Marek Jastrząb: Koligacje3 min czytania

()

03.04.2023

Tego wieczoru rozszalał się wiatr. Stałem za szybą, oparty o parapet i słuchałem radia. Za oknem wiatr, za szybą ja, naprzeciw mnie skrzynka z muzyką, oto sceneria. Herbata rozgrzewała mnie, zazwyczaj dawała mi poczucie bezpieczeństwa, łagodziła skołatane nerwy. Ale dzisiaj nie pomagała, szczególnie teraz, przed tak długo oczekiwaną wizytą.

Z drewnianej skrzynki płynął dźwięk fortepianowej sonaty; głęboki, bezpretensjonalny w swoim wyrazie, pobudzający do myśli podobnych w tonie. Powoli przepływały przez moją głowę, jeszcze senną, a już znajdującą się na pograniczu jawy skłonnej wyrwać mnie z drzemki.

Co miało nastąpić, nastąpiło: do pokoju wkroczył mój rozmówca. Od razu poznałem go po sylwetce, ruchach i mowie, nieśmiałej i pełnej niedomówień.

– Czym mogę służyć? – zapytałem. Zabrzmiało to nieszczerze, ponieważ zacząłem sobie zdawać sprawę, że nie mógłbym mu wcale „służyć”, to bowiem, co chciał mi powiedzieć, przekazać lub o coś poprosić, jest dla mnie rozkazem. Był człowiekiem niespełna dwudziestoletnim, wysportowanym i opalonym. Usiadł na brzeżku fotela. W dyskretnym świetle nocnej lampki, po obu stronach dzielącego nas biurka, gotował się do zadania mi ciosu:

– Jestem pana synem. Matka nie żyje, a ja wróciłem.

– To przykre – stwierdziłem.

– To śmieszne – rzekł, tłumiąc kaszel. Obojętnie spojrzał na mnie – to śmieszne, że wcale nie interesuje pana, skąd przybywam – dokończył.

– Wiem wszystko o tobie – zaoponowałem – a także wiem, dlaczego twoja mama umarła i to już wcale nie jest śmieszne. Nastąpiła przerwa, podczas której przesunął wzrokiem po starannie zapisanych i posegregowanych kartkach.

– A więc tak pan mieszka – powiedział z żalem.

– Tak, choć nie ukrywam, że zawsze chciałem mieszkać zupełnie inaczej.

– Trochę tu zimno – stwierdził z przekąsem.

– Mówmy o twojej przyszłości – zignorowałem zaczepkę.

– Już nie warto.

– Mogę ci pomóc.

– Teraz – fuknął.

– Właśnie teraz! – krzyknąłem. – Koniecznie w tej chwili! – wydzierałem się. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś, by, zdecydowanie odepchnąć moją wyciągniętą rękę i dodał:

– Mówią, że mam się oszczędzać.

Co mogłem zrobić? Powiedziałem: – wyjedziesz w góry, do jakiegoś sanatorium, będziesz się leczył, może w Szwajcarii, może w Dusznikach, to wyłącznie kwestia pieniędzy, jak mówiła twoja mama, a ja pieniądze mam. Rozumiem twój stan, to znaczy potrafię go zrozumieć, za długo milczałeś, jednakże ja również i mam ci tyle do powiedzenia, i nie wiem, od czego zacząć, nie wiem, czy trzeba wracać do przeszłości, to takie trudne, im dłużej się żyje, tym więcej trzeba się usprawiedliwiać…

Ogarnął mnie smutek, a i on spoważniał. Wyczuwałem, że odgrywam groteskową rolę, gdyż groteską było sprawianie na nim wrażenia. Wychowywany przez kobietę, która na próżno starała się stworzyć z niego mężczyznę. Wcześnie osierocony, wyrósł na egocentryka; dorastał, tułając się po sanatoriach i z tej przyczyny był coraz bardziej zgorzkniały, cyniczny, mający pretensje do całego świata za swój parszywy los, fatum popychające go od jednej niedoli do drugiej. A dzisiaj, gdy siedział przed biurkiem, jakby chciał się nim odgrodzić i ukryć i zamaskować przed moim spojrzeniem, bał się mnie, bo niczego o mnie nie wiedział. Nie miał pojęcia, jak go przyjmę, z rezerwą, czy serdecznie; nie rozumiał, kim byłem dla jego matki, a mojej siostry.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM