Jarosław Kapsa: Kłopot z tą energią…7 min czytania

()

04.11.2022

Photo by Peggy_Marco on Pixabay

W plątaninie ukrytej wojny domowej w obozie ZjedPrawu nie może umknąć uwadze, że „ojcem sukcesu” polskiej atomistyki stał się wicepremier Sasin. Sasin poleciał, Sasin załatwił, Sasin sprawił, że zamiast jednej będą dwie elektrownie jądrowe. Po fakcie, czyli po zawarciu umów, zgody na to udzieliła Rada Ministrów. Premier ratował się słowotokiem, prezentując się nie tylko jako mistrz wydawania cudzych pieniędzy na cudze potrzeby, ale i wydawania pieniędzy, których nie ma, a – być może – nie będą miały ich nawet jego wnuki, przygniecione na starcie w dorosłość ciężarem spłat lekko dziś podejmowanych zobowiązań.

Pan Morawiecki mimo swych umiejętności retorycznych jest dziś w sytuacji trudniejszej od Sasina. Zawsze ktoś może przypomnieć raport pokontrolny NIK z marca 2018 r. Czytamy w konkluzjach:

NIK wskazuje na brak realizacji zasadniczych zadań określonych w PPEJ, związanych z przygotowaniem budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Ministrowie Gospodarki, a następnie Energii (w latach 2014-2017) posiadając wystarczające argumenty za rozwojem energetyki jądrowej, nie kierowali wniosków do Rady Ministrów o podjęcie strategicznych decyzji w sprawie uruchomienia inwestycji budowy elektrowni jądrowej. Co więcej, wskutek sygnalizowanych przez Ministerstwo Energii zmian w koncepcji budowy elektrowni jądrowej, Inwestor ograniczył realizację zadań do badań środowiskowych związanych z wyborem lokalizacji dla elektrowni jądrowej. Konsekwencją ponad pięcioletniego opóźnienia w budowie i uruchomieniu elektrowni jądrowej mogą być duże koszty dla gospodarki naszego kraju związane z koniecznością zakupu uprawnień do emisji CO2.

NIK wyliczył, że na potrzeby nierealizowanego programu wydano do 2017 r. ok. 770 mln zł. Koszty „zaniechań”, związane z koniecznością zakupu uprawnień do emisji CO2, oszacował na 1,5 do 2.6 mld zł. W programie rozwoju energetyki jądrowej z 2014 r. uruchomienie pierwszego reaktora przewidywano na 2024 r.; w znowelizowanym programie z 2020 r. – termin przesunięto do 2030; według ostatnich deklaracji nie będzie to wcześniej niż w 2033 r. Ta dziesięcioletnia zwłoka, w obliczu wojny w Ukrainie, jest dla nas bardzo kosztowna.

Znacznie bardziej kosztowna jest doktryna utożsamiająca bezpieczeństwo energetyczne z dogmatyczną nacjonalizacją gospodarki energetycznej. To nie jest tak, że odraczając budowę elektrowni jądrowej nic nie robiono. W 2010 r. łączna moc wytwórcza w elektrowniach wynosiła 36 GW; blisko 40% bloków energetycznych miało ponad 30 lat, planowane do wycofania ze względów technicznych były instalacje o mocy wytwórczej 7 GW. Chcąc sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu, wyliczono w „Polityce Energetycznej do 2040 r.”, konieczność budowy do 2030 r. nowych bloków o mocy łącznej 14,7 GW. Wydano na ten cel miliardy złotych. W 2019 r. zakończono budowę dwóch bloków energetycznych w Elektrowni Opole (rozpoczęto ich budowę jeszcze za czasów rządu D. Tuska), modernizowano bloki w elektrowniach Turów i Bełchatów; supernowoczesna elektrownia węglowa zbudowana została w Łagiszy, projektowana jest nowa, gazowa, elektrownia „Dolna Odra” pod Szczecinem; rozpoczęto przebudowę elektrowni Kozienice na zasilaną gazem, budowano nowy blok energetyczny w Ostrołęce.

Problemem nie był brak nakładów inwestycyjnych, choć, poważnie traktując wypowiedź wiceprezesa PEKAO SA na ostatnim forum Davos, potrzeby inwestycyjne polskiej energetyki wynoszą 1,3-1,7 bln zł; zatem dotychczasowe wydatki były jak szklanka wody w stawie. Istotniejszy był anachronizm myślenia rzutujący na opłacalność inwestycji. Wykorzystanie 12 zmodernizowanych bloków w Bełchatowie (a koszt modernizacji jednego to ok. 800 mln zł), wymaga budowy nowej kopalni węgla brunatnego. Łagisza stoi, bo Tauron nie jest w stanie zapewnić dobrej jakości węgla. Wykorzystanie Dolnej Odry i Kozienic zależne jest od stabilności dostaw gazu ziemnego. Nawet gdyby nie było unijnej polityki klimatycznej, to wydawanie miliardów na zwiększenie uzależnienia od zagranicznych dostawców nośników energii jest pomysłem niefortunnym. Najbardziej odczuwalną zmianą był żywiołowy rozwój energetyki prywatnej, opartej na wykorzystaniu energii słonecznej (moc zainstalowana ok. 10 GW), oraz wiatrowej (7 GW).

Ostatnia faza wojny w Ukrainie dobitnie uświadamia, że rzeczywiste bezpieczeństwo energetyczne mieszkańców Polski zależne jest od rozwoju energetyki rozproszonej. Wielka elektrownia jądrowa może zapewnić prąd dla 1/5 Polski, ale w razie katastrofy ten obszar ogarnie ciemność. Wątpliwe są deklaracje, że „duży” może produkować taniej. Produkować – tak; ale sprzedawać może drogo korzystając z przywileju monopolisty. Preferowanie wielkich wytwórców, dorabianie do tego ideologii, że dobro państwowego PGE (Orlenu, Tauronu itd.) jest dobrem Polski, prowadzi do zniszczenia korzystnej dla konsumenta konkurencyjności.

Zamiast dbać o „swoich” i zmuszać ludzi do kupowania u „swoich” rząd powinien zmniejszyć swoje ambicje tworzenia „państwowego kapitału”, a poważniej potraktować swoje obowiązki jako regulatora, gwaranta uczciwej konkurencji. Trzeba, od nowa, uczyć się znaczenia słów „uczciwość” i „konkurencja”.

Niezrozumienie jednego i drugiego słowa uwidacznia się w rzeczywistości projektowanego przez rząd planu wydawania europejskich pieniędzy z KPO na rozwój energetyki. Nie są to środki odpowiadające potrzebom, elektrowni jądrowej za to nie zbudujemy. To 9,2 mld euro, w tym 3,7 mld euro w postaci zwrotnych pożyczek. Przeznaczone to jest na poprawę efektywności energetycznej, na rozwój energii z OZE, na nowatorskie technologie z wykorzystaniem wodoru. Pieniądze nie wystarczą na wszystkie potrzeby, nie zapewnią bezpieczeństwa energetycznego, ale mogą pomóc w realizacji zobowiązań naszego państwa w zakresie obniżenia energochłonności, zwiększenia udziału OZE do 30% w ogólnej produkcji energii, zmniejszenia do 2030 r. z 70% do ok. 40% produkcji energii z węgla.

Cele oczywiste, ale w ich realizacji rząd nie potrafi uciec od „państwowego kapitalizmu”; nie widzi potrzeby ani uczciwości, ani konkurencyjności.

W pierwszej kolejności po pieniądze na transformację energetyczną zgłosiły się duże spółki państwowe. PGE przygotował pod KPO i inne fundusze unijne projekty oszacowane na 74 mld zł, przewidziane do realizacji do 2030 r. Są wśród nich dwa projekty morskich farm wiatrowych Baltica 2 i Baltica 3 o łącznej wartości 35 mld zł, pozostałe dotyczą m.in. inwestycji w ciepłownictwo, w wytwarzanie energii elektrycznej z farm fotowoltaicznych oraz modernizacji infrastruktury dystrybucyjnej. Orlen także zamierza inwestować w wiatraki na Bałtyku oraz odważnie wejść w technologie wodorowe.

Oczywiście tego typu inwestycje są potrzebne. Ale nie kosztem blokowania inwestycji prywatnych. W „Polityce energetycznej 2040” przewiduje się, że łączna moc instalacji związanych z wykorzystaniem energii słonecznej i wiatrowej ma wynosić 23,5 GW. Obecnie z fotowoltaiki pozyskuje się 10 GW, z wiatru 7 GW. Planowane przez duże koncerny moce farm morskich mają zapewnić do 2030 r. moc 5,9 GW, a do 2040 r. – 11 GW.

Z tych liczb wynika świadome zablokowanie rozwoju energetyki rozproszonej. Dlatego z jednej strony planuje się duży strumień dotacji dla PGE i Orlenu na budowę dużych farm, z drugiej strony zamrożone są zmiany prawne ułatwiające stawianie wiatraków przydomowych. Rozwój domowych instalacji solarnych przystopowany został zmianą zasad rozliczenia z sieciami. Wyprodukowaną energię muszą sprzedać „po cenach rynkowych”, a następnie odkupić po cenach dyktowanych przez wielkich producentów. Możliwość, czy raczej niemożliwość, sprzedaży energii do sieci blokuje rozwój innych form produkcji OZE. Nikt nie zaryzykuje budowy biogazowni, zainwestowania w przetwarzanie metanu z oczyszczalni ścieków, z zakładów utylizacji odpadów, z wielkich ferm hodowlanych, nie mając pewności, czy „państwowy monopol” kupi od niego wytworzoną energię.

Rozwój energetyki rozproszonej wymaga inwestowania w lokalne magazyny energii powiązane lokalnymi sieciami dystrybucyjnymi. I tu także widać logikę rządu: wspierane mają być albo duże magazyny należące do dużych koncernów, albo małe – na potrzeby indywidualnego gospodarstwa. Myśl, że może funkcjonować samodzielnie zwykła wieś, dysponująca swoim magazynem, gromadzącym produkt wytworzony przez lokalnych prosumentów, rozprowadzająca energie własną siecią, godzi w podstawy narodowego bezpieczeństwa energetycznego.

Atom daje ponoć państwu suwerenność. Energetyka rozproszona daje więcej: wolność ludziom. Ale tej wolności indywidualnej najbardziej boją się „propaństwowi suwerenniści”. Będziemy więc mieć atom bez wolności.

Jarosław Kapsa

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. AnGor 11.12.2022