20.08.2022

Pradziadek mojej szlachcianki, podpułkownik armii carskiej, Bartłomiej Jankowski, zesłaniec na Syberię po Powstaniu Styczniowym roku 1863, ożenił się z Eweliną Okołów, której córka, też Ewelina, wyszła za mąż za szlachcica spod Mińska, Bułhaka. Jej córka Maria wyszła za Janiszewskiego a ich córka – za Jeśmana – i tak urodziła się Grażyna Smużyńska-Jeśman, dziś architektka w Gdyni, która przysłała nam pisany w latach 1886-1908 pamiętnik swojej babci Marii Janiszewskiej-Bułhak o jej dzieciństwie i młodości w Moskwie i Petersburgu, o tym, jak polska szlachta kresowa adaptowała się w świecie carskiego okupanta.
Zamieszczam część drugą..

W roku 1896 straszna katastrofa wstrząsnęła Rosją. Stało się to podczas koronacji cara Mikołaja II, który wstępował na tron po śmierci ojca, Aleksandra III. Uroczystość odbywała się na Kremlu. Zjechał cały dwór z młodą parą cesarską, ogłoszono, że będą rozdawane prezenty. Tego tylko jeszcze brakowało, żeby wypełnić Moskwę po brzegi. Za każde okno, nawet dach, płacono każdą sumę. Na wielkim polu rozdawano chustki na głowy, talerze i kubki fajansowe ozdobione portretami cesarskiej pary, torebki słodyczy, jabłek i orzechów. Tłumy waliły bez końca. Ludzie zaczęli się dusić, padali do dołów, z których nie mogli się wydostać. Nasza niania Nastazja dostała biały kubek, worek jabłek, pierników i cukierków i do domu wróciła ledwo żywa. Opowiadała nam jak rozpaczała pewna dziewczyna: „Jestem jedyną córką bogatego kupca, wyjdę za mąż za tego, kto mnie wyratuje i oddam cały majątek”. Przedarł się do niej silny chłop, dusząc i gniotąc innych, posadził ją sobie na plecach i tak z nią szedł. Poniewczasie zabrano się do zasypania dołów, w których zginęło tysiące ludzi. Gdy doniesiono o tym nieszczęściu młodej parze cesarskiej, oboje płakali.
1898. Przyjaciel Papy, Jan Deybel, administrator w dobrach hrabiego Szeremietiewa w Moskwie, awansował na kierownika jego biura w Petersburgu i w nowym otoczeniu chciał mieć zaufanego przyjaciela. Rodzice przywykli do Moskwy, mieli tu swój mały światek, ciągle ktoś ze wsi zajeżdżał. Długo się wahali, ale końcu postanowili się przenieść. W Petersburgu Papo zaprowadził nas do gimnazjum, które okazało się zwykłą 2-piętrową kamienicą, niedającą się porównać z wytwornym gimnazjum moskiewskim. Przełożona była wprawdzie wielką damą, a dyrektor miał przyjemną, czerstwą twarz, ale damy klasowe ani się umywały do strojnych pań z moskiewskiej szkoły, wyglądały bardzo pospolicie w granatowych sukniach i mówiły tylko po rosyjsku. W mojej klasie niektóre dziewczynki były z zamożniejszych domów, przeważnie jednak z biednych rodzin, z cudzoziemek, oprócz mnie były jeszcze Żydówka Bergman i Niemka Wichtenstein.
Z francuskiego byłam najlepsza, Niemiec też mnie wyróżniał. Drogi Papeczko zachęcał mnie do rysowania. Kupował w najlepszym gatunku ołówki i farby, a zwłaszcza karty bristolu ze złoconymi brzeżkami, które ja, po wykonaniu rysunku, powlekałam przeźroczystym płynem. W każdą sobotę, podpisując nasze dzienniczki, Papa wypłacał nam za każdą piątkę 20 kopiejek a za czwórkę 10 kopiejek.. Władeczek chodził do wstępnej klasy, a gdy przeszedł pomyślnie do pierwszej, ubrany był w obowiązujący w gimnazjum mundurek ze srebrnymi galonami i guzikami i czapkę granatową z galonami i cyfrą szkoły, a na co dzień w czarną ze specjalnego sukna bluzę i długie spodnie. Patrzyłyśmy na małego eleganta z szacunkiem i dumą.
Nasze mieszkanie było większe i bardziej komfortowe, bo z ładną łazienką z wysokim kotłem. W Moskwie Mama, bona, niania i nas czworo maszerowaliśmy do publicznej łaźni. Schodziliśmy do wielkiej sali z długimi, krytymi czerwonym aksamitem kanapami. Tam na wybranym miejscu rozbieraliśmy się do naga i przechodziliśmy do sąsiedniego pokoju z wodą i prysznicem. Siadano na drewnianych ławkach, podłoga była ogrzana, cementowa ze ściekami. Brano wodę do małych drewnianych wiaderek. Szorowano delikwenta mydłem, gąbkami różnego rodzaju i oblewano ciepłą wodą. Gdy wszyscy już byli wykąpani, wracaliśmy okryci prześcieradłami do sali i tam prędko przebierano nas w czystą bieliznę.
W październiku roku 1900 urodziła się nam siostrzyczka. Była ode mnie o 14 lat młodsza. Nosiłam ją na rękach, nosił ją i Władzio, bardzo zręcznie jak na małego chłopca. Na imię miała Janina, ale nazywaliśmy ją Milusią, w spieszczeniu Lusią. Każdy krok budził zachwyt, każde nowe słowo napełniało nas dumą i radością. Bez wysiłku uczyła się czytania i pisania po polsku i po niemiecku, a potem po rosyjsku.
Witia Gucznow, z sąsiedniego domu, był moim pierwszym wielbicielem, może o rok starszym ode mnie. Przez całą zimę flirtowaliśmy, doszło nawet do wymiany prezentów: on mi ofiarował srebrny pierścionek z napisem po rosyjsku, a ja jemu dałam srebrny medalionik z turkusem. Gdyśmy się, żegnali przed wyjazdem na wieś, Witia poprosił: „A teraz przed rozstaniem musimy się pocałować”.
Odmówiłam, pamiętając o tym, że chcę wyjść mąż za poznanego kiedyś na wsi Henryka Janiszewskiego i że nie wypada mi z kim innym się całować.
Latem, do rodziny Bułhaków w Natalewsku, wyjeżdżaliśmy z Petersburga po kolacji o 8 wieczorem, jak tylko pożegnaliśmy się z Papem. W pociągu zajmowaliśmy półtora przedziału, mieliśmy „platzkarty” na miejsca do leżenia, po 4 w każdym przedziale. Na twardych szerokich ławkach III klasy spaliśmy aż do rana. Na każdej większej stacji, gdzie pociąg stanął na dłużej, bona wychodziła do bufetu i brała pełny, duży imbryk gorącej wody. Z koszów wydobywano zapasy jedzenia, nalewano herbatę do kubków i żwawo zabieraliśmy się do śniadania. O 10 rano dojeżdżaliśmy do Wilejki, gdzie mieliśmy przesiadkę do Mińska. Petersburg żegnaliśmy w końcu wiosny, a tu już było lato, bez przekwitł, przekwitły kasztany i akacje. Do ostatniej stacji dojeżdżało się pod wieczór. Furman pakował nasze kufry na wóz, a my wsiadaliśmy do powozu z budą, którą można było się zakryć w razie deszczu. Jechało się traktem Ihumeńskim, z obu stron wysadzanym rzędami starych brzóz. Tędy przed laty maszerowała armia Napoleona, tędy przechodził i zatrzymywał się generał Henryk Dąbrowski.
Ciepły wiaterek owiewał nasze głowy z resztek kolejowego kurzu. Wymijaliśmy brykę wiozącą pocztę do Ihumenia i dwie bałaguły żydowskie, dalej już sami, między ziemią a niebem czystym i jasnym. Pachniał las, sosny jaśniała jak złoto. Mijaliśmy Szaromyśl, dwór Szabuniów. Od traktu oddzielał go ogród owocowy ogrodzony równiutko ostrzyżonym żywopłotem z żółtej akacji. Dalej Różampol Rusieckich, Lubin Hrehorowiczów, potem młyn i karczma. Mama i bona kiwały się sennie, kolejno trzymając smacznie uśpioną na ich kolanach, Lusię. Ja jedna wdychałam całą piersią wiejskie czyste powietrze. Las staje się czarny, zapada ciemność. Nagle padają słowa furmana: „A to już zawrotka do Natalewska”.
Poprawiamy się i prostujemy na siedzeniach, przygładzamy włosy i zjeżdżamy z traktu na polną drogę, prosto do domu. Furman z trudem hamuje konie, które rwą się do stajni. Zajeżdżamy przed ganek, na którym już czekają Bułhakowie: ciocia Niuta i wujek Gucio. Okrzyki radości, pocałunki, uściski, wchodzimy do jadalnego pokoju i zasiadamy do kolacji, którą szybko podaje Antoni, bo wie, że jesteśmy głodni jak wilki. Przewyborna wiejska wieczerza znika ze stołu jak mgła. Całujemy Ciocię na dobranoc i idziemy do „apartamentów”. Wychodzę na werandę gdzie pachnie jak w raju od róż, konwalii i fiołków, do bzów, jaśminów, buldeneżów i róż krzaczastych do jesiennych astrów, floksów i dalii, lewkonii i goździków. Jestem szczęśliwa jak nigdzie na świecie.
W domu gościnnym były dwa mieszkania, jedno dla przyjezdnych, a drugie zajmował ekonom z rodziną, szlachcic zaściankowy w czapce, zwaną maciejówkę, dzwoniący ogromnym pąkiem kluczy. Za pierwszym podwórzem była ogromna stajnia cugowa, gdzie królował furman Atrachim, wysoki postawny mężczyzna z długim biczem, który trzymał na długiej lince konia. Lubiłam przypatrywać się , jak koń nagle staje, bo furman woła „stać” i na komendę „nazad”, wykonuje różne zwroty. Z podwórza szła szeroka droga, z jednej strony ciągnęły się obory, a z drugiej ogrody warzywne, aż do młyna. Tam też były czworaki dla fornali, dom dla młynarza, który miał także krochmalnię. W końcu drugiego podwórza była kuchnia, izba czeladna i mieszkanie kucharza i ogrodnika. Dalej był staw, grobla, gaj olszowy i łąka. Był też ogromny wygon dla źrebiąt, bo Gucio Bułhak kochał się w koniach i do stajni roboczej sprowadzał z Niemiec ogiery „Meklemburgi” i „Oldenburgi”, a cudownego Anglika „Casus Belli”, do stajni cugowej. Podziwiałam błyszczącą jak atłas skórę tego konia. Stajnia zapełniała się potomstwem jego i klaczy, pięknej skarogniadej Barbary. Nasze konie były najpiękniejsze w całej okolicy. Cudne wypielęgnowane klacze, jak tancerki przebierały nogami, nie mogąc ustać na miejscu. Furman nieraz wiele razy musiał okrążyć duży klomb przed domem, żeby się uspokoiły i pozwoliły nam wsiąść, gdy jechaliśmy w niedzielę do kościoła, do Ihumenia. Podziwiałam siłę i zręczność, z jaką furman kierował tą czwórką i jak oznajmiał nasz przyjazd, strzelając z bata.
1902. W tym roku według zwyczaju w żeńskich szkołach w Petersburgu miały miejsce egzaminy z klasy szóstej do siódmej. Pierwszy był z historii powszechnej, wykładał profesor dość tęgi, biały i różowy, nosił złote okulary. Koleżanki kochały się w nim. Wypisywały na tablicy jego imię z dodatkiem czułych wynurzeń miłosnych, co mnie wydawało się nieodpowiednie. Lubiłam go jednak, bo stawiał mi dobre stopnie. Drugi egzamin był z historii Rosji. Kułam nieprzytomnie, wstawałam wcześnie, siedziałam do późna. Na egzamin przyszła uroczysta i dystyngowana dyrektorka: „Zaczniemy od uczennicy, która z pewnością nie zawiedzie naszego zaufania, prosimy pannę Bułhak”. Szybko wstałam i podeszłam do stołu, na którego zielonym suknie, w kształcie dwóch wachlarzy, leżały rozłożone bilety. Wzięłam po jednym z nich. Były to ostatnie bilety, które czytałam przed pójściem do łóżka. Udały mi się egzaminy, dostałam lepsze stopnie niż w ciągu roku, to też w przyjemnym nastroju ducha wybraliśmy się na wakacje.
Ossowscy, sąsiedzi Bułhaków w Natalewsku, ukończyli nowy dom i postanowili wydać bal, zapraszając całe sąsiedztwo. Serce zadrgało mi trwożliwie: przecież to byłby mój pierwszy bal. Czy nas zaproszą? Czy nie jesteśmy za młode? Czy na bal dla dorosłych możemy się ubrać w nasze skromne sukienki letnie? Ale nadeszło zaproszenie dla całego domu w Natalewsku, od małego do starego, jedynie trzeba było radzić skąd wziąć suknie balowe. Mama pojechała do lhumenia i kupiła w sklepie Rubinsztajna muślin biały w drobny rzucik a na wieczór zamówiła krawcową. Fason był skromny: luźno marszczone spódniczki, staniki z małym dekoltem i krótkie rękawki. Dekolt wydawał mi się za duży, ale ciocia Misia powiedziała, że bez dekoltu nie będzie to suknia balowa, a gwoli skromności można zrobić sutą riuszkę z koronki i na rękawach też dać koronkę. Gucio przywiózł nam z Mińska wstążki do sukien i do włosów i białe skórkowe rękawiczki aż do łokcia i dla każdej śliczny wachlarz z falbanką Valenciennes. Ciocia Misia nauczyła nas go otwierać i z wdziękiem się wachlować. Wieczorem Mama grała na fortepianie a Ciocia uczyła nas kontredansa i mazura. Przy ubieraniu się rzucałam spojrzenie na moją siostrę Linkę, którą wyglądała jak anioł w białej sukni z niebieską szarfą i niebieską wstążką we włosach. Moje pąsowe kokardy mniej mi się podobały i postanowiłam, że nigdy więcej czerwonego nie będę na siebie wkładać.
Nowy piękny dom Ossowskich stał na końcu dużego podwórza. Nasza czwórka zajechała przed otoczony balustradą ganek, na którym stali panowie we frakach Kilku podbiegło do powozu, żeby pomóc nam wysiąść. Jeden z nich zawołał: ”A oto przyjechała moja narzeczona”. To był Henryk Janiszewski we fraku, tak piękny, jak dawniej w Moskwie. Z salonu dochodziły dźwięki muzyki. Wprowadzeni do sali balowej zatańczyliśmy walca. Potem, przy pomocy wodzireja, rozwijały się figury kontredansa i zawrotne tempo mazura, kiedy czterech, silnych tancerzy, trzymając mocno na krzyż splecione dłonie, wywijało szaleńczego młynka na środku sali, aż tchu braknie w piersiach. Do mazura pary się dobierały. Panowie zawczasu zapraszali panie, nawiązywały się przy tym sympatie, uwydatniały się starania o rękę, kojarzyły się małżeństwa.
W sąsiedztwie mieszkali państwo Bohdanowiczowie, z którymi wujostwo utrzymywali ożywione stosunki. Była to zamożna rodzina ziemiańska, rodem z naszych wschodnich kresów, starsi państwo i dwoje młodych, syn Stanisław i córka Wanda, oboje bardzo przystojni, ślicznie ubrani. Dom prezentował się wspaniale, widoczny był dostatek z dawnych jeszcze czasów. Pani Bohdanowiczowa zaprosiła nas do domu, żeby pokazać piękne ręczne hafty panny Wandy, która była zaręczona z mecenasem Świrtunem z Mitawy i sama sobie szykowała wyprawę. Prześliczne koronkowe kapy na łóżka. Kolorowym jedwabiem i złotymi nićmi wyhaftowane atłasowe kołdry. Monogramy misternie haftowane, narzuty na poduszki z białego, cieniutkiego batystu. Była to wytworna pańska wyprawa. Niemniej elegancka była kolacja, zjadłam kawałek pulardy, ozdobionej konfiturą z brzoskwiń, wyglądających jak złote kule.

Wkrótce przyjechała babcia Ewelina Jankowska, szczupła, drobna, żywa i ruchliwa. Podziwiałam jej dwa długie, czarne warkocze, które chowała pod czarnym czepeczkiem i nadzwyczaj małe, śliczne ręce i małe stopy. Była zawsze jednakowo ubrana w czarną, suknię i czarną pelerynkę, a biały kołnierzyk był spięty piękną staroświecką broszką, podobną do tych, które miały wówczas wszystkie starsze panie. Babcia była zdrowa jak rydz, tylko trzeba było do niej głośno mówić. Pomimo wieku, codziennie się kąpała w rzece, zanurzała się licząc głośno do 100 i zaraz wychodziła. W latach panieńskich lubiła tańczyć tarantelę, w przebraniu za Hiszpankę, w żółtej, atłasowej , szerokiej spódnicy, w czarnym koronkowym szalu na głowie i na ramionach, z kastanietami w ręku. Zaraz po śniadaniu na przemian robiła pończochy, odmawiała różaniec i czytała książkę
.

Gdy jej syn Robert studia ukończył studia w Kijowie, ożenił się i dostał posadę lekarza na Ukrainie, babcia przeniosła się do wujaszka Bronisia Jankowskiego (dziadek Grażyny, MM), do Kazania nad Wołgą, gdzie po studiach mierniczych w Odessie wujaszek miał dobrą posadę. Młodzież polska, synowie powstańców polskich wysłanych na Syberię i pozbawionych swoich majętności, kończyła studia w wielkich ośrodkach Rosji, ceniono ich wiedzę i uczciwą i rzetelną pracę. Wujaszek więc mógł sobie pozwolić na liczną rodzinę. Dzieci mieli sześcioro. Za wszelką cenę chciał utrzymać jej polskość, a do tego niezbędna była babcia.
W ostatnim odcinku pamiętnika Marii Bułhak-Janiszewskiej
wybuchnie rewolucja 1905 roku.

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Tekst przepiekny. Jest z czego być dumnym mając taką szlachciankę!
Cieszę się, że ciągle Wam się podoba moje zrobione Wam zdjęcie z 1966 roku!