykład, czy kolejnego Grand Kutasa nie dajemy komuś po raz siódmy…
A w ogóle może prościej przywrócić tytuły książęce, hrabiowskie itp.? W końcu byłoby to godne nawiązanie do dawnych tradycji. Niezłym pomysłem jest też chyba umundurowanie dostojników państwowych na wzór carski. Wszystko zmierza zresztą ku temu: admiralski mundur prezesa Wód Polskich jest tu doskonałym wzorcem.
A „ten” da wreszcie głos. W sobotę 3 września Kaczyński spotka się z mieszkańcami Nowego Targu – poinformowała w mediach społecznościowych posłanka PiS z okręgu nowosądeckiego Anna Paluch. No i osobiście tego nie skomentuję, udzielając głosu internautom, którzy w jednym ze wspomnianych organów braci napisali:
„Oby była transmisja live z tego objazdu (koniecznie na traktorach), bo coś czuję, że ten kabareton będzie lepszy od Neo-Nówki”.
Oraz „czy będą stroje ludowe i pytania z kartki ???”
30 sierpnia
No więc zdecydowanie idą w zaparte – tak w związku z tzw. podręcznikiem Roszkowskiego, jak i w sprawie Odry i zaistniałej katastrofy ekologicznej.
W sprawie s(HiT)-u mamy ruch, którego celem jest zapewne chronienie nakładu przed przemiałem: ma być dostępny w placówkach pocztowych tuż obok rozmaitych książek kucharskich siostry Parazyty i wspomnień „żołnierzy niezłomnych” o bogobojnym rżnięciu komuchów. Złudna to nadzieja, jak sądzę: jeśli – w co nie wątpię – znakomita większość nauczycieli odmówi konsumowania tego nieświeżego jajeczka, to i Poczta Polska nie pomoże. Ogniste zachęty pana marszałka Terleckiego, aby ten śmieć kupować, spotkały się – nawet w forach dyskusyjnych prawicy, ku mojemu radosnemu zdumieniu – z reakcją typu „naćpał się dziad butaprenu, to mu się wszystko podoba”…
Gdy chodzi o Odrę, to coraz wyraźniej rysuje się w propagandzie linia „katastrofy naturalnej” (że niby Odra i jej ryby po prostu tak mają…) ale wzmacniana „winą Niemców”. Pani Moskwa (swoją drogą, mieć dziś takie nazwisko to pech…) pojechała nawet po bandzie i na wspólnej konferencji z ministrą niemiecką, która wskazała na rolę człowieka w spowodowaniu katastrofy na Odrze, ogłosiła, że dziś zbieramy żniwo złego uregulowania Odry w XIX wieku przez … Niemców właśnie. No faktycznie, wtedy tam Polaków zbyt wielu nie było, ale teza jest mimo to śmiała.
Ale mogło być inaczej. Patridioci wiedzą wszak wszystko. Jeden z nich wymulił z siebie taki tekst (zachowuję w oryginale, z autentyczną składnią i pisownią): „W RFN było duże śnięcie ryb w rzekach więc po cichu zebrali wywiezli do Polski by utylityzowac w Odrze. W ten sposób dotarła alga złota do Odry wraz z tymi rybami.Skad by tyło w Odrze tyle tys ton ryb”.
No i sprawa jasna. A myśmy się kiedyś śmieli z Waszczykowskiego i jego odkryć geograficznych!
Wspomnicie moje słowa: jeszcze się doczekamy Narodowej i Przenajświętszej Matematyki w szkołach. Pojawi się zapewne m.in. nowy sposób dowodzenia twierdzeń przez objawienie; nie mówiąc już o zadaniach tekstowych z arytmetyki, w których będziemy głównie liczyć skarpetki Jana Pawła dostępne jako relikwie.
Chociaż może przed wyborami już nie zdążą.
Mały zły nadal nabiera oddechu. Coraz bardziej jestem jednak pewien, że niebawem grzmotnie z obu rur. Stawiam na miesięcznicę.
29 sierpnia
Zacznę od dobrej wiadomości: ruszyło.
A było tak: wszystko zaczęło mulić, jak głupie. Co chwila musiałem uruchamiać menadżer zadań i coś tam usuwać z pamięci. W końcu diabli mnie wzięli i postanowiłem przeinstalować system. To łatwe: wybiera się jedną z dostępnych opcji (ja wybrałem instalację pełną z usunięciem wszystkich plików) i wio; cała reszta powinna przez kilkadziesiąt minut zrobić się sama.
Tylko że niekoniecznie.
Pokazały się gładko wszystkie niezbędne ekrany i na końcu … mój stary panel logowania zażądał podania PIN, choć nie powinien – bo przecież komputer miał o mnie zapomnieć.
No i oczywiście zapomniał: po podaniu tych cyferek odparł, że mu się nie podobam. Innej możliwości działania nie podpowiedział.
No ale nie ze mną takie numery. Uruchomiłem tryb awaryjny (trzeba sobie przypomnieć, kiedy i jakie klawisze nacisnąć; na wszelki wypadek: na ekranie logowania wybrać opcję „uruchom ponownie”, trzymając wciśnięty shift…) i – zgodnie z instrukcją po ukazaniu się czterech możliwości trzeba wybrać jedną wskazaną. Fajnie, tak zrobiłem … i komputer wpadł w pętlę. Łaził w niej ponad godzinę, co mnie nieco znudziło.
Więc wlazłem w tryb awaryjny ponownie i tym razem – „na pałę” wybrałem zupełnie inną opcję niż zalecana. Pomyślałem – a co mi tam? W najgorszym razie będzie nadal kicha.
Ale tym razem … właśnie zaskoczyło, choć teoretycznie nie miało prawa. Mimo że dysk miał być zryty do zera – wszystkie parametry logowania odtworzyły się poprawnie (chociaż miało ich w ogóle już nie być…), doinstalowałem co trzeba, zrobiłem dzisiejszą porcję materiałów dla „Studia Opinii” i melduję się niniejszym w tym miejscu, czekając na burnyje apłodismenty.
I cokolwiek strzykając żółcią w kierunku siedziby firmy Microsoft.
Cóśkolwiek szanowne państwo ma w swoim softwarze pochrzanione. I podejrzewam, że wiem, co było za te głupoty odpowiedzialne: najpewniej jedna z wtyczek do przeglądarki Edge lub Chrome jest skopana. Jeszcze nie wiem, która – i prawdę mówiąc, nie wiem, czy mi się chce wiedzieć.
No i eodem modo nie miałem specjalnie czasu, by się wczytywać w informacje polityczne dogłębnie.
Rzut oka pobieżny przekonuje mnie jednak, że „oni” dziś jeszcze – wyjątkowo – nie palnęli jakiejś nadzwyczajnej głupoty; z pomniejszych rzeczy lekko mnie rozbawiła tylko mowa Krzywoustego do Macrona, w której z wielką zręcznością dyplomatyczną wspomniał o sankcjach, jakimi obłożono Rosję i Polskę. W związku z tym nie było jasne, w której sprawie jest za a w której przeciw – bo nie śmiem przypuszczać, że do obu kompletów kar ma stosunek identyczny; byłoby to cokolwiek schizofreniczne, nie sądzicie?
Na małego nadal czekam. Jego niepowtarzalny szarm i szyk budzi mnie nocną tęsknotą. Nie wiem tylko czemu sąsiedzi pytają, czy się dobrze czuję, bo podobno krzyczę po nocach…
28 sierpnia
Firma informuje, że dziś – a kto wie, czy nie przez kilka następnych dni – żółć będzie upuszczana głównie prywatnie i domowo z powodu awarii głównego komputera. Ten zastępczy laptop jest … no, jaki jest. Mówiąc krótko, szlag mnie trafi jak on będzie się tak grzebał – ale na starość (tak człowieka, jak maszyny) rady na razie nie ma.
To znaczy nauka nie ma, bo taki pan Morawiecki na ten przykład z pewnością i w tej kwestii wykazałby się fontanną optymizmu i zapewne powierzył rozwiązanie problemu panu Sasinowi albo komuś równie kompetentnemu. Za co serdecznie dziękuję, ale wolę sam. Choć nurkowanie pod biurkiem i manipulacje kablami i zasilaczami to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Więc tylko jeszcze odnotuję dla porządku, że ten niewielki wzrostem ale ogromnie naładowany złością do całego świata i zachwytem nad własnym umysłem pan o nazwisku na literę K. nadal się nie ujawnia. Co zaczyna mnie mocno zastanawiać.
27 sierpnia
Zacznę od wyznania osobistej słabości: jestem strasznym mieszczuchem. Nie lubię wsi, nie rozumiem wiejskiej mentalności, nigdy na wsi nie mieszkałem. Nie, przepraszam: w roku 1954 spędziłem na wsi dwa tygodnie na studenckich brygadach żniwnych. Taki był obowiązek, więc – cierpiąc mocno – jakoś przetrwałem. Nawet się jako tako nauczyłem w tym naszym pegieerze jeździć konno. Co mi się zresztą ani nie spodobało, ani do niczego w życiu nie przydało; nigdy potem do konia nawet nie podszedłem.
Poza tym tematyka wiejska podobnie jak w ogóle gospodarcza, po prostu mnie nudzi. Trudno, nikt nie jest doskonały.
No i teraz będzie dwakroć o tym właśnie czego nie lubię.
Najpierw – kolejna katastrofa. I to poważna: wstrzymano w Polsce produkcję nawozów azotowych i, co gorsza, dwutlenku węgla. Nie będę wchodził w szczegóły; odsyłam do świetnego tekstu Joanny Solskiej w witrynie „Polityki”. W wielkim skrócie: choć decyzja ta z punktu widzenia producenta jest zapewne zasadna ekonomicznie, to oznacza w ciągu kilku dosłownie dni całkowite załamanie rynku żywnościowego i brak jedzenia. Ktoś ewidentnie nie ma pojęcia o takich sprawach jak łańcuchy dostaw w przemyśle spożywczym i technologia produkcji żywności.
Mnie wolno nie mieć o tym pojęcia.
Odpowiedzialnym za to członkom rządu – nie wolno.
A są to co najmniej trzy ważne osoby: Morawiecki, Sasin i Kowalczyk wraz z całym ministerstwem rolnictwa. Premier i dwaj wicepremierzy, którzy najwyraźniej budzą się z ręką w nocniku. I jeden z najważniejszych urzędów; kolejny, który się okazuje kadrowym śmietnikiem.
Polityka kadrowa kaczystów – w całej rozciągłości. „Nie korzystamy z ekspertów – powiedział podobno ichni niedorzecznik – bo nie chcą realizować naszego programu”. A u nich decyduje ślepe posłuszeństwo i lojalność; kwalifikacje to dobre dla tych cholernych jajogłowych. No i mamy pasztet.
To jest naprawdę śmiertelnie poważna sprawa. I jeśli nawet uda im się to na kogoś zwalić (oczywiście, okaże się, że 10 lat temu coś zachachmęcił Tusk z postkomunistami, tak przynajmniej rzecz opiszą „paskowi” od Kurskiego…), to wybrnąć z tej sytuacji będzie skrajnie trudno. Twarzy panowie w każdym razie już nie mają; inna rzecz – ileż razy można ją tracić?
Na dodatek mamy godny najwyższej pogardy incydent z wysokim urzędnikiem wspomnianego ministerium, który najwyraźniej nie rozumie – jak większość z nich – co mu wolno i wypada, a co nie. Otwartym tekstem: wolno mu się ożenić, nie wolno mu reklamować firmy, która działa w jego resorcie; choćby mu nawet bezpośrednio nie podlegała. I nie wolno mu przyjmować prezentów za półtorej dużej bańki nawet od brata bez zapłacenia podatku. Nie wypada natomiast urządzać weseliska godnego (finansowo, bo przecież nie prostackim nowobogackim wystrojem i przebiegiem) księcia Edynburga. Nawet jeśli ma na to wszystko legalną kasę.
Ciekawe: co o tym wszystkim nam powie (jeśli w ogóle coś powie) Kaczyński? Myślę, że nic dokładnie: musiałby bowiem posypać choć trochę łeb popiołem; a to przecież nie on. A poza tym tego się w żaden sposób nie da obronić. Stawiam więc na to, że znowu odpali nam jakiegoś wroga; tylko kogo tym razem (poza naturalnym zupełnie, prawda, Tuskiem)?
Kiedyś byłem świadkiem, jak pewien starszy pan, zniesmaczony maksymalnie potokiem bluzgów, wychodzących z ust jakiegoś menela powiedział „Przestań pan tak ciskać kurwami, bo za chwilę będziesz pan musiał użyć własnej mamusi”.
Właśnie.
https://www.polityka.pl/…/2179116,1,za-kilka-dni-moze…
26 sierpnia
Dziś wydarzenia „z życia sfer”. Tak chyba jeszcze przed wojną tytułowano kroniki towarzyskie poświęcone osobom tzw. wysoko urodzonym. Dziś zapewne trzeba by zakres takiej rubryki rozszerzyć o celebrytów i różnych „influencerów”, zaś stosownych kronik szukać w różnych „Pudelkach” i „Plejadach”.
Różnica między dawnymi a nowymi czasy jest jednak także taka, że wówczas tematem dla prasy było niewłaściwe dobranie muchy do smokinga przez jakiegoś barona, dziś zaś dama musi co najmniej pokazać niezbyt czystą intymną garderobę zaś dżentelmen … bo ja wiem, czy dżentelmeni jeszcze istnieją?
Więc Polska ma dziś dwa wydarzenia w „sferach”.
Jednym jest afera, wywołana przez pewnego prezentera telewizyjnego, który obiecał różnym swoim znanym znajomym, że powyciąga na światło dzienne ich rozmaite sekrety – a to z tej przyczyny, że ktoś uznał, że nie jest on Wielkim Aktorem (o ile dobrze rozumiem powód). No i zainaugurowana przez owego pana wymiana zdań, specjalnie zaś jego własne wypowiedzi raczej nie nadaje się do publicznego cytowania in extenso ze względów obyczajowych – ale rozwija się w mediach bardzo intensywnie i nawet narasta.
Zaś pan prezes Jacek Kurski – i to jest dopiero śliczne – odciął się zgrabnie od afery, ograniczając się do stwierdzenia, że to są „sprawy prywatne”, no i celebryci tak podobno mają z natury.
Śledzę tę sprawę z mieszaniną rozbawienia z obrzydzeniem i chichoczę wewnętrznie na myśl co by się działo, gdyby na miejscu Kurskiego był słynny Maciej Szczepański a samo wydarzenie nastąpiło w czasach „słusznie minionych”. Wiem co mówię: pierze z bohatera leciałoby na krańce Polski. Bo choć sam MS nie był nijak purytaninem, to dobre imię „firmy” było u niego wysoko w hierarchii wartości.
Druga sprawa jest daleko bardziej poważna, choć zawiera również elementy komiczne. Pisze o niej oko.press i tam państwa odsyłam po szczegóły. Z grubsza rzecz ma się tak: pewien ważny ksiądz (ważny, bo sam „szlachetnego” herbowego rodu, ale i oficjalny kapelan polskich ziemian) skrzywdził niegdyś w wiadomy sposób pewnego chłopca, powierzonego swej opiece. Wydało się i nastąpił proces; sąd zaś do tego stopnia nie miał wątpliwości co do winy katabasa, że wymierzył bardzo surową karę, znacznie przekraczającą wniosek prokuratora: m.in. 3 lata paki „bez zawiasów”.
Wyrok jest jednak nieprawomocny. A księżulo ma przyjaciół. Arystokratów z najwyższej półki i z ważnymi powiązaniami z miłościwie nam panującą władzą. Oraz ludzi z „Ordo Iuris”. Związany z tą organizacją adwokat wnosi apelację. Żąda uniewinnienia: główny świadek i w jednej osobie pokrzywdzony chłopak … zwlekał z ujawnieniem przestępstwa 5 lat, na rozprawie zaś okazał niestabilność psychiczną. Czyli się rozpłakał.
W całej tej sprawie zabawne – choć właściwiej byłoby powiedzieć: godne szyderstwa i obrzydliwe – jest tylko jedno: ta solidarność wysoko urodzonych, tych wszystkich „książąt” i „hrabiów” (nazwiska w oko.press) oraz ich powiązania z dzisiejszą władzą, wydawałoby się od nich najdalszą, także genetycznie. Taki paradoks: sojusz pałacu z czworakami i oborą.
Chociaż bo ja wiem? Może to wcale nie paradoks?
A mały zły człowiek nadal siedzi w dziurze. Zaczyna mi już brakować tej jego improwizowanej nowoczesnej prozy, tych jego mów strzelistych i przenośni z nóg powalających oraz wymyślnych efektów dźwiękowych, jakimi wszystko okrasza. Może da głos na rocznicę Sierpnia i znów nam dostarczy jakichś rewelacji historycznych o swojej i brata sprawczości dziejowej?
25 sierpnia
Zacznę dziś od (uprzedzam: kontrowersyjnego!) upustu w sprawie bez znaczenia, choć dla mnie dość ważnej i irytującej. Mianowicie: czy zwróciliście uwagę jak ONI się ruszają, jak gestykulują, jak chodzą?
Modelowy jest Orban, u którego widać to w całej krasie. Chód na rozstawionych nogach, prostackie kolebanie prawo-lewo, absolutna nieumiejętność ułożenia głowy i szyi przy witaniu kogoś. U nas takim egzemplarzem jest przede wszystkim Ziobro, ale cała reszta – z tym małym włącznie – różni się od niego bardzo mało. Maniery z obory.
Nie ma to jednak nic wspólnego (lub: bardzo niewiele) z pochodzeniem społecznym czy środowiskiem, w których człowiek się wychował: spójrzcie na Wałęsę. Różne rzeczy można o nim powiedzieć niekoniecznie pełne uwielbienia, ale w ruchu jest idealny. Jego schylenie głowy przed królową Elżbietą czy Wojciechem Jaruzelskim było bezbłędne, pełne szacunku ale i własnej godności. No i gdy był młody – chodził jak sprężyna. Cienia łajzy nie było nigdy w tym człowieku.
Zwróćcie na to uwagę, proszę. To naprawdę sporo mówi. Może nie są to – powtórzę – rzeczy jakoś specjalnie ważne, ale gdybym miał wypadkiem znaleźć się w pobliżu któregoś z tych fagasów, obawiałbym się, że czknie mi w nos wczorajszą kolacją, puści bąka albo zacznie wydłubywać sobie gluty z nosa. A ja za tym jakoś nie przepadam.
Na szczęście mnie to już absolutnie nie zagraża, ale przed wami, drodzy czytelnicy – wszystkie możliwości są niestety otwarte, więc bądźcie czujni.
Drugie kontrowersyjne spojrzenie na dzisiejszy świat. Proszę, doczytajcie ten fragment do końca, bo na początku cholera wami bez wątpienia zatrzęsie; może na koniec wam jednak przejdzie.
Chodzi mi o robiącą ostatnio szaloną karierę medialną wypowiedź europosła i profesora – pana Krasnodębskiego. Przypomnę: rzekł ów mąż uczony, że „zagrożenie dla naszej suwerenności ze strony Zachodu jest większe niż ze strony Wschodu”.
Co wywołało atak furii u wielu świetnych i sympatycznych ludzi.
Tymczasem ja … zgadzam się z panem Krasnodębskim. Ma rację!
Tylko to JEGO Polska jest właśnie z tej strony bardziej zagrożona.
Bo wszystko się zaczyna i kończy od modelu Polski, jaki uważamy za pożądany. I tak, faktycznie: autorytarna, niedemokratyczna, zapyziała, ciemna, bigoteryjna Polska jest bez wątpienia bardziej zagrożona w istnieniu przez ów mityczny Zachód, niż przez Wschód. Bo ów Wschód (czy raczej to, co pod tym słowem rozumie ów pan profesor) jest z grubsza właśnie taki: ciemny, zaściankowy, talibski. Więc witam to zagrożenie z radością. I życzę tym wrażym zachodnim siłom sukcesu.
Coś bardzo śmiesznego. Niejaka Jadźka Emilewicz, była wicepremierka, odnalazła się … w radzie Teatru Muzycznego w Poznaniu. Oczekuję tedy z niecierpliwością na powołanie Ziobry na wiceprezesa Akademii Kopernikańskiej, jaką montuje Czarnek, zaś panny Pawłowicz na koncertmistrza orkiestry kościelnej w Górce Dolnej. Poza wszystkim będzie to oznaczało, że przestaną straszyć gdzie indziej.
A z tego małego złego i niechlujnego chętnie zrobiłbym kosmonautę. Może nawet byłoby nieźle zrobić go pierwszym człowiekiem na Marsie? Przeszedłby w końcu do historii, przecież o tym właśnie marzy…
24 sierpnia
Franciszek – ten irytujący staruszek z Rzymu – kompromituje siebie i swoją instytucję coraz bardziej. – Myślę o tej biednej dziewczynie, wysadzonej w powietrze z powodu bomby pod siedzeniem samochodu w Moskwie – powiedział podczas audiencji generalnej. Odniósł się w ten sposób do śmierci Darii Duginy. Niewinni płacą za wojnę, niewinni! Pomyślmy o tej rzeczywistości i powiedzmy sobie: wojna to szaleństwo – mówił.
Nieźle się zapowiadał. Budził w wielu nadzieję, że myśli. Miał uosabiać „kościół otwarty”. Okazuje się – otwarty, zamknięty – jedna cholera. Ja tam nigdy w tej sprawie nie miałem wątpliwości. Odkąd pojąłem tabliczkę mnożenia, czyli dość dawno.
Dosłownie tak powiedziano (podobno – wiadomość z drugiej ręki, w gówno nosa dobrowolnie nie pcham) w TVP: „Dziś z rządu popłynęły SAME DOBRE INFORMACJE. Podwyżka za ogrzewanie i ciepłą wodę dla odbiorców indywidualnych NIE BĘDZIE WYŻSZA NIŻ 40 PROCENT”. Faktycznie, same dobre. Przy zarobkach powyżej 20 tysi niemal nieodczuwalne.
Tymczasem puławskie Azoty wstrzymują produkcję bo gaz drożeje. Puławianom może być ciężko: to główny pracodawca. Ale nie tylko im: skończyły się możliwości przerzucania wzrostu cen gazu i tym samym wzrostu kosztów produkcji na rolników. Rolnicy na wiosnę nie kupią nawozów. Produkcja rolna w przyszłym roku jest zagrożona. A to tylko wycinek rzeczywistości – czytam. Bez mała połowa przemysłu jedzie na gazie. Wliczając łańcuchy dostaw – praktycznie cały.
Komentator powiada dosadnie: Ale spoko. Rząd uratuje wszystkich. Nadrukował kasy w chuj. I nie zawaha się jej użyć.
Sam bym tak powiedział, dlatego kradnę.
Parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej przeprowadzili 40 kontroli w instytucjach zaangażowanych w katastrofę na Odrze. Była transmisja ze stosownej konferencji prasowej. Była pierwsza od dawna, do której nie mam zastrzeżeń formalnych: kilkunastu mówców, po 3-4 trafiające w punkt zdania; bez ględzenia i banałów.
Właściwie wykonano na rządzie i całym kaczystowskim systemie na zimno egzekucję. Niby wszystko o ich kolesiostwie, partactwie, braku kwalifikacji, prostactwie i lepkich łapach od dawna wiemy; ale te informacje – choć bardzo w końcu specjalistyczne, bo dotyczące gospodarki wodnej – zebrane w jeden pakiet robiły wrażanie druzgocące.
Tylko że do jednej ósmej ćwierćinteligenta-suwerena ta wiedza – nawet podsunięta pod nos – nie dotrze. Więc pozostałe jedne ósme ćwierćinteligentów rządzących mogą spać spokojnie. Przynajmniej dopóki w wyrze suwerena powyżej zera i małpki w biedrze w zasięgu ręki.
A sprawie tego … no, wiecie – nadal cisza. Moja automatyczna przeglądarka głównych źródeł medialnych pokazuje jakieś nędzne nieaktualne wiadomości i cytaty sprzed kilku dni. Nima publicity, poszła się bujać. Nie dziwne: nie było ostatnio okazji do wygłoszenia żadnego kazania ani nawet do naplucia na kogoś. Inna sprawa, że takie okazje on sam stwarza. Ale widać wena nie dopisała. A może za mało pije i się odwodnił? W tym wieku to już wpływa także na jasność myśli…
23 sierpnia
1. Trzeszczy mi za plecami z telewizora Morawiecki. Jak słyszę tę ciągle śpiewaną przez niego piosenkę o „naszych poprzednikach”, to mi się zwyczajnie chce rzygać. Ilekroć to powie, mam ochotę wrzasnąć – a gdzie ty wtedy, palancie, byłeś? Komu doradzałeś, swojemu obecnemu właścicielowi, czy może komuś innemu? I wyrobił mi się odruch jak psu Pawłowa: gdy słyszę ten przesłodzony i przejąkany (do złotoustych ten pan nijak nie należy) słowotok, zaczyna mi piana spływać z pyska.
2. Usiłują przykryć Odrę dotacjami dla samorządów i rzekomą troską o ogrzanie nas w zimie. Coś mi się zdaje, że bez względu na klimat gorąco może się zrobić na ulicach za parę miesięcy niejako samoczynnie.
3. Czarnek wyraźnie spuszcza z tonu. Orzekł dziś, że przepisy prawa są jednoznaczne i mówią, że nauczyciel nie ma obowiązku stosowania tego czy innego podręcznika, a resort „dopuszcza podręczniki do używania, a nie nakazuje ich używanie”. Zaznaczył, że to nauczyciel decyduje, czy w ogóle korzysta z podręcznika, bo równie dobrze może korzystać ze swoich materiałów. Bąknął nawet, że coś mu się w arcydziele Roszkowskiego nie podoba: mianowicie, wymienianie nazw zespołów muzycznych w negatywnym kontekście…
Chyba daliśmy łajzie po uszach. Gdyby miał w sobie trochę pokory i instynktu samozachowawczego – podałby się do dymisji. Ale do czegoś takiego trzeba jeszcze jednego: klasy.
4. Coś dziwnego: Klub Jagielloński im. L. Kaczyńskiego … partnerem imprezy Trzaskowskiego, czyli „Campusu”. Przyznam, że niezupełnie to rozumiem, ale rzecz w sumie oceniam pozytywnie: jeśli nawet Jagiellończycy przyjadą z bronią maszynową i napalmem, to i tak na prawicy są spaleni i spopieleni. Zajrzyjcie do Sieci: już ich rozszarpali. Wygląda na to, że ktoś miał pomysł.
5. A para prezydencka zaprasza na Narodowe Czytanie „Ballad i romansów”. „Romantyzm to sama istota polskości, serce naszej kultury”. Impreza odbędzie się 3 września. Głowy propagandystów myślą, myślą … W upały mózg się lasuje, to i wymyślili, co wymyślili. Gdyby nie te wspomniane na wstępie mdłości, to może bym się nawet uśmiał.
O tym panu, co wiecie – dziś z ulgą ani słowa.
22 sierpnia
Dziś nie będzie specjalnego lania żółcią. Nie, żeby nie było powodów; wystarczy otworzyć na ten przykład TVP i już nie tylko żółć się leje, ale i scyzoryk w kieszeni samoczynnie otwiera. Ale po prostu: kiedyś – zwłaszcza w taki upał cholerny – trzeba sobie zrobić przyjemność w postaci poświęcenia większej ilości czasu na LB (leżenie bykiem, jeśli kto nie wie) oraz lektury; a trochę się zaległości nazbierało.
No, może jednak raz chlusnę. Druh Dworczyk, skądinąd znany z dość gruntownego studiowania historii, które mu zajęło lat 7, był łaskaw odnieść się ostatnio do afery z wyciekami maili z jego konta pocztowego. Przyjął ciekawą taktykę: niczego nie potwierdza, niczemu nie zaprzecza; mówi tylko, że „część materiałów publikowanych w różnych miejscach jest prawdziwa, część jest zmanipulowana, a część jest wprost fałszywa”. Ale całość jest publikowana z myślą o „destabilizacji państwa”…
No więc na skromność typas nie umrze z pewnością. Swoją drogą, ich wszystkich łatwość utożsamiania własnego interesu z interesem państwa (a nawet wręcz siebie samego z państwem) jest zdumiewająco bezczelna.
A w kwestii tych tekstów jedno jest pewne. Mianowicie, mając do dyspozycji silnie szyfrowaną i na różne sposoby zabezpieczoną kontrwywiadowczo pocztę rządową – pan druh i jego kumple wybierają potencjalnie znacznie mniej odporne na włam serwery firm prywatnych. Czy ktoś ma wątpliwości, że wolą, by wykwity ich intelektów były – być może – czytane przez hakerów, czy na pewno przez obsługujących „rządówkę” chłopaków Kamińskiego?
Nie ma to, jak zaufanie swoich do swoich.
Swoją drogą ciekawe, czy ten nieduży niechlujny dostaje co rano wyciągi z podsłuchów własnych ludzi i raporty z ich zachowań? Z jednej strony by mnie to nie zdziwiło, z drugiej jednak uważam tego faceta za takiego lenia (m.in. dlatego, że innych z lubością o to właśnie oskarża), że może mu się nie chcieć. Co byłoby o tyle zasadne, że on z pewnością wie, z kim pracuje. W końcu sam typów dobiera.
No i jednak trochę strzyknąłem. Ech te przyzwyczajenia…
21 sierpnia
No to będzie pasztet, w dodatku mocno drugiej świeżości. Przygotowywany do publikacji 1 września raport o stratach Polski w wyniku działań niemieckich w czasie II Wojny, mający stanowić podstawę do zgłaszania jakichś roszczeń odszkodowawczych, zawiera coś, co absolutnie bez wątpliwości wywoła smrodliwy skandal międzynarodowy. I co spowodowało zwolnienie ze stanowiska szefa Instytutu Strat Wojennych prof. Bogdana Musiała, który zgłosił zastrzeżenia merytoryczne do przygotowanego tekstu i został natychmiast wywalony. W raporcie m.in. nie zostało zawarte rozgraniczenie dotyczące morderstw na Polakach oraz polskich obywatelach pochodzenia żydowskiego – opowiada jeden z informatorów dziennikarzy, którzy sprawę upublicznili. – Jeśli raport zostanie zaprezentowany w ten sposób, będziemy mieli aferę podobną do tej z ustawą o IPN dodaje ponoć. A rzecz całą ujawniają źródła bynajmniej nie opozycyjne: Salon24 i DoRzeczy.
Jeszcze nam tego było trzeba. Jednak deficytu komórek mózgowych nie da się nijak nareperować: bałwan pozostanie bałwanem i niczego się nie nauczy.
Druga ciekawostka jest taka. Pewien dziennikarz TVN nazwał jednego z głównych „publicystów” prawicy, Samuela Pereirę „półpolakiem”, bo ma on silne korzenie portugalskie. Wybuchła dzika awantura; m.in. w obronę oficjalnie wzięło Pereirę Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Kto ma obywatelstwo polskie – ten ci jest Polak i szlus; a wypominanie Pereirze tatusia to rasizm i nacjonalizm.
Jak ładnie! Doprawdy – jestem zachwycony. Rozumiem, że oznacza to, że nazywanie jednego znanego pana Niemcem i wytykanie mu dziadka z Wehrmachtu – to już coś zupełnie nieaktualnego i nigdy w instytucji zatrudniającej dzielnego Samuela już się nie zdarzy, podobnie jak grzebanie w rozporkach niemiłych nam polityków i żądania wykazania się świadectwem chrztu od czterech pokoleń. Bo to chamstwo, nacjonalizm i te takie różne paskudztwa. Prawda?
Jak to było powiedziane? Chyba coś tak: po przyjaciołach ich poznacie je… No i poznajmy bliżej Akademicki Klub Obywatelski im. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu. Opublikował on stanowisko w sprawie tzw. podręcznika tzw. profesora Roszkowskiego do nauczania (s)HiT-u. Klub stwierdza, że „zarzuty typu, że »za dużo mówi się o roli Kościoła« lub niepotrzebnie wspomina się o katastrofie smoleńskiej jako »największej tragedii, jaka spotkała naród polski po II wojnie światowej«, są dowodem zacietrzewienia ideologicznego i partyjnego tych, którzy wypowiadają tego typu opinie”.
No i już wiemy, co mamy myśleć o rzeczonym Klubie. Zresztą nie jest to rewelacyjnie nowe myślenie, przynajmniej w moim wypadku. Albowiem wszystko, co ma w jakimś odwołaniu nazwisko tego małego eleganta, choćby nie jego osobiście dotyczyło, jest…
Właśnie.
20 sierpnia
Króciutko i węzłowiatowiuteńko, bo nadupał. Po pierwsze, w sprawie zgrozy, jaką wzbudziła w prawodziadersach hasająca pani premier Finlandii: młoda kobieta ma prawo pić co chce i tańczyć z kim chce bez wstawiania żadnej miarki między brzuszkiem swoim i partnera. Co więcej, może pójść do łóżka z kim chce i jak chce, jeśli jej się tak podoba – nawet będąc zaobrączkowaną. Żadne seks-prawo jazdy nie istnieje. Status premiera też tego nie zakazuje. Nie ma prawa natomiast nikogo mobbingować ani molestować. A tego właśnie – zdaje się – nie robi. W związku z czym dyskusję w tej sprawie uznaję za zakończoną i uprzejmie proszę nie pieprzyć więcej. Aha: jeśli ktoś chce funkcjonować w kwestii zabawy inaczej, niż pani premier – też mu wolno. Choć współczuję.
Po drugie: straszny oburz na Tuska, że myśli z lekką zgrozą o możliwości znalezienia się ponownie na Wiejskiej z uwagi na marne towarzystwo wybrańców narodu. Oświadczam, że go w pełni rozumi
