Marek Jastrząb: Głosy5 min czytania

()

03.03.2023

Kiedy zbliża się noc, a z nią strach przed zaśnięciem, układam sztuczne powiastki z nieokreślonymi herosami.

Słucham tłumu bezimiennych postaci skandujących pytanie: czy to ty jesteś potępiony? Ulegam podłym nastrojom wsączanym mi w ucho przez nienabazgrane widma i nie mogę oprzeć się zdumieniu: są tak podobne do moich przyjaciół!

Musiało minąć parę minut, zanim dowlokłem się do świadomości, że nadal jest ze mnie porządny kawał mizernego chłopa, leżę na plecach i przydzielonym barłogu, nie trzeba mnie uspakajać, dopieszczać za pomocą utulania, głaskania i cmokania po ego.

A zaraz potem dopadały mnie głosy.

Kiepsko znosiłem ich odwiedziny i przesadne roztkliwienia. Uważałem, że już nie muszę być zniewalający, podlizywać się im, gdy przemawiają za mnie, stać przed nimi na baczność, w pajęczych postawach, bo ich drapieżny czar stracił magiczną moc.

Któregoś nocnego czuwania, głosy odeszły. Lecz zamiast nich pojawiły się słabsze, które próbowały mnie zwodzić i nawracać na racjonalne życie. Zapraszały do świata grzecznych, uporządkowanych i posłusznych obroży. Nakłaniały do czcigodnych zachowań, przebiegle mówiły, że skoro mam zamiar pokicać jeszcze po tym łez padole, powinienem zwolnić obroty.

Jednak w ich zaproszeniach wyczuwałem fałsz. Nieomal czułem na plecach ich odrażającą obecność, lepkie dotknięcia, łomoty i wibracje. Towarzyszył im wzgardliwy śmiech, pełen politowania chichot prorokujący mój kres.

Pytały, od kiedy tańczą we mnie zjawiska i krajobrazy. Odkąd mam te furkoczące przywidzenia, zamęty, odmęty i rozkołysania. Od kiedy wracają mi wspominkowe napady, a ich zamazany sens plącze się po niespiesznej pamięci. Od jakiego czasu, wyprężonymi batalionami, wdzierają się do mnie fakty, daty i miejsca, które, być może, kiedyś coś tam mówiły, napominały i skłaniały do zadumy, a teraz były fantomami?

Miałem wówczas wrażenie, jakbym dysponował nieograniczonym „dzisiaj”. Niby nadal robiłem dalekosiężne plany. Poniekąd władałem sprecyzowanymi zamierzeniami. A jednocześnie wiedziałem: pewniki, za które dałbym się posiekać „teraz”, „jutro” zostaną wydrwione i wycofane z obiegu.

Byłem w kropce. Pałętałem się po ziemi od tak dawna, a coraz mniej wiedziałem o sobie. Co moment doświadczałem innych wątpliwości i zastrzeżeń. Zrobił się ze mnie jakiś płochliwy i przygaszony osobnik. Nie mogłem nawet powiedzieć, że dokucza mi depresja, gdyż nie było to przygnębienie w stanie czystym, smutek rozpoznawalny od razu, jak ospałe i beznamiętne drzemanie w kącie. Przypuszczam, że była to raczej uczuciowa maść na skrupuły, ochronny plasterek zapobiegający rozprzestrzenianiu się psychicznych toksyn, mieszanka z niegdysiejszych emocji.

Lecz wiadomo: koniec jednego etapu jest początkiem nowego. Przynosi ratunek i zapobiega stagnacji. Jak gdyby ginęła nadzieja i odmykały się drzwi prowadzące do następnej fali lęku. Toteż z obawą wkraczałem w nieznane przestrzenie świata i stwierdzałem ze zdumieniem, że czas nie ma brzegów; jest ciągły i bezkresny jak życie. Toteż zabrałem się za spisywanie wspomnień, jakkolwiek życzliwe głosy mówiły, że jest już za późno: powinienem to robić, gdy posiadałem umysłową krzepę i stać mnie było na zdrowy rozsądek.

Mawiały, wpędzając mnie w złość, że przedtem czasu, a teraz nie mam do nich głowy. Na ich gust, za często mylę wydarzenia. Skutki grają w salonowca z przyczynami. Plączę nazwiska, mieszam przyjaciół z wrogami, przedstawiam osoby typu „olaboga” jako ludzi „palce lizać” i „do rany przyłóż”.

Wytkały, iż niepotrzebnie myszkuję po ich życiorysach dopatrując się pozytywnych cech tam, gdzie nie ma czego szukać, a pomijam te, które są złe. Z litości nie wspominały o fizycznych wizerunkach; moje notatki zamieniają – w tak zwanym okamgnieniu – „prawdę faktu” na „prawdę fikcji”. Tłuścioch z piętnastej strony, na dwudziestej podobny jest do kija od miotły. Bezkompromisowo łysy okazuje się brunetem, umowny przystojniak jest cherlakiem. Jednym słowem niebezpieczeństwo czyha na każdego, kogo chciałbym opisać i tylko mi się wydaje, że coś o nich wiem.

Tak więc dałem sobie spokój z przekonywaniem głosów do swoich konfabulacyjnych racji. Mówiłem w zamian: to, co się ze mną dzieje, jest senną marą, która już przemija. Choć w głębi ducha przyznawałem im rację, na zewnątrz tkwiłem w swoich rozterkach; sądziłem, że jeszcze nie jestem przygotowany do zmiany przeżyć, bo wiedziałem: uspokojenie nadchodzi nie tak od razu. Toteż dałem sobie spokój z przekonywaniem głosów do swoich racji. Wmawiałem sobie za to: to, co się ze mną dzieje, jest zaledwie marą, która już przemija. Wprawdzie tej chwili jest dla mnie żelazną obręczą, amnezją zakleszczającą się i uniemożliwiającą rozsądek, to przecież wkrótce zwolni swój zacisk.

Dni, godziny i tygodnie spędzane w łóżkowej monotonii, upływające mi pomiędzy patrzeniem w sufit a przytulaniem się do ściany, powlekały się patyną miesięcy, rdzawym nalotem bezczynności, osadem coraz bardziej gasnącej wiary w przyszłość. Stwierdzałem więc, że nie mam w sobie siły na dalsze zmagania ze światem i zaczynam tracić grunt pod nogami, a ulgę przynosiło mi stwierdzenie, że wszelka utrata jest uzupełniającą częścią życia i przyprawą losu.

Źle znosiłem ich odwiedziny. Ich roztkliwienia i swoje odpowiedzi czynione półszeptem. Przypatrując się moim notatkom, uważnie, w skupieniu i ochoczo dyktowali mi, co mam o nich sądzić. A nad ranem ginęli w rosie przydrożnych drzew, by zjawić się znowu, gdy nadejdzie ich czas.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM