Sławomir Popowski: Moskiewska opowieść wigilijna

2012-12-23. W odwiecznym sporze ideowym o wyższości Wielkiejnocy nad świętami Bożego Narodzenia – jestem zdecydowanie po stronie tych ostatnich.

Podobno wigilia – z tą całą jej obrzędową oprawą: choinką, bombkami, pierwszą gwiazdką, Św. Mikołajem, opłatkiem i kolędami – jest najbardziej pogańskim ze wszystkich świąt naszego polskiego kalendarza kościelnego. Ale i najbardziej ludzkim, ciepłym i rodzinnym. Jedynym, kiedy przy opłatku oczy mogą zwilgotnieć. A wszystko to wzmacniane jest przez pamięć dzieciństwa. Przedświątecznego zamieszania – mycia, sprzątania, wiórkowania i pastowania, a potem cudownych smaków i zapachów: pieczonego mięsa, ciasta i pomarańczy, (za „komuny“ rzucanych na rynek właśnie przed świętami), a także świeżo ściętego świerka, który stanął w rogu pokoju i teraz świeci kolorowymi lampkami.

Przed kolejną wigilią wspominam dawne i najpiękniejsze. Te z czasów PRL, gdy ok. godz. 18, czy 19-tej zamierał wszelki ruch, a na ulicach Warszawy pojawiały się nocne autobusy. Z moim przyjacielem Maćkiem, po rodzinnych kolacjach wigilijnych, spotykaliśmy się wówczas na Starym Mieście, aby w kilku kościołach, poczynając od Katedry, posłuchać pasterkowych kolęd. On szedł pieszo z Ochoty, ja – ze Szmulek na Pradze. A potem – pieszo przez most, do domu…

Wspominam też wigilię w schronisku na Turbaczu, ze wspólnym śpiewaniem kolęd w prawdziwej, pełnej jeszcze siana kolibie na Czole Turbacza. A także tę najdziwniejszą i niezwykłą – moskiewską, którą w swoich wspomnieniach nazywam – „ekumeniczną“.

Za zamkniętymi drzwiami

W 1992 r to była już moja siódma wigilia spędzana w Moskwie, gdzie pracowałem najpierw jako korespondent PAP, a potem „Rzeczpospolitej“ (ale tej dobrej, „fikusowej“). Z Blanką, moją żoną, surowo przestrzegaliśmy jednej zasady: daleko od kraju, ale wszystko musiało być jak w domu. W każdym szczególe, co nie było takie łatwe. I wcale nie dlatego, że komunizm, sowieci, a potem chaos po rozpadzie ZSRR.

Problemy wynikały z różnicy kalendarza. No, może nie tylko. Przynajmniej do czasu. Przed 1988 r, tj przed rocznicą 1000-lecia chrztu Rusi i pierwszą oficjalną wizytą w ZSRR kardynała Józefa Glempa, wielu pracowników ambasady polskiej w Moskwie miało opory przed – nazwijmy to tak – afiszowaniem się swoją religijnością. Po opłatek i na pasterkę do jedynego, czynnego wówczas w radzieckiej stolicy kościoła katolickiego pod wezwaniem Św. Ludwika (nawiasem mówiąc położonego tylko kilka przecznic od KGB na Łubiance), nasi dyplomaci wyprawiali się więc w sekrecie, na wszelki wypadek parkując na innej ulicy swoje dyplomatyczne samochody, których numeracja zaczynała się od D 086…

Wtedy mnie to śmieszyło, ale na szczęście w polityce ideologicznej zaczęły wiać już inne wiatry. O wiele trudniej było odciąć się od tętniącego za oknami życia miasta. Zwłaszcza korespondentowi, pracującemu praktycznie w reżimie codziennego, 24-godzinnego dyżuru. W końcu najsłynniejsze wystąpienie Gorbaczowa, w którym ogłosił swoją dymisję i praktycznie rozpad Związku Radzieckiego wygłoszone zostało 25 grudnia 1991 r – tj. w pierwszy dzień naszych świąt Bożego Narodzenia…

Ale były i problemy bardziej prozaiczne. Na przykład, jak zdobyć choinkę – i to taką, jak w kraju, „do sufitu“ – skoro w sprzedaży, także na tzw. rynkach kołchozowych, pojawiały się one dopiero tuż przed najważniejszym, „rodzinnym“ świętem Rosjan, tj. przed Nowym Rokiem. I na to był jednak sposób: mnie pomagali zaprzyjaźnieni „weterynarze“ z podmoskiewskiego Podolska, którzy co roku „załatwiali“ wcześniejsze wycięcie w lesie „zamówionego“ świerka, po który musiałem wyprawić się kilkadziesiąt kilometrów za Moskwę. I oczywiście z odpowiednim załącznikiem… I może to zabawne, ale były to nasze najpiękniejsze choinki, jakie z żoną ubieraliśmy.

Dima

Wróćmy jednak do „mojej“ moskiewskiej wigilii AD 1992 r. Tak naprawdę jej historia zaczęła się wiele miesięcy wcześniej. Z Hermanem, korespondentem niemieckiej ARD spotykaliśmy się często (i zaprzyjaźniliśmy), na wspólnych wieczornych spacerach z psami. Opowiadał mi wówczas, jak bardzo chciałby adoptować dziecko, najlepiej tuż po urodzeniu – i jak trudne jest to przedsięwzięcie w ówczesnych warunkach rosyjskich.

I oto zdarzył się cud: Blanka zorganizowała w szkole polskiej, do której chodził nasz syn, (nawiasem mówiąc kiedyś nosiła ona imię Feliksa Dzierżyńskiego, ale po 1989 r nazwę zmieniono), akcję pomocy dla któregoś z moskiewskich Domów Dziecka. Jadąc palcem po spisie wybrała ten położony w dzielnicy Jugozapadnaja… Zbiórka się udała, jego wychowankowie otrzymali prezenty, słodycze, a w rewanżu dla naszych dzieci przygotowano nawet jakieś występy, co żona skrupulatnie sfotografowała.

Na którymś ze spacerów przekonywałem więc Hermana, że skoro nie może adoptować dziecka rocznego, czy kilkumiesięcznego, to może uda się z 6-latkami. Tym bardziej, że za rok zostaną przeniesione do innego domu wychowawczego, do starszej grupy, gdzie – jak skarżyła się dyrektorka domu z Jugozapadnej (Blanka dząrzyła się już z nią zaprzyjaźnić) – zacznie się proces ich „kryminalizacji“.

Przekonałem Hermana na tyle, że zgodził się przyjść do nas i obejrzeć zdjęcia, które w Domu Dziecka zrobiła żona. Przy jednym – zachowałem je do dziś, na pamiątkę – mój przyjaciel zerwał się i wybiegł jak oparzony… Wrócił po 15 – 20 minutach z jakimś zdjęciem, oprawionym w ramki i przejęty powiedział: popatrz, chłopiec z tej fotografii jest taki, jak ja gdy miałem 6 lat…

Ten chłopiec nazywał się Dima. Od tej pory stawaliśmy na głowie, aby właśnie jego Herman z żoną Moniką, piękną Niemką a Alzacji, mogli zaadoptować… I udało się. Także dzięki naszym staraniom i pomocy zaprzyjaźnionej dyrektorki z moskiewskiego Domu Dziecka. Dokładnie 9 maja 1992 r. w dniu największego święta rosyjskiego – Dnia Zwycięstwa (kto był w tym dniu w Moskwie, wie, jak to wygląda) – jechaliśmy razem, z Hermanem i Moniką, aby po raz pierwszy, jeszcze nieficjalnie, na odpowiedzialność mojej żony i z jej gwarancjami – mogli zabrać Dimę, przynajmniej na kilka dni, poza mury Domu Dziecka…

Wigilia

Udało się. W wigilię 1992 r było już po wszystkim. Dima został adoptowany, a my – staliśmy się jego prawosławnymi rodzicami chrzestnymi. Zdecydował o tym mądry batiuszka z cerkwi przy klasztorze Nowodiewiczym w Moskwie. Na pytanie Hermana, czy my, polscy katolicy, możemy trzymać Dimę do chrztu, odpowiedział: „Bóg jest ten sam. To nie ma znaczenia“…

Potem było jeszcze parę trudnych zakrętów i dramatycznych zwrotów, bo każda adopcja to wielkie wyzwanie dla wszystkich, i dla dziecka, i dla jego przybranych rodziców, którzy w przyspieszonym tempie muszą się uczyć nowej roli, ale w wigilię 1992 r wszystko to już było poza nimi. I nami, którzy choćby pośrednio byliśmy jednak pośrednimi sprawcami tego całego, jednak niezwykłego ciągu wydarzeń. Podziwiałem zwłaszcza Monikę, która kiedyś przyznała, że zgodziła się na adopcję Dimy, tylko dlatego, że nie chciała stracić Hermana, ale potem stała się najprawdziwszą matką…

…Tamtą wigilię spędzaliśmy razem, w naszym „moskiewskim“ mieszkaniu przy Prospekcie Kutuzowa. Z Warszawy przyjechali też moi teściowie. Wszystko odbywało się zgodnie z polską tradycją. W rogu stała choinka, jak zawsze „do sufitu“. Okna zostały szczelnie zamknięte, żeby nie dochodził hałas z ulicy, a Blanka przygotowała 12 naszych tradycyjnych potraw wigilijnych. Pamiętała nawet, żeby choć kawałek podłogi zapastować pastą przywiezioną z Polski, aby przypomnieć domowe, świąteczne zapachy.

Podzieliliśmy się opłatkiem, jak każe polski obyczaj, prezenty zostały rozdane i zasiedliśmy do stołu. Była Monika z Alzacji, Herman, którego rodzice pochodzili z przedwojennej, niemieckiej części Śląska; była moja teściowa, Wanda, ze starego, śląskiego rodu Ścigałów, (ale tego po polskiej stronie), która całą wojnę spędziła na przymusowych robotach w Niemczech, i był mój teść, Kazimierz – kapral „Oskar“ z Pułku „Baszty“. W powstaniu warszawskim walczył na Mokotowie, a pierwszy Niemiec, który zginął w Al. Niepodległości, krótko po godzinie „W“  – został zastrzelony właśnie przez niego. Był też nasz rosyjski przyjaciel Sasza, no i nasi synowie: Piotrek, Paweł i Dima. Teraz już Krauze.

Gdy kolacja się skończyła, zaczęliśmy śpiewać kolędy. Przemiennie: polska – niemiecka, polska – niemiecka. Z pomocą śpiewników, śpiewaliśmy je od pierwszej do ostatniej zwrotki. Tylko „Cichą noc“ zaśpiewaliśmy razem. Sasza też wyczuł tę niezwykłą atmosferę i tłumaczył, że chociaż w Rosji na prawosławne Boże Narodzenie też śpiewano kiedyś „koliadki“, to z żalem musi przyznać, że nie zna żadnej z nich…

To nasze śpiewanie, trwało do bardzo późna. Piotrek i Paweł poszli spać, a  6-letni Dima najzwyczajniej usnął pod choinką. Dziś ma 26 lat, mieszka w Kolonii i pracuje, jako projektant mody. A ja wspominam to nasze polsko-niemieckie „ekumeniczne kolędowanie“ w Moskwie, jako jedno z najwspanialszych doświadczeń.

Sławomir Popowski

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Kuba Benedyczak 2012-12-24
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com