07.11.2022
Tańczący z trumnami. Czyli polityka i medycyna.
Mojemu Bratu, Tomaszowi, zamiast listu
No więc wylądowałem w szpitalu w Ceret, w Katalonii Północnej, z potwornym bólem kręgosłupa. Poczekam dwa dni aż zrobią mi w klinice skanery. Ale nie o tym chcę pisać.
W drodze powrotnej ze szpitala, w ciągu zaledwie pół godziny jazdy do domu, poznałem w ambulansie medycznym nowego, katalońskiego przyjaciela.
Polityka i medycyna. Wydarzyło się w pół godziny
Doszliśmy dzięki tej rozmowie do całkiem ciekawych wniosków. Po raz kolejny tym razem w medycynie i w polityce sprawdza mi się filozofia Martina Bubera zawarta w tekście JA i TY.
Nie jest ta moja praca lekka, łatwa i przyjemna – zagaja sanitariusz z pogotowia. – Wiesz, codziennie ci biedni ludzie rzygają mi w twarz i pod nogi i do wnętrza tego ambulansu. Albo plują ci na twój brzuch krwią, albo wódką. Jedni przeżywają, cześć umiera po drodze i w żaden sposób już nie jesteś w stanie im pomóc. To jest czasem dołujące. Jednak w ogólnym bilansie zwyciężasz, kiedy widzisz, ilu już ludzi udało ci się uratować.
Na moment przerywam rozmowę, gdyż ból kręgosłupa jest tak intensywny, jakby mi ktoś załadował serię z Kałasznikowa w plecy. Nowo poznany człowiek zgina mi kolana i podnosi wyżej nosze, tak że mam już głowę całkowicie w pionie. Ogromna ulga.
Wiesz, powiem ci szczerze: cierpię na chorobę dwubiegunową, ale do pracy w pogotowiu mnie tutaj jednak przyjęli. Mój nowy, kataloński przyjaciel, ratownik medyczny, w katalońskim pogotowiu ratunkowym, zaliczył wcześniej we Francji trzy lata ekonomii, ale przerwał nagle studia. Z powodu choroby dwubiegunowej.
Nie wiedziałem, że tak tu jest…
Bo wiesz, we Francji, czy tutaj w Katalonii, w Pirenejach, to jest normalne podejście. Może Francuzi i Katalończycy mają bardziej naukowe podejście do człowieka, wiesz? – kontynuuje nowo poznany przyjaciel…
Zapewne! Całkiem inaczej niż w Polsce i w Rosji czy w Palestynie – dopowiadam od siebie.
Wiem, bo mam dziewczynę z Polski ! – chwali się ratownik medyczny i pokazuje zdjęcie ciemnowłosej, zjawiskowej istoty z iskrami w oczach
Wyciągam mu wtedy z mojego telefonu zdjęcia Giewontu, Kasprowego i z Orlej Perci i z Zakopanego – i pytam: – A w Tatrach albo nad Bałtykiem, na przykład w Gdańsku to już wyście byli?
Nie. Nigdy nie byłem jeszcze w Polsce.
No to dawajcie tu z dziewczyną, my też zapraszamy.
Ale nowo poznany dość szybko powraca do już rozpoczętego wątku:
Bo wiesz: dla każdego racjonalnie myślącego człowieka wiadomo, że w depresji masz stan doła i naprzemiennie: stan reemisji choroby. W tych długich stanach reemisji funkcjonujesz normalnie. Pracodawca, podobnie jak moja dziewczyna z Polski, doskonale się znają na medycynie. Zatrudnia cię więc ten pracodawca, mimo wszystko. Bo wie, że możesz być bardzo pożyteczny w robocie, jeśli znasz się trochę na tej sztuce. I płaci ci bardzo dobrze. I daje ci oczywiście zwolnienie z pracy, gdy znów wpadasz do tej swojej głębokiej czarnej dziury. Ekipy dyżurne w karetkach można wymieniać i dostosowywać przecież jak puzzle.
Wszyscy Francuzi się na to składają w swoich podatkach!
No i świetnie. Ten francuski to jest najlepszy system opieki zdrowotnej, jaki znam na świecie. Nie znam lepszego nigdzie indziej – przekonuje sanitariusz.
Fakt, nigdzie indziej nie widziałem do tej pory lepszego, skuteczniejszego leczenia. Z francuską i ogólnoświatową edukacją i w ogóle oświatą trochę słabiej. Jednak te podatki i w ogóle ten paryski fiskalizm, wraz ze wsparciem terrorystów z Palestyny mnie jednak przeraża. Nie rozumiem dlaczego we Francji służby specjalne nie współpracują z systemem opieki społecznej? Bo z jakiej racji terroryści mają być wspierani przez zasiłki od europejskiego podatnika ?
Rzeczywiście , chyba masz rację – przyznaje nowo poznany człowiek.
Milczymy chwilę. Ciemnoskóry kierowca coś tam sobie pośpiewuje. I wtedy z bolesnego półobrotu ja demonstruję mój klucz od domu ze zdjęciem na breloku roześmianej małej Marokanki – Carmen, siostrzenicy Aleksandry Kędzierskiej-Fontaine
Super, genial! – kwituje ciemnoskóry kierowca i wciąż w jednej ręce trzymając kierownicę, w drugiej dłoni wznosi swój kciuk ku górze.
A ten jasnoskóry, siedzący tuż obok, pyta o moje konto na FB. Demonstruję mu więc moje konto, a on zaprasza mnie do znajomych. W ten oto sposób, od tego momentu, zostajemy przyjaciółmi na śmierć i życie , w katalońskim ambulansie medycznym jadącym z kliniki z Ceret do „Galerii Poray” w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Północnej. Przed sobą mamy najwyżej piętnaście minut jazdy, więc chcemy się jeszcze nagadać.
On mówi: ty pewnie nie rozumiesz do końca, co to jest procedura medyczna?
No nie bardzo… Dla mnie najważniejsze, że się wokół mnie ludzie się krzątają a po paru godzinach przestaje boleć. To jest dla mnie najważniejsze. Reszta mnie raczej nie interesuje… Ważne, żeby wyleczyli. I tyle.
No to ci opowiem, bo warto by tę procedurę stosować w normalnym świecie. No więc idziesz z obłędem w oczach do swego lekarza rodzinnego. Ale skarżysz się, że masz covid, masz ból w twojej szczęce i głowie spuchniętej, a przy okazji narzekasz na bardzo ostry ból w kolanie i to cię przeraża, bo myślisz, że to nowotwór złośliwy. No więc karetka stoi najpierw przez kilka minut przed gabinetem medycznym lekarza rodzinnego. I w takim, jak mój przypadku, sanitariusze trochę hamletyzują: „dokąd takiego faceta zawieźć: do normalnej kliniki ? Czy może od razu do psychiatryka? Ostateczną decyzję telefonicznie podejmuje w klinice lekarz dyżurny: „do normalnej kliniki, ale migiem!”
No i w moim przypadku procedura jest z lekka spowolniona – ciągnie nowo poznany przyjaciel: Zaczynają od wsadzenia ci patyka do nosa, o kurwa jak to boli! Za chwilę mają gotowy test w sprawie covid (procedura standard) . Negatywny! I dalej: No i co z tym kolanem? Czy bolało przed upadkiem? (skłamałem, myśląc, że to prawda i było mi z tym kłamstwem dużo lżej ): „zawsze bolało, od wczesnego dzieciństwa!” Ile mam lat? jak się nazywam? Gdzie mieszkam? I tak dalej (procedura oczywista). To przecież wszystko jest jasne. Bo jest to wszystko zakodowane w mojej karcie ubezpieczenia zdrowotnego. Ale mnie boli kolano, rwie ! Potem ci raz jeszcze mierzą ciśnienie i badają temperaturę.
Do jasnej cholery! Już raz to sprawdzał twój lekarz rodzinny, a potem przecież znowu powtarzali w karetce (standard). Po cholerę jeszcze raz od nowa? – Merdo! [gówno!] – przeklinam głośno. A oni swoje. Potem EKG, pobieranie dwukrotne krwi (kurwa jak boli!) – z obu rąk (procedura tylko dla mnie). Potem pytają, czy jadłem dziś? Mówię, że tak i że nawet mi smakowało – zgodnie z prawdą. Pytają na wszelki wypadek przed ewentualnym zabiegiem operacyjnym (reguła żelazna w przypadku nagłym). Potem się (zawsze, w każdym, nie tylko moim przypadku) konsultują jeszcze z kilkorgiem koleżeństwa medyków. W Katalonii – standard
Z całą pewnością… O, jakie to jest wszystko proste i klarowne… – patrzę na [wkrótce przyjaciela] z podziwem! Gdyby tak zastosować te procedury w polityce, z pominięciem danych poufnych. Choć w niektórych przypadkach politycznych także procedura psychiatryczna byłaby w polityce bardzo przydatna – postuluję
A to kolano – mimo że naskórek był nietknięty – rzeczywiście miało prawo boleć cholernie, bo to było po takiej mojej kolejnej ekstremalnej wyprawie Na Mount Blanc. Po tej właśnie wyprawie dopiero rano w domu obudziłem się z tym potwornym bólem. Ty nie wiesz, czy, ale ja jestem mistrzem alpinizmu – chwali się nowo poznany przyjaciel – i w takich krytycznych momentach wspinam się wysoko, wysoko, wysoko w góry: tu lina, tu młotek, tu znowu lina i znowu młotek, śnieg, woda, mgła, niebo, góry. I to wszystko mi daje przy nawrotach choroby chwilę głębokiego oddechu. (Pokazuje swoje zdjęcia ze swojego FB).
I kiedy już oni dwaj wyprowadzają mnie na noszach z tej karetki do wnętrza „Galerii Poray” i nawet oglądają obrazy i nawet zerkają na biały fortepian, to ten jasnoskóry mówi do ciemnoskórego i do mnie:
„Bywa, że moją depresję wywołuje kumulacja różnych czynników traumatycznych, występujących jednocześnie. Bo wiecie, depresja daje czasem objawy somatyczne, takie jak przy wylewie, zawale albo przy zaawansowanym nowotworze. No więc kiedy mi oznajmili, że to kolano rzeczywiście mam ostro poharatane i że trzeba je pilnie operować i że ja naprawdę nie mam raka ani covida… To ja po prostu oszalałem. I nie był to żaden cud w walce z depresją. To była tylko normalna reakcja organizmu na bodziec czysto emocjonalny. Bo ja w tamtej klinice naprawdę doznałem obłędu, który per saldo okazał się normalnością. Ze szczęścia i ze świadomości. I wszedłem w ten sposób w fazę reemisji, która trwa szczęśliwie aż do dzisiaj… Zamyślił się ten mój nowy przyjaciel … I „I na koniec wysikałem się triumfalnie. Mój mocz cuchnął wtedy obrzydliwie psychotropami, bardzo charakterystycznie, tak jak mocz każdego człowieka zamkniętego w fizjologicznej pułapce”
A ja pod wpływem tej chwilowej emocji zostałem mocno obdarowany. W nauce nazywają to np. inteligencją emocjonalną, a z kolei w Biblii zwą „darem języków”… No więc do tej pory nie rozmawiałem z kimś tak dobrze trochę po katalońsku, trochę po francusku, po angielsku i trochę po polsku. W dodatku jednocześnie zarówno z jasnoskórym, jak i z ciemnoskórym człowiekiem. To trochę tak jak w wewnętrznym świecie trzytomowej powieści polskiego pisarza Jerzego Krzysztonia p.t. „Obłęd”. Polskiego pisarza bardzo nie doszacowanego nie tylko w jego ojczystym kraju nad Wisłą, ale też przez światową krytykę literacką. Przy czym warto chyba polecić oczywiście przyjęcie milczeniem ostatniego, samobójczego akordu w realnym życiu Artysty.
I sobie na koniec myślę, że ludzie w całym wolnym i demokratycznym świecie powinni bardzo afirmować medycynę w polityce (oraz
w służbach specjalnych – służbach niestety bardzo potrzebnych i kontrolowanych przez d e m o k r a c j ę we wszystkich sferach…, ale interweniujących koniecznie także w sferze opieki socjalnej). Nie tylko , ale jednak głównie, w Izraelu. Żeby świat stał się trochę lepszy, niż jest obecnie.
No to się pożegnałem zarówno z tym ciemnoskórym, jak i z tym jasnoskórym.
I pomyślałem, że czas najwyższy stawiać ostatnią kropkę w tym moim „Dzienniku Katalońskim”.
Tańczący z trumnami
Ale jednak nie. Nie jeszcze. Moment. Bo odkrywam, że zaczynam myśleć po przebudzeniu w trzeciej osobie.
No więc on szybko wypije herbatę. Potem szybko założy koszulę i narzuci na koszulę granatową kamizelkę kupioną w Andorze. Weźmie ze sobą ręcznik i kąpielówki. Może uda mu się jeszcze wykąpać w Morzu Śródziemnym? Przecież o tej porze roku woda jest jeszcze ciepła, cieplejsza, niż powietrze…
Wzywa karetkę pogotowia. Mimo opium ból kręgosłupa jest nie do wytrzymania. Czołga się do kibla. Trudno mu się wysikać… W końcu z bólem sika. Czeka może pół godziny ? A może dwie? Jedzie karetka! w końcu jedzie. Woła do kierowcy: „do Perpignan, do kliniki »time, time!«.
Czołga się do drzwi. Sanitariuszom się nie śpieszy. Zamykają powoli na klucz drzwi do jego własnego jego domu i oddają – jeszcze wolniej – ten sam klucz. Jadą na drugim biegu, nie włączają syreny. Jadą, jadą. Boli. Więc łyka jeszcze drugą tabletkę opium, która zabrał ze sobą i schował w portmonetce wraz z banknotem dziesięciu euro. Nic przecież nie wiadomo? Czy dadzą coś zjeść w klinice? Pod drodze błaga sanitariuszy, by zatrzymali się przy cukierni. Wstydzą się go. Sanitariusze ! „Przecież to wariat!” – O rozumie co mówi jeden do drugiego. Wyczołguje się na czworaka z ambulansu. Sam.
„Kisz dua, croasant dua – sil tu ple” – tak mówi koślawie po francusku – baba podaje kisze i rogale w dwóch bibułkowych torebkach. W jednej torebce dwa kisze, w drugiej torebce dwa rogaliki. Torebki są w cienkich, bibułkowych torebkach. Czyli nie wytrzymują ciężaru zawartości. Boli go coraz mocniej. Gdy wreszcie doczołguje się do stolika przed cukiernią, siada na zimnym metalowym krzesełku, ma w sobie jeszcze resztkę instynktu samozachowawczego. Wyjmuje z torby ręcznik kąpielowy. Podkłada sobie pod dupę. Jest przecież zaledwie 11 stopni powyżej zera. A on się trzęsie z zimna. Jest tylko w cienkiej koszuli, kamizelce i w klapkach założonych na bose stopy.
Zawartość torebek wypada na stolik. Wyjada ze stołu resztki kisza, pozostałe produkty cukiernicze spadają na wykafelkowaną posadzkę. Zjada. Woła sanitariuszy. Litościwie wyłażą z ambulansu. Biorą go – jeden pod jedną rękę, drugi pod drugą rękę. Nie ma ze sobą telefonu ani zegarka. Pyta, która godzina? [dopiero później ustalam, że to była dziesiąta rano]. Słyszy za sobą wrzask ekspedientki: „wariat, wariat! Upierdolił mi całą podłogę ciastkami, wariat, pewnie się mocno nawalił na Halloween”. Jedzie więc tym ambulansem dalej. Nieśpiesznie. Nie wie, która jest godzina i pewnie już się nie dowie.
Przed wejściem do szpitala jego uwagę zwraca tłum muzułmanek w burkach i w zaawansowanej ciąży. „A gdzie są muzułmanie? Pewnie się wstydzą swoich kobiet” – myśli. Ale gdy je zapładniali, to się nie wstydzili. „I tak się rozszerza we Francji blok muzułmański” Myśli dalej o sobie w trzeciej osobie i bierze dodatkowo w cudzysłów to , co ma w głowie.
Wloką go do izby przyjęć. Po ceregielach przyjmują do szpitala. Wkładają go na nosze. Ulga. A w izbie przyjęć słyszy i widzi wielką, katalońską, symfonię żałobną. Patrzy na to wszystko, jak na klawiaturę fortepianu. Mierzą mu ciśnienie: sto sześćdziesiąt dwa na 80. Mówi, że ma w domu lek na ciśnienie. Ale mu nie podają. Błaga o wodę, ale wody mu już od kilkunastu, godzin, też nie podają. Białe nosze mieszają się z czarnymi trumnami. „Pan Bernard, pan Bernard… jest zgon!” – rozumie, co wykrzykuje personel pomocniczy. W izbie przyjęć nie ma już wolnego miejsca. „Pewnie po Hatoweenncoctumye! ” – myśli i układa to sobie w głowie po francusku myśląc tak naprawdę o hiszpańskim dance macabre, albo o tańcu na meksykańskich grobach i o Indianach, w których się bawił razem z bratem Tomaszem w dzieciństwie na Dolnym Mieście.
W izbie przyjęć jakieś trzysta osób. Ledwo się mieszczą. Resztę ludzi ładują do wszystkich możliwych izolatek. Także tam, gdzie zazwyczaj wkłada się trupa do trumny. Lęk, potęgujący się lęk. Nie podają wody, nie odpowiadają, która jest godzina. Nikt nie odpowiada. „Wariat, wariat ! „ – myśli o sobie. Nie wiadomo, która jest godzina. Nikt mu nie odpowiada na jego pytanie. „Wariat to wariat!”.
Pi pi! – woła. Po dziesięciu minutach przynoszą mu kaczkę ale nie leje, więc mu masują brzuch, jaja i penisa, żeby popuścił. Ale kaczka wypada mu z rąk. Leje prosto na prześcieradło, bo tak mu się chce szczać. W ogóle nie trzyma moczu. Ma lęk, jakiś abstrakcyjny. „Bo opium przecież musi jeszcze działać” – myślenie w trzeciej osobie się potęguje. Wokół personel latający: lekarze, pielęgniarki, sanitariusze nie nadążają. Tylu tu napakowano do środka. „Pewnie po Halloween” – myśli przytomnie, ale w cudzysłowie. Były dwa dni przerwy w klinice, więc nazbierało się nieboraków. Gdzie jesteś, Boże? – patrzysz i nie reagujesz, gdzie jesteś dyrektorze szpitala? Gdzie jesteś, panie Macron? Siedzisz w tym pierdolonej, scentralizowanej, wysoko opodatkowanej na duperele wszelakie Francji, we Francji „żółtych kamizelek”. I wydaje ci się, że masz cały świat na głowie, Panie Prezydencie Francji…..
A to ci ludzie w szpitalu, mają prawdziwy świat na głowie. Nikt nie pomyślał, by w taki wyjątkowy dzień dać tu przynajmniej dwoje doktorów dyżurnych i podwoić personel latający. Jedna instrumentariuszka. Jedna jedyna od dawania zastrzyków, mierzenia ciśnienia od robienia EKG… W taki dzień? Bezpośrednio po Halloween i po święcie zmarłych…Myśli przytomnie. Ale nie trzyma moczu, bo się boi. Widzi wciąż symfonię żałobną. Białe nosze miksują się z czarnymi, lakierowanymi przez francuskiego lakiernika trumnami. Klawiatura fortepianu. „Glenn Gould – gra Bacha…” – myśli o wielkim wirtuozie, dawno już nie żyjącym, bo od 1962 roku. On sam pojawił się w tym najczarniejszym ze światów trzy lata wcześniej niż Goluld i trzy lata później: po własnym Bracie. Wszystko wokół zamienia się w kaka fonię. Obok 10 centymetrów, ode mnie staruszka jęczy z bólu. On słyszy przez otwarte okno pediatrii okrzyk małego dziecka, a potem szloch jakiejś młodej matki… Mierzą mu ciśnienie: 180 na sto. „Pewnie na położnictwie rodzą się nowi Katalończycy i nowe Katalonki, a także nowi muzułmanie i muzułmanki – ale zapewne brakuje ludzi do odbierania porodu” Klawiatura fortepianu. Czarno-biała. Jednych przywożą na białych noszach, innych odwożą w czarnych, paryskich, eleganckich jak Wersal, trumnach. Naturalna selekcja. Nikt nie robi testów covidowych. Nikomu.
Test dostają tylko ci, których odwożą na OIOM. Błagam o żel antycovidowy. Dają żel, litościwie. On umywa ręce żelem jak Piłat. Ale za chwilę znów ma ręce ujebane covidem. Bo w izbie przyjęć nie ma wolnego miejsca. Wiec przywożą ludzi na noszach. Umierających, bo bezskutecznie czekających na diagnozę. Nie wie wciąż która jest godzina. Bo nie odpowiadają. Wariatowi nie odpowiada się na pytania. Taka jest tutaj zasada. Wariat krzyczy z jakiejś izolatki: „panie, panie, panie!” I tak w kółko od kilku godzin wrzeszczy. Daliby mu coś na uspokojenie w dupala albo w żyłę. Inny wariat też krzyczy non stop, ale też nie dostaje ani w dupala, ani w żyłę. „Gdzie jesteś, panie prezydencie, Macron? I dlaczego w tej pierdolonej, scentralizowanej Francji jasnoskóry sanitariusz, mój nowy przyjaciel i czarnoskóry, drugi nowy przyjaciel z ambulansu, zarabiają mniej od ciebie, panie Macron?”
Wydaje ci się, Panie Prezydencie, że masz na głowie cały świat. Ale to ci Katalończycy w tym szpitalu mają na głowie cały, prawdziwy świat. Nie ty. Wpierdalaj w Paryżu te swoje zimne jak trup ostrygi i popijaj zmrożonym szampanem: dobrego apetytu Panie Prezydencie. Taki sam jesteś, w gruncie rzeczy, jak twój przyjaciel Putin na Kremlu – w tej pierdolonej, scentralizowanej Rosji” Wyobraża sobie, że tak jak ten szpital, wygląda pewnie także lazaret ukraiński w wojnie rosyjskiej. Klawiatura fortepianu. Czarno-biała: jeden Ukrainiec ocaleje, inny Ukrainiec zginie jak to na wojnie rosyjskiej. Ukraińska symfonia żałobna. A Macron jest bezradny, podobnie jak wszyscy w Brukseli wszyscy w ONZ, wszyscy w „Amnesty International”.
Boże, gdzie ty jesteś, a jeśli rzeczywiście jesteś, dlaczego nie reagujesz? I dlaczego nie aresztujesz Putina i nie osądzisz go? „Boże, Boże, czemuś go opuścił, i dlaczego opuściłeś wolnych Katalończyków? I dlaczego Michnik redaktor naczelny najsłynniejszej gazety opozycyjnej w Polsce odebrał od króla Hiszpanii nagrodę „za ocalanie wolności demokracji w Europie”. I dlaczego Michnik odebrał tę nagrodę, mimo, że wcześniej w analogiczny kanał została już wpuszczona Ola, prezydentka Gdańska. Bo Filip VI niszczy z premedytacją demokrację w Hiszpanii, podobnie jak jego ojciec król, skorumpowany przez blok islamski.
Niedawno Król-senior uciekł z Hiszpanii do Arabii Saudyjskiej z walizką pełną dolarów i pod eskortą hiszpańskich karabinierów narodowych. Niech Adam Michnik – którego ostrzegał w dyskusji internetowej w „Gazecie Wyborczej” w dupę sobie wsadzi tę nagrodę, podobnie jak wcześniej Ola, którą osobiście ostrzegał w prywatnej korespondencji. Niech hołubi tego swojego „hiszpańskiego Nobla” wraz Basilem Kerskim, szefem Europejskiego Centrum Solidarności i Pitrem Adamowiczem, zamordowanym bratem rodzonym Pawła. „Za niezłomną obronę wolności i demokracji w świecie”. A wszystko to w imieniu mojego Miasta Wolności i Solidarności z partnerskim Miastem Barceloną. Za jednym i drugim miastem tęskni bardzo ,mieszkając po francuskiej stronie rozdzierającej Katalonię na dwie części .
Nagroda dla Gdańska, na ręce Człowieka-Obywatelki. I dokładnie w tym samym momencie, gdy Katalończycy protestują pacyfistycznie, ale są z całą bezwzględnością policyjnej pały sprowadzeni do parteru ku chwale Konstytucji z Madrytu. On mieszka w Katalonii, ale oni nie. Jednak także oni, oświeceni, powinni znać elementarne fakty z dziejów Europy. Ale odbierają nagrody od Hiszpanii za „poszanowanie wolności, solidarności i demokracji”… Do kurwy nędzy. Ale obciach.
Kończy się działanie opium, kręgosłup napierdala. Ma wrażenie, że ból rozlewa się po całym ciele, że promieniuje od niedoleczonej jeszcze w Polsce szczęki. I głównie od kręgosłupa. I rozlewa się ten ból aż do wątroby, do brzucha i do serca. I łydki się kurczą… I ręce. On pokazuje więc pani doktor – zgodnie z procedurą – palcem, gdzie czuje, że go boli!
Ale pani doktor od tej pory nie reaguje już na żadne jego słowa. Nie podają wody do picia, nie podają nic do jedzenia. A minęło już kilkanaście godzin odkąd tu przybył, bo za oknem jest ciemno. Do pacjentów przychodzą rodziny, odwiedzają niedoszłych nieboszczyków, trzymają za rękę babcię, trzymają za rękę dziadka…
A do niego nikt nie przyjdzie, bo jest tak naprawdę w tej Francji zupełnie sam, a w dodatku bez języka: duży błąd – myśli dopiero teraz po latach. I bez telefonu. Nie może zadzwonić do swego nowego, jasnoskórego przyjaciela, którego poznał. Nie może poprosić go o wodę…Nowy przyjaciel by to zrozumiał. Oni tego nie rozumieją. W tej rzeźni katalońskiej.
Dusi się. Brakuje mu tlenu, tłumaczy personelowi latającemu, że w domu ma normalnie taki specjalny aparat, który mu tłoczy tlen do płuc. Aparat od specjalisty medycznego… Ale pani doktor ma minę pod tytułem „odpierdol się”. I po kwadransie podaje mu jednak oxigel. Podłącza mu do dziurek w nosie oxigel i sprawdza, jak on zareaguje. Pewnie myśli, że wariat. I że jak mu podłączy, to on się może uspokoi. Ale on nadal rzeczywiście się dusi i łapie powietrze ustami jak karp. Więc jednak podłącza mu pani lekarz ten oxigel.
Ulga. Mierzą ciśnienie: dwieście na sto. Ładują mu przez całą wieczność wprost do żyły jakąś chemiczną substancję. Pewnie, żeby nie brykał zanadto. Symfonia czarno-biała trwa. Ma non stop podłączony oxigel.
Więc jednak oddycha.
Wokół coraz więcej wariatów. Obok jednego z nich stoi strażnik więzienny z pistoletem gotowym do strzału. Pewnie pilnuje, już leżącego na noszach i odlatującego w niebyt przestępcy. Żeby przypadkiem nie uciekł ze szpitala. Przestępca rzęzi i pluje krwią. „Pomóżcie mi !” – woła bezskutecznie. I nie testują przestępcy na covid. Bo przestępca nie zasługuje – w imię wolności, równości i braterstwa – w rytmie Marsylianki. Za dużo ludzi, żeby ich zdążył obsłużyć – przy katalońskim taśmociągu medycznym – ten kataloński personel latający. Symfonia żałobna trwa. Selekcja jest naturalna, więc absolutnie niezgodnie z procedurami medycznymi. Jak u Darwina, a ściślej zgodnie z prawami dżungli. Czas się kurczy albo się rozrzedza, w każdym razie coś złego dzieje się z czasem w tej zaryglowanej od środka pułapce. „Cardiac” – sil tu ple
Tylko silniejsze osobniki przeżywają. Reszta odchodzi w czarnych i lakierowanych po francusku, eleganckich trumnach. Powtarza w myślach „Szumy, zlepy ciągi Białoszewskiego” i wspomina Jerzego Krzysztonia. Kto pozwolił Krzysztoniowi wyskoczyć przez okno? Wspomina Drugi Obieg Jacka Pałasińskiego: najgenialniejszego, jak mu się wydaje, współczesnego pisarza polskiego. I wspomina swojego kochanego Krzysia, sąsiada zza ściany i ojca chrzestnego jego córki, specjalistę chirurga z Polski, który umarł przedwcześnie, bo mu w Polsce nie zdążyli w porę zdiagnozować nowotworu złośliwego równocześnie w mózgu i w płucach. Był Krzyś fanem ostrych dyżurów w Akademii Medycznej w Gdańsku, a jednocześnie nałogowym palaczem i alkoholikiem. Gdzie jesteś gdańska medycyno? Gdzie jesteś medycyno francuska? Gdzie jesteś Boże? I czemuś nas opuścił przedwcześnie?
Tutaj, w tej rzeźni, w godzinie myśli, jak u Juliusza Słowackiego, paradoksalnie doznaje olśnienia, bo widzi ostrzej wszystkie własne życiowe błędy i osobiste zaniechania wobec własnej żony, wobec własnej córki, wobec własnego ojca i własnej matki, a zwłaszcza wobec własnego brata. Boże, Boże, czemuś go opuścił? Ładują mu znowu coś w żyłę. Przychodzi pani doktor: „Wraca pan do domu”. Milczy długo, w końcu pyta ją: „ale dlaczego?”. A ona na to „dostanie pan skierowanie na INR i z tym skierowaniem pan się zgłosi do najbliższej placówki medycznej. Myśli: „no to może nie jest aż tak źle?” Uśmiecha się do pani doktor i melduje: „merci, madame docteur! Merci, merci”. Pani doktor nie reaguje na te podziękowania, jakby była naćpana.
Czy ta pani doktor jest wariatką? Ale po paru minutach dochodzę już do własnej konkluzji: ona miała prawo być zmęczona, pracując w takich warunkach. Zaczynam znowu myśleć w pierwszej osobie. Przychodzi personel latający z moim butami i koszulą. Wkładają mi w spodnie świeżego pampersa. Bo lęk odchodzi, ale wolno: nie trzymam moczu. Wciąż z irracjonalnego strachu. Czekam teraz na ambulans, który ma tu po mnie przyjechać i zabrać mnie z powrotem do domu. Mija chyba kilka godzin. Bo patrzę już całkowicie bezradnie w biały sufit kliniki wyłożony charakterystycznym podsufitem, żeby przykryć całą Francję uniwersalną budowalną pleśnią i wilgocią. Taka technologia w całej Francji i w Hiszpanii, w których wciąż trwa katalońska symfonia żałobna tak jak teraz w mojej „Galerii Poray”. I Ja myślę, że ten cały kataloński personel latający, wraz z instrumentariuszką i Panią Doktor, oraz z tymi, co wożą trumny oraz nosze: że wszyscy oni muszą sobie coś dawać w żyłę. Żeby się nie poddać…
I ładują mnie wreszcie do ambulansu, w którym czekają już na mnie sanitariusz i kierowca. Daje im – sanitariuszom jak jeźdźcom Apokalipsy – personel latający, moje papiery z wypisem z kliniki w stolicy Katalonii Północnej – w Perpignan. „Gdzie jesteś, panie prezydencie Francji i co teraz robisz, kiedy ja zdycham? Zdycham sam, tu na obczyźnie, razem z Katalończykami, muzułmanami, oraz niedoszłymi, bezradnymi trupami wszelkich ras, narodów, kultur i języków? Z wnętrza kliniki wydobywają się krzyki nowo narodzonych i umierających ludzi oraz wrzaski wariatów. Jedziemy nieśpiesznie do „Galerii Poray” w Saint Laurent de Cerdans. „Czy podacie mi wodę? I która jest godzina? ” – dopytuję sanitariuszy. „Wody nie mamy: „Jest szósta rano, czwartego listopada. „Niedługo będzie jaśniej na świecie, za jakąś godzinę, bo jesteśmy po zmianie czasu. Uśmiecha się do mnie ten siedzący tuż obok, wesoły sanitariusz. Łysy i w złotych okularach. I klepie mnie życzliwie po ramieniu.
Saint, Laurent, 6 listopada, niedziela rankiem
Spałem więc od szóstej rano. Do dziewiątej. Bo zapomniałem łyknąć tabletkę na sen. Wypieprzam do kosza na śmieci tego pampersa. Idę do kibla na własnych nogach, ale nadal z potwornym bólem kręgosłupa. Więc łykam ostatnią tabletkę opium, jaka się jeszcze ostała w tym przerażająco pustym własnym domu, do którego musiałem się włamać, gdyż drzwi były zablokowane od środka. Dostałem tę tabletkę od stomatologa, w związku z bólem szczęki. Nikt mi nie da już następnej, bo uznają, że jestem człowiekiem niewiarygodnym, czyli wariatem. Potem robię sobie jeszcze kawę i wsuwam kawałek suchego chleba. Czuję się umęczony, tak jak bym rozładował wagon pełen węgla. I mam wciąż w oczach i w uszach tamtą symfonię żałobną, realistyczną, muzyczną opowieść o realnym, otaczającym mnie świecie katalońskim. I nie wierzę już w sztuczne raje.
Próbuję to sobie przetłumaczyć na język francuski, ale słabo mi idzie. W wypisie sygnowanym z imienia i nazwiska przez panią Doktor, która własnoręcznie się podpisuje, jako „DR GABOUS Sana” – czytam konkluzję, że „Lomboscitalgie qui evolue depuis 4 jouras” oraz „Decision medicale: Sortannt a domicle a 04/11/ 2022 00: 34. A w opisie -z tego co rozumiem z francuskiego -że „pacjent zachowuje się dziwnie, nie odpowiada przytomnie na zadawane pytania, nie siada na łóżku, chociaż, jak wynika z badań, obiektywnie może siedzieć”
Piszę na FB po paru godzinach pytanie do nowo poznanego, jasnoskórego przyjaciela, sanitariusza z karetki w Ceret. „Czy miałem prawo zachowywać, tak jak się zachowywałem, w klinice, w stolicy Katalonii Północnej?
I cytuję mu konkluzję medyczną, wraz z tym, co rozumiem z opisu historii choroby. I piszę krótko o czarno-białej symfonii. Jasnoskóry przyjaciel z Ceret odpowiada po pół godziny. „Miałeś pełne prawo do lęku! Biorąc pod uwagę niepewność co do własnego stanu zdrowia, sytuację obiektywną w tamtej klinice oraz prywatne traumy, jakie masz w tej chwili za sobą we własnym życiu. A według mnie pani doktor popełniła błąd w sztuce medycznej: bo to, co napisała, to bzdury. I jak najszybciej normalnie się zbadaj. Myślę, że będziesz żył: jesteś silny jak kataloński osioł! Trzymaj się mocno! „- tyle kataloński, nowo poznany przyjaciel, zwykły sanitariusz z pogotowia w Ceret.
Ustawię się więc teraz racjonalnie w kolejce na badanie INR. A potem może mi nawet wykonają to upragnione badanie skanerem. Żebym znał pełną prawdę o sobie. Mimo, że mają mnie tu już za wariata. Żebym wiedział naprawdę: dlaczego mnie tak strasznie boli?
I wiem jedno: świat jest dobry, ale ludzie są głupi łącznie ze mną samym. I nie wierzę już w sztuczne raję. Cenię naukę. Bo tylko prawda jest ciekawa. To był już mój dziesiąty, intensywny pobyt w we francuskim szpitalu.
Myślę, że do dziesięciu razy sztuka. I kocham Cię, mój Braciszku!
Ceret, Saint Laurent de Cerdans, 31 października – 6 listopada 2022, godzina 13.20.
Paweł Zbierski
Swój „Dziennik Kataloński”, inspirowany i rozwijający m.in. myśl Georga Orwella, Paweł Zbierski tworzy od roku 2016 aż do ostatniego odcinka, czyli do tej chwili. I zamierza swoje teksty opublikować w zwartej formie książki.
Tekst ukaże się w najbliższym, jubileuszowym 50 numerze wychodzącego w Sztumie Kwartalnika „PROWINCJA”, pod redakcją Leszka Sarnowskiego.
Paweł Zbierski – urodzony w Gdańsku malarz, dziennikarz, filmowiec, scenarzysta. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Dobrowolnie odszedł z TVP po wyrzuceniu stamtąd prezesa Janusza Daszczyńskiego i powołaniu – wbrew Konstytucji RP – prezesa Jacka Kurskiego. W młodości w jego kartotece medycznej zapisano „incydent depresyjny” po tym, gdy w stanie wojennym ukrywał się w szpitalu psychiatrycznym, nie chcąc trafić do Ludowego Wojska Polskiego. Od r. 2016 emigrant z Polski i z Gdańska. W Paryżu w r. 2017 wspólnie z Aleksandrą Kędzierską Fontaine założył w Saint Laurent de Cerdans Dom Sztuki – „Galerie Poray” – od nazwy herbu rodziny Zbierskich, pochodzącej z Wielkopolski – a potem Stowarzyszenie „My w Europie”. Mieszka i pracuje w Katalonii Północnej. Poszczególne odcinki DK są rozproszone w różnych mediach: w wychodzącym w Sztumie Kwartalniku „Prowincja” pod redakcją Leszka Sarnowskiego, w wychodzącym w Gdyni Kwartalniku „Bliza” pod redakcją Pawła Huelle, w „Listach z naszego sadu” pod redakcją Andrzeja Koraszewskiego oraz w Studiu Opinii pod redakcją Bogdana Misia.
