11.05.2023
Pisząc w SO wielokrotnie zdarzało mi się wrzucać pytanie o ludzi, którzy świadomie bądź mniej świadomie przyzwalają na obecny stan rzeczy w polskiej polityce, akceptują wprost lub udając nieświadomość przestępcze działania obecnej ekipy rządzącej znajdując „wytłumaczenie” dosłownie każdego naruszenia dekalogu będącego ponoć gwiazdą przewodnią moralności najbardziej katolickiego narodu pod Słońcem. I Księżycem.
Pytanie raczej z gatunku retorycznych, bo ani nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na nie, ani żaden z socjologów, politologów, psychologów ani psychiatrów nie pospieszył z rozwiązaniem dręczącego mnie dylematu.

Wydawałoby się, że jest rzeczą normalną wyrażanie zdziwienia, iż wymachujący przy każdej okazji banderą swojej wiary katolik (wiążący ją wręcz z tożsamością narodową) nie reaguje na widoczne gołym okiem akty kradzieży publicznych zasobów (przykazanie nr 7), rzucanie plugawych słów pod adresem bliźniego z innej partii politycznej (przykazanie nr 8) czy kierowanie pod tymże adresem słów nienawiści (dla mniej zorientowanych – to też przykazanie nr 5!) itd. itd.
Naprawdę rzadko, coraz rzadziej (a powinno chyba być wręcz odwrotnie) spotykam się z próbami wyjaśnienia zaistniałej sytuacji.
Budzące zdumienie wypowiedzi „no, może i kradną, ale się dzielą…” czy „a Tusk kradł więcej…” ew. „nikt mnie dotąd nic nie dał tylko oni…” nijak niewyjaśniające relacji pomiędzy rzeczywistością a dekalogiem wciąż pozostają jedynymi jakie udaje mi się uzyskać czy to poprzez media, czy też w bezpośrednich kontaktach.
Mało tego. Samozwańczy, ale uznany „przewodnik duchowy” również nie reaguje na naruszenia dekalogu, a wręcz przeciwnie – sam korzysta na popełnianych przestępstwach.
W miarę utrwalania się zaistniałego stanu rzeczy coraz częściej przekonuję się, że samo stawianie pytania, jak wyżej, staje się w oczach i uszach interlokutorów prowokacją, na którą czują się oni zobowiązani odpowiedzieć z całą stanowczością. I w zasadzie tylko stanowczością, nie dbając o jakieś głupie meritum, logikę czy sens. Wrzask w obronie „wartości” jaki wtedy podnoszą jest jałowy, beztreściwy, niczego do dyskusji nie wnosi, niczego nie wyjaśnia.
Zdaję sobie sprawę, że tych ludzi w jakiś sposób doprowadzono do takiego stanu umysłów. Teoretycznie skoro doprowadzono to można by i „wyprowadzić” z tego stanu, ale warunkiem jest chęć ze strony samego „wyprowadzanego”. A tej nie widać.
Jak bardzo można wpłynąć na czyjś umysł, narzucić sposób myślenia, wartościowania i oceniania? Obejrzałem niedawno filmik wyprodukowany przez rosyjskich dziennikarzy. Po jego emisji mam problem z odpowiedzią na zadane przez siebie pytanie. W zasadzie nie widzę granicy.
Obejrzałem ten film, ponieważ miałem nadzieję, że pomoże mi zrozumieć przyczyny tej wojny. Wojny, której wybuch jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek logiki. Rosja to państwo, w którego ziemi leży cała tablica Mendelejewa. Wystarczyłby eksploatacja tego bogactwa i w miarę sprawiedliwy podział zysków, a nikt na świecie nie żyłby w takim dostatku jak Rosjanie. Dlaczego więc tak nie jest? I dlaczego sami Rosjanie się na to godzą?
Ze względu na toczącą się wojnę w Ukrainie film ten jawi się jako szczególnie drastyczny choć tak naprawdę wcale nie jest aż taki wyjątkowy. Ludzi podobnie myślących, rozumujących i dokonujących w ten sam sposób wyborów mamy przecież koło siebie. Krewni, znajomi, współpracownicy, sąsiedzi …
Mało tego. Tacy ludzie są wszędzie, nawet tam, gdzie spodziewalibyśmy się ich najmniej.
Czyż nie są takimi ludźmi ci, którzy wspierają w USA Trumpa, człowieka, który na pierwszy rzut oka wygląda na kogoś, kogo trudno by było obdarzyć zaufaniem? Przy okazji pytanie: czy to przypadek, że ludzie tacy jak Trump znajdują poparcie polityków takich jak nasze PiS czy Orban? Turcję czekają w tym roku wybory, które tam są grą o wszystko. Czym się skończą? Można się zdziwić robiąc światową mapkę wzajemnego poparcia.
Pytanie o źródła tego stanu rzeczy jest o tyle zasadne, że ta fala rośnie, ludzie o tym sposobie myślenia stanowią już spory procent wśród wyborców w krajach, gdzie wybory jeszcze w ogóle się odbywają. Procent, którego lekceważyć nie wolno.
Można oczywiście zdumiewać się, że w XXI wieku, przy dostępie do informacji jakiego nigdy w historii nie było, rośnie nam populacja, która niewiele odbiega poziomem od średniowiecznych chłopków kulących się ze strachu przed czarownicami. Tyle, że to zdumienie również niczego nie załatwi.
Jeśli można, jak to zrobił ostatnio pewien węgierski generał, zasugerować, iż Polska jest współwinna II wojnie światowej, to w zasadzie można już wszystko. To ostatnie zdarzenie jest dla nas tym bardziej niemiłe, że to przecież rząd Węgier był do niedawna niedoścignionym wzorem dla nadwiślańskiego Liliputina, który obiecywał, że zrobi w Warszawie „drugi Budapeszt”. I choć Orban oszukiwał i oszukuje go regularnie, ten nie zraża się i dąży do celu, którym jest nieukrywana dyktatura. Przygotowania do jesiennych wyborów świadczą o tym aż nadto.
Co się stało? Zawiodła ludzi demokracja czy my, którzyśmy jej nieudolnie używali? Może zacznijmy od spojrzenia w lustro i szukania odpowiedzi od siebie. Pewnie to nie wystarczy, ale od czegoś trzeba zacząć.
Co nas czeka? Czy znajdujemy się jako świat na jakimś zakręcie? Czy historia zmierza w nieznanym do końca i niezbyt pożądanym kierunku? Tak było już nieraz, a jak wiadomo – z historii jeszcze nikt się niczego nie nauczył.
Szczególnie tego, jak można by zapobiec takiemu biegowi rzeczy.
Jest źle także dlatego, że jeśli procent ludzi niegodzących się na narzucony zły kierunek jest wciąż jeszcze duży, to nie bardzo jest komu ich zmobilizować. Jeśli przywódcy tzw. opozycji bardziej martwią się o miejsca na liście niż o to, co czeka Polskę po kolejnych wygranych przez PiS wyborach, to o czym mamy rozmawiać?
Chociaż … może jednak porozmawiajmy.
Póki jeszcze nam wolno …
Jerzy Łukaszewski

„Pytanie raczej z gatunku retorycznych….”. I tak i nie – opowiedź tkwi w celowo i świadomie wzmacnianym procesie polaryzacji podziałów, akurat w POlsce istniejących od co najmniej 300 – 400 lat. Kopanie rowów i wojna utwala zachowania plemienne – bezrozumne, tępe – obojętne na wszelkie argumenty merytoryczne. Stąd tolerancja na wiele afer, głupoty, świństw pisowskich, przy jednoczesnej nietolerancji dla nawet niewielkich przewin drugiej strony. Amerykanie, Turcy, Węgrzy, Izrael – wszędzie efekty polaryzacji sa bardzo podobne, choc przyczyny nieco różne. Rosjanie są biologicznie czy wręcz genetycznie zmanipulowani i nawet juz nie umieją myśleć w sposób otwarty. Stąd takie rzeczy opowiadane jak w tym filmie. Kisiel to pieknie nazywał: „…mam własne zdanie, ale się z nim nie zgadzam”.
*
Mimo wymienionych uwarunkowań jestem przekonany i działam (na miarę własnych możliwości) na rzecz zwycięstwa opozycji demokratycznej w Polsce. Mimo różnych zachowań każdego z przywóców partyjnych po stronie demokratycznej warto wywierać na nich presję – w końcu zmiękną.
Dziękuję za zwrócenie uwagi, że warto zacząć od spojrzenia w lustro.
Zawsze się ludziom jakoś wydaje, że oni są tymi mądrymi i dobrymi.
W jednym z moich ukubionych filmów „Upadek” (org. Falling Down) główny bohater zirytowany wysiada z samochodu w korku i postanawia w inny sposób dotrzeć na urodziny córki. Oprócz korka irytować go zaczynają i inne rzeczy i zachowania, na które coraz silniej reaguje złością. Zatrzymywany przez policjanta jest wielce zdziwiony, że to on jest postrzegany jako „bad guy”.
Takie przekonanie o słuszności własnych przekonań i poglądów towarzyszy pewnie zdecydowanej większości ludzi.
We mnie więcej zaufania wzbudzają ludzie, którzy wątpią i przyznają, że się mylą, niż mający rację i przekonani o własnej słuszności. (pierwszy na myśl przychodzi mi Tomasz Lis)
O takich wiersz pisał Jan Brzechwa. Tu w wykonaniu Fronczewskiego (akademia Pana Kleksa)
https://youtu.be/W97etrfuJik
>>Co nas czeka? Czy znajdujemy się jako świat na jakimś zakręcie? <<
To przesilenie systemowe tzw. demokracji. Demokracja bez ograniczeń to po prostu populizm, przejawiajacy się w formie nasilonej medialnej manipulacji nastrojami (uwaga: nie mylić z poglądami) i kreawaniem wizerunku według wyników sondażowni, z krótkim horyzontem przewidywań skutków takich działań, co jest zapowiedzią różnych przejawów kryzysów.
Właśnie wypadamy z zakrętu przewidywań.
Ostatecznego spustoszenia w hierarchicznym sposobie myślenia, w którym są sprawy ważne, ale też ważniejsze, dokonała ciągle modna poprawność.
W ten sposób tylko wzmacniamy przekonanie, że nie ma znaczenia, na co stawiamy.
Pozostaje jedynie pytanie: jaki system sprawowania władzy nad tłumami zdominuje w najbliższej przyszłości?
Ale to już odrębny temat.