01.12.2022

.
Żółtko, znane z wichrzycielskich skłonności do przesady, stara się grać pierwsze skrzypce w biznesach z białkiem, lecz sędzią ich sporu pozostaje kura. Kogut-marzyciel, mówi, że do odbioru poezji, prozy, malarstwa, czy muzyki, konieczne jest przygotowanie. Kura na to, że skąd znowu, że, by się podnieść z hamaka i wzruszyć do łez, słucha Beethovena. Nie musi latać po podwórku z fakultetami od cioteczki Sorbony, by mieć ochotę na znoszenie jajek itd., ale, gdy ma durnieć z podziwu nad lada szmirą, z marszu dostaje wysypki, odkochuje się w weterynarzu, ma migrenę, estetyczną biegunkę i drażni ją światło. I na potwierdzenie swoich słów, dodała: „w ten sposób można streścić wiersz Staffa – Mowa:
Nie trzeba rozumieć śpiewu słowika
Aby się nim zachwycać.
Żółtko i białko to treść i forma, kura, to czytelnik, a pytanie o pierwszeństwo jajka nad kurą, to bigos nie nasz, tylko zatrudnienie dla szklanej kuli koguta, czyli krytyka; jak wiadomo, ma on rację z urzędu. I to niekoniecznie tylko wtedy, gdy ją ma.
Warsztaty literackie
JAK PISAĆ? Zadano stonodze pytanie, którą nogą rozpoczyna marsz. Zaczęła nad tym hamletyzować, w wyniku czego przestała chodzić i dzisiaj ma już odparzenia na piętach z powodu zafrasowanego dreptania w miejscu.
Z pisaniem nie ma to-tamto, ponieważ nie każdy styl jest podpięty pod właściwy gust; niektórzy preferują logikę, inni natomiast sądzą na odwyrtkę: autor nie powinien być mądrzejszy od butów Noblisty. Warto więc zadać następujące pytania: czym DZISIAJ ma być literatura? Czy jeszcze ma coś do powiedzenia? Czy pełni tylko rolę relaksującą? A może ma opisywać świat i powtarzać to, co zostało powiedziane dawniej i lepiej?
Prognoza
Artystyczna rzeczywistość jest absurdalna. Jest absurdalna chociażby dlatego, że ignoruje przeszłe osiągnięcia: z premedytacją i nonszalancko zapomina o własnym dorobku, co sprawia wrażenie, jakby wszystko, co zostało powiedziane i napisane, zostało stworzone teraz. Jak gdyby literatura zaczynała się od współczesnych twórców. Tymczasem jej dzisiejszy rozwój jest kontynuacją poprzedniego.
Tęsknię za literaturą inspirowaną dorobkiem poprzednich pokoleń. Byśmy się dobrze zrozumieli: inspiracją uwzględnianą przez obecne pokolenia. Za znajomością wcześniejszych dokonań i niepowielaniem tych, które już były.
Może jestem łatwowierny, ale jeszcze pokładam nadzieję w rozsądku; widzę młodych i czytam ich mądre teksty, co napawa mnie otuchą: na szczęście są wśród nas ludzie o niezaplutym umyśle, którzy zdolni są wyzwolić przyszłość z nędzy. Czy będzie to jeszcze możliwe? Powiedzmy, że będzie jak najbardziej. Załóżmy, że pod tym względem nic się nie zmieni. Co, mówiąc nawiasem, jest więcej, niż mało prawdopodobne.
Pokora
Niekiedy zdarza mi się wiedzieć to i owo. Niekiedy, bo coraz częściej przekonuję się, że nie wiem o wielu rzeczach. Okazuje się, że istnieją pułapy erudycji. Jakieś limity wiedzy przyswajalnej przez mózg. Granice. Rubikony, po których przekroczeniu następuje przegrzanie glacy. Na szczęście wiem niewiele, ot, ledwie ciut. Jak z tego wynika, pisarzem nie jestem, bo pisarzem jest Hugo, Mann, Gombrowicz, Lem, ludzie odznaczający się olbrzymią wiedzą i niewąskim dorobkiem. Nie mam dorobku, ergo, jestem tylko kandydatem na skrybę. Literackim czeladnikiem.
Podróże kształcą
Ciekaw świata, żądny przygód, zbudował dalekomorski jacht, którym zawijał do wszystkich portów Ziemi. Po latach już jako okrzepły wilk morski, powrócił do rodzinnej przystani. Gdy wysiadał na znajomy pomost, ze wzruszenia przestał uważać pod nogi, przewrócił się, wpadł do wody i utonął.
Orzeczenie
Myślenie indywidualnymi kategoriami nie licuje z obecną powagą jednostki. Liczy się myśl zbiorowa. Dawniej, gdy pleniła się pojedyncza, gabinetowa, każdy mógł, bez uciążliwych konsultacji, mieć rację. Teraz poglądy mają szansę powstawać szybciej, a często z wyprzedzeniem realiów. Rzecz jasna, możemy obserwować nieuchronną wpadkę, większą awarię. Bywa, że jakiemuś wesołkowi, wypsnie się nieuzgodniona idea, lecz, mój ty Panie, tego rodzaju przypadki są marginalne i od razu tępione!.
Motyw
Gdy się zwiedza, zawsze coś tam w pamięci zostaje. Jest się wtedy konkwistadorem wrażeń, mędrcem płodzącym zafrasowane refleksje o życiu ludzi człekokształtnych, no i nie bez znaczenia jest fakt, że, jak się powraca z terenów tropikalnych, można być szpanerem z paluchem dziobiącym we wspomnieniowy slajd, można, od niechcenia, napomykać, tu byłem, to widziałem na własne oczy i nikt mi nie powie, że jest inaczej.
Gryps z wyra
Żyję tu sobie beztrosko i jest mi dobrze. Kiedy zbliża się noc, a z nią paraliżujący strach przed omamami, układam wciąż beznadziejne opowiadania z wymykającymi się spod mojej kontroli postaciami. Nieokreślonymi, szydzącymi z mojej bezradności. Wyzuty z pesymizmu, ulegam podłym nastrojom wsączanym mi w ucho przez nienabazgranych bohaterów. Są tak podobni do moich opuszczonych przyjaciół! Nad ranem giną w rosie przydrożnych drzew, by przyjść znowu i dyktować mi, co mam o nich myśleć.
Medytacje przed ucinaniem komara
Patrząc w lazurowe oczęta znajomych, dochodzę do wniosku, że nie warto być oczytanym chomikiem. Im się mniej dokładnie o czymś tam wie, tym łatwiej wykrzesać z siebie właściwą wrażliwość.
Spacerkiem po wspomnieniach
Ostatnio, gdy nikt nie załazi do mnie, by mi ze złością oznajmić, że nie ma mi nic do powiedzenia, gdy bez przeszkód pogrążam się we wzdychaniu, z natarczywą żarłocznością clocharda, przypichcam sobie papu z cebulką. Otwieram wieko skrzyni, w której, oprócz pamiątek przewiązanych wzruszeniami, gnieżdżą się bilety tramwajowe świadczące o tym, że onegdaj bywałem człowiekiem ze wszech miar zamożnym.
Prywatne wyznania krokodyla
Zakrawa to na marudzenie, lecz są ludzie, którym do całkowitego nieszczęścia potrzeba stosownej oprawy. Sami z siebie nie potrafią być przygnębieni w sposób wiarygodny. Cierpią nieudolnie, po łebkach i wyjątkowo prozaicznie. W ich roztkliwieniu brakuje ikry, autentycznego entuzjazmu, furii, odrobiny ochoty na płacz, a ich znoszone tragedie prują się i rozłażą w szwach. Przykro mi, ale pogardzam nimi bez wytchnienia: za dnia lub nocy. Ze wstrętem oceniam ich nietrafną rozpacz, ich ubożuchne upokorzenie, powstałe na skutek zbyt rozrzutnego wylewania łez na śmietnik
Wrażenie z galerii
Lampka oświetla obraz w obrazie. Pokój, noc, siwa kobieta siedzi na taborecie. W zgrabiałych rękach trzyma czapeczkę, przypuszczalnie jedyny kontakt z przeszłością. Niemo, bezsilnie, szklanym wzrokiem, przenika przez zamknięte drzwi, za którymi nie wiadomo, co. Na palcu ma dwie obrączki. Jest ubrana w czerń. Chociaż czerń jest o zapachu żałobnych świec, to dla niej, być może, nie zwiastuje śmierci, ale jest zapowiedzią bliskiej wizyty przybysza z mirrą, kadzidłem i życiem po życiu.
Przed premierą
Jest nieruchomy. Oczy wypalone, tępo wpatrzone są w przestrzeń. Mają wyraz bezwyrazowy. Czyta; lub sprawia wrażenie, jakby na chwilę oderwał wzrok od książki. Książka jest nieporęczna i spoczywa na czymś w rodzaju sztalug.
Za oknem świeci słońce, w kącie stoi łóżko nakrapiane purpurą, fotel emanuje żółcieniami, lecz dominującym kolorem jest szarość, która wyodrębnia głębię dywanu i biurka.
Obraz jest olejny, lecz mężczyzna siedzi obojętny na technikę jego wykonania. Nad głową wisi mu kosa, on jednak ma usta zacięte, czoło wysokie, przeorane frasunkami, ręce żylaste, mistrzowsko pociągnięte bezbarwnym lakierem. Kosa nie spada, tylko biurko jest coraz mniej malachitowe, a coraz mocniej hebanowe, jak filmy Bergmana.
Portret
Zaraz, jak się wejdzie do sali z obrazami, widzi się twarz mężczyzny okutanego w nicość. Ma na sobie wymalowany uśmiech człowieka, który postanowił obwieścić światu, że jest wesoły do suchej nitki, a uśmiech streszcza stan jego ducha.
Na pierwszym planie widać zero pointy, wizji, anegdoty. Nawet migdałki, realistycznie odpicowane za pomocą snajperskiego pędzla, nie ratują sprawy. Śladowo i na dużych obiekcjach można tylko przypuszczać, że podobizna przystaje do intencji twórcy. Lecz intencja jest, czy nie ma jej ani na lekarstwo, mężczyzna z portretu, usadowiony w bujanym fotelu, robi złą minę do dobrej gry.
Proces
W trakcie rozprawy odnosi się wrażenie, że oskarżony odgrywa w niej uboczną rolę; żarliwy ping-pong uprzejmych zdań pomiędzy adwokatem a prokuratorem przenosi obu na takie wyżyny prawniczych wybiegów, że czasem aż trudno zejść im na ziemię i dostrzec przedmiot sporu.
Ale oto nadeszła wyczekiwana chwila. Otwierają się drzwi. Sąd wkracza ze swoją sentencją. Prokurator wydaje się zadowolony. Adwokat nie. Winowajca natomiast, niepozorny człeczyna, jest usatysfakcjonowany tym, że może wreszcie dowie się, o co tu chodzi.
Filmowy raport
Film jest sensacyjny i umrzyków w nim więcej niż ludzi na widowni. Denaci są wszędzie: rozmazani na ścianach, skręceni w krwawy precel na piwnicznym betonie; tu oderwana główka, tam czerwona kałuża po kolejnym zafajdanym Harrym.
Odkrywczy szablon reżysera jest taki: partner kropniętego, dajmy na to, Bond-bez-zer, postanawia zemścić się i robi to przez bite dwie godziny. Grzebie w hałdach złoczyńców, w końcu po wielu przygodach znajduje właściwego, wślizguje się do bandy jego kumpli, zaprzyjaźnia, a w międzyczasie zdrowo popija z tutki. Szczególnie w trakcie pościgu za patologią.
Bond to gliniarz po dziadku, ojcu i jego braciach, funkcjonariusz z rodzinnymi obciążeniami. Nie lubi dyskutować z rozterkami: naprzód strzela, później głowi się, po co. Przez większość filmu przeżywa odejście ukochanej flądry, która ma go powyżej, poniżej i ogólnie gdzieś.
Ogólnie rzecz biorąc akceptowany nie jest. Zarówno przez środowisko mundurowe, jak i seryjną brać. Mruk; rzadko coś powie, a jak już, to nie wiadomo, śmiać się, czy płakać.
Pracuś. Przeważnie gania po dachach i schodach kamienic z podejrzanymi lub ściga wraże cztery kółka, po czym idzie na odwach spisywać raporty.
Konfliktowy. Nie znosi szefa. Nie trawi życia towarzyskiego. Samotnik. Czasem zdarza mu się oberwać. Wtedy ceruje sobie jestestwo z miną co najmniej znudzoną, palcami odkażonymi w whisky wydłubuje kulę i udaje się z przeprosinową wiąchą do byłej kochanki.
Tu następuje psychologiczny fragment filmu, bo kobieta ma w oczach przebaczenie. Prędko więc dochodzi do wzajemnego pojednania; ekran trzeszczy od sodomy i gomory, a oglądający naród ma wkalkulowaną w bilet erotykę z figurami.
Rośnie temperatura, buzują hormony, w tle widać rozczochrane łóżko, a na nim nie ulega wątpliwości, jakie to golasy i czyje piszczele; sine barwy znikają, pojawia się róż, brzmi sentymentalna piosnka, zapalone świeczki pełgają kusicielsko, mrożony szampan pyszni się w kubełku, lecz idylla zostaje przerwana, bo na arenę wydarzeń wdziera się zamaskowany oprych z kałachem, który strzela, gdzie popadnie aż miło i w rezultacie trafia w laskę, z której wymyka się ostatni dech.
Natomiast Bond jest w swoim żywiole: kładzie trupem faceta i na ekranie zostaje mokra plama w kominiarce. Po czym, by nie tracić czasu, akcja przenosi się do Stambułu i nie wiadomo dlaczego jestem razem z widzami wśród mrowia minaretów, bazarów, w plątaninie ciasnych uliczek przetykanych gwarem.
Reżyser jest malarzem kamery. Nie jakimś tam przeciętnym pejzażystą, ale mistrzem klasy B, poetą wyczulonym na grę świateł, na eksponowanie kwiecistych barw pstrokatych kobierców, które mieszają się z rumianym kolorem pyzatych straganiarzy i gdzie widz nie spojrzy, tam dostrzega ścisk, potrącankę, przepychankę, łysy czerep Bonda zmierzającego do meritum.
I w tym momencie musiałem wyjść na siku, a jak wróciłem, to dawali następny.
Życiorys głównego Bonda
Film to nie życie; bohater z ekranu, strzelający z półobrotu, wraca na rodzinne łono, by dokończyć dzierganie szalika. Reżyser ciśnie go, by się wykazywał, odznaczał, wiódł prym, błyszczał tam i sam. Nie chce na planie ciepłej kluchy, pokornego cielaka ssącego dwie krasule. Faceta mdlejącego ze strachu na widok trupa w szafie. Pragnie macho stawiającego czoło problemom, a nie dupka zwiewającego w krzaki za lada podmuchem zagrożenia.
Natomiast zarysowany tu gostek preferuje spokój, ciszę, pastelowe klimaty i wodne farby. Tryska dzielnością jedynie podczas filmowego seansu. Seansu pełnego niespodziewanych niespodzianek, szybkich zwrotów akcji, huku petard, martwych zwłok i chrzęstu popkornu. W domu oderwany od reżyserskich wymagań uwielbia natomiast dzierganie przy naftowej lampie.
Sytuacja, w której się znalazł, godna pozazdroszczenia jest nie bardzo. Pilnowano, by nie zawiódł. Bez opamiętania wrzepiano mu w mózgownicę, że ma być powściągliwy w emocjonalnym ujadaniu. Bez przerwy szturchano go w ambicję, deptano mu po odciskach, on zaś, z dalekiego daleka obserwował, co przydarza się takim, co to nadal są fabularnymi bohaterami w przyciasnych gaciach w różowe słoniki.
Smak Charona
Pracowałem wiele i nie oszczędzałem się. Robiłem wszystko, by zostać zauważonym, docenionym i obdarzonym czymś na kształt szacunku. Wmówiłem w siebie, że bez działania, nadmiernej i nieprzerwanej aktywności, moje życie staje się bezprzedmiotowe. Twierdziłem, że ruch, to podstawa istnienia, a bezruch, to jego zaprzeczenie.
Po latach treningu jednak zmieniłem zdanie. Przekonałem się, że nic nie zależy ode mnie i nie do mnie należy ocena; dla ludzi wywodzących się z zewnątrz nie liczą się te rangi spraw, w które wierzyłem, albo wydawało mi się, że wierzyłem, ale liczą się – koniecznie i wystarczająco – tylko te, które są pieniężnym wyróżnikiem sukcesu, że aktywność może być uznana nie za życiową potrzebę, lecz za dziwaczną manierę bycia.
Zacząłem więc być nie tam, gdzie powinienem, a tam, skąd wieje wiatr. Patrzeć tylko to widząc, na co mi pozwolą. Przeżywać i brać udział w niechcianych podziwach. W zaległym zachwycie i spóźnionych atrakcjach. Mieć nie swój gust, a smak – Charona.
Siła przyzwyczajenia
Kiedy mam się dosyć, mam dosyć siebie takiego, jakim widzą mnie ludzie, którym wydaję się godny litości. Kiedy zakładam swoją codzienną, obronną twarz, oddycham z ulgą, że, zostawiając ją na nocnym stoliku, rankiem odnajduję w niej te same wady, a koszmar nocy nie pozbawił jej uśmiechu i nadal dysponuję grymasem potulnego bęcwała.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
