Człek małpokształtny
21.02.2023
Zatwardziali z nich rycerze funta kłaków niewartej sprawy. Nadludzcy na pozór siłacze. Mitomani żyjący przeszłością. Źródło wszelkiego polskiego zła ostatnich lat.
Są jak bracia z jednego miotu: ten sam szokujący poziom inteligencji, te same kultywowane wartości, podobne nadreakcje emocjonalne. Różnią się jedynie posturą. No i ciskanymi petardami będącymi ich indywidualną wunderwaffe. Ten niższy, o wyszukanej prezencji korpulentnego gnoma, władczy i uważany za obdarzonego specyficzną charyzmą, ma wrodzoną specjalizację w opluwaniu przeciwników toksyczną drwiną i pomówieniem. Drugi zaś, o aparycji mściwego czarnoksiężnika, miotaniem niestworzonych bredni uderzających w nieprzyjacielski system nerwowy, głównie obszary mózgu odpowiedzialne za eksplozję kaskadowego śmiechu.
I byliby wyłącznie śmieszni i politowania godni, gdyby nie wiało od nich grozą.
Na fali przemian społeczno–politycznych dochrapali się w swoim czasie środowiskowego uznania, co zaowocowało wieloletnim wysiadywaniem odpowiedzialnych stanowisk, aż do przechwycenia konsoli władzy niemal absolutnej. Różnej w obu przypadkach, dającej jednakowoż możliwość kreowania rzeczywistości na obszarach ich działania. I – o dziwo – zgromadzili liczne grono zwolenników. Taki konglomerat: wiecznie niezadowolonych frustratów, wybujałych fantastów, bezwzględnych radykałów. Niedouczonych mędrców z jednej strony, pozbawionych edukacyjnej ogłady prostych zjadaczy chleba z drugiej. Oraz patologicznych kombinatorów, dwulicowych judaszów i najpospolitszych gałganów. W nich to było realne oparcie i siła mafijnego posłuszeństwa.
Nie wypsnęli się przecież kosmicznym odmętom naznaczeni pozaziemskością, nie przybyli też zza mórz, by krzewić obcą tu wiarę i kulturę, są autochtonami. Tu ich korzenie, tu familijne odgałęzienia i prochy przodków. Tu wszelkie bogactwo ziemskiego życia, wypracowana przez wieki odrębność i osobliwy, niepowtarzalny koloryt. Którym to przymiotom wypada okazywać podziw i bezwzględny szacunek, niezależnie od merytorycznej krytyki. Gdyby okrutny los nie poprzestawiał czegoś w delikatnych połączeniach ich dojrzałych mózgów, pewnie żyliby jak wszyscy wkoło: orząc, siejąc, zbierając. Wybrali jednak sianie fermentu i walkę równo zaorującą i święty, i ateistyczny spokój mieszkańców.
Od lat tak wojują tworząc, jak papużki nierozłączki, trudno do końca rozszyfrować jaką tajemnicą scementowaną parę; domysły są jedynie źródłem wiedzy na ten temat. Pomimo na pierwsze drgnienie szarej komórki zgranego ich działania dla wspólnej idei, są duetem ze wszech miar dysharmonijnym. A co za tym idzie toksycznym tak wzajemnie dla siebie, jak i wyjątkowo groźnym dla otoczenia, ponieważ nie zaprzątając sobie głowy głębokim sensem i doraźną celowością własnych poczynań oraz nie grzesząc celnością, sieją wokół chmarami rykoszetów i niewybuchów. Niby to wzorem baśniowych siłaczy walczą z lokalnymi smokami, przygotowując się do starcia na śmierć i życie ze smokiem głównym. Tym totalnym, według nie wiadomo skąd jak zarazę przywleczonego i pielęgnowanego ich wyznania, pustoszącym tę urodzajną krainę, niegdyś miodem i mlekiem, obecnie sąsiedzkim zza miedzy rynsztokiem płynącą.
Łudzą się, że zdublowanymi siłami wzmocnionymi zaciągiem wśród prostego ludu za obiecane w przyszłości polukrowane dyrdymały i diabolicznym sprytem własnym przywrócą nie tylko jej dawną świetność, ale doprowadzą do niemal świętości. O zdanie nikogo nie pytając, oczywiście.
Mieszkańcy owej krainy, w przeważającej większości światli i zrównoważeni, chcieliby, jak im podobni w wielu bardziej przewidywalnych zakątkach globu, żyć w spokoju i dobrobycie. Budzić każdy dzień poczuciem bezpieczeństwa, gasić satysfakcją spełnienia.
W czym rzecz? – zachodzili w głowę. Bo to, że durakom pomyliły się epoki, nie ulegało wątpliwości. Smoków ni widu, ni słychu od lat. Królestwo dawno przekonwertowało w rzecz publiczną, tak swojsko, jak proroczo zwaną pospolitą, w której właściwie niełatwo było pojąć kto faktycznie i dlaczego tak, a nie inaczej rządził. Na ogół chciwość darła tu koty z nieporadnością, a niekompetencja skwapliwie na tym korzystała.
Kto mógł więc to… nierządził. Dziw tedy wielki, że do dziś pospolitość skrzeczy? Na dodatek najszkaradniejszej nawet księżniczki nie uświadczysz ze świecą, o czym zapewniają najstarsze karaczany w nie zrujnowanych jeszcze tu i tam basztach. Całkowicie więc chybiony jest baśniowy motyw poślubienia w nagrodę królewskich córek. No więc o co tym harcownikom idzie? Ha!
O Królestwo otóż z dobrodziejstwem inwentarza. O tę Ziemię z jej Ludem. O wieczne, chwalebne panowanie. I ta oto prawda z trudem, ale przedarła się wreszcie do ciemiężonych łepetyn.
Dało się tu żyć do tej pory zużywając pokłady ludzkiego zrozumienia i cierpliwości. A teraz te szalone kojoty niepokoju społecznego raban wszędzie czynią, tumult wzniecając i tumany bóg wie czego jeszcze wznosząc na poziomy nie do pogodzenia z rozsądkiem. Komplikują co tylko się da, niczego nie prostują. Wraz z rozbuchaną nad miarę świtą żyją ponad stan, ciężarem kontrybucji obciążając grzbiety najsłabszych i najuboższych. Nieproszeni przecież, po latach stali się wszędzie obecnym symbolem politycznego cwaniactwa, w tym głównie niebotycznej arogancji i perfidnej zachłanności, doprowadzając do perfekcji operowanie pokracznymi zmyśleniami i kłamstwami bez zmrużenia oka. W kraju narasta tsunami buntu.
Sprawa błaha nie jest. Obóz przeciwnika okrzepły, choć spękany. Własny – wielofrakcyjny, z konsolidacyjnymi problemami. A tu jedynie jakieś pospolite ruszenie może dać radę szaleńców z siodeł wysadzić. Szykuje się co prawda takie po letnim plonowaniu, ale iluż usłucha wezwania i stawi się karnie do zademonstrowania obywatelskiej powinności, ją przedkładając nad prywatę i własne wygodnictwo. Obywatelskiej? Toż rodzicielskiej!! Dla tych, co z nas i co po nas.
No a oni? Wiekowi są. Mogą uniknąć, odchodząc w ten lub inny sposób, albo też stronę, litościwej, bywało, sprawiedliwości ludowej, a raczej społecznej pobłażliwości, z powodu widocznego gołym okiem nieprzystosowania do współczesnych realiów.
A niechby już i poszli, mniej naszkodzą.
Tu nieśmiała sugestia. Skoroście z choinki się urwali, panowie, to może w ramach nostalgicznego powrotu do przeszłości, z powrotem… na tego iglaka?
WaszeR coraz mniej londyński
