26.05.2023
Czy mam bać się sztucznej inteligencji? W pewnym wieku człowiek przestaje się przejmować zmianami, których owoców się nie doczeka. Na razie sztuczna inteligencja dokucza mi poprzez montowane w większości miast „inteligentne systemy kierowania ruchem drogowym”. Zazwyczaj jednoczą one w niechęci zmotoryzowanych i pieszych, potwierdzając przypuszczenia mojego kolegi: by były inteligentne systemy, to musi je jakiś inteligent zaprojektować.
Może więc nie problem w sztucznej, lecz w prawdziwej inteligencji. Wyobraźmy sobie, że ktoś upowszechni system identyfikujący w wypowiedziach prawdę logiczną. Taką zabawkę, z jaką większość z nas ma do czynienia w postaci „poprawiacza” błędów w edytorach tekstu. „Chochlik” podkreśli mi na czerwono, gdy napiszę „gura”, albo „gżegoż” i nie da się przekonać, że mi celowo o błąd chodziło. Na podobnej zasadzie system, „sztuczna inteligencja” może mi podkreślać zdanie w którym nie występuje „zgodność rzeczy z rozumem”; podobny fałsz przy wypowiedziach sygnalizowałby buczkiem. Wyobraźcie sobie przerażające skutki: całe strony gazet pokreślone czerwonym, wystąpienia sejmowe zagłuszane elektronicznym buczeniem. Horror, mocium panie, jak się nie bać tej „diabelskiej sztucznej inteligencji”.
Niegramatyczna pisanina demaskuje pseudointeligenta, dlatego każdy z nich cieszy się z e-korektora. Poprawność językowa w naszej Ojczyźnie trzyma się bardzo mocno, nie próbujmy wychylać się ze swojskim mazurzeniem. Za to kwestia prawdy jest umowna. Osoba legitymująca się dyplomem potwierdzającym status inteligenta może łgać publicznie, jak przysłowiowa „bura suka” (choć nie spotkałem żadnej suki kłamiącej jak biały człowiek). I nie ma mocy, by takiego ktoś wybuczał.
Mam się więc bać „sztucznej inteligencji”. Po co? Już się spełniły moje najgorsze lęki, w niebyt odeszła „prawdziwa inteligencja”. W niebyt tak głęboki, że nie sposób nawet młodszym wytłumaczyć, co to było. Ciekawych odsyłam do trzytomowej księgi „Dzieje inteligencji polskiej” zredagowanej przez Jerzego Jedlickiego. Niestety, najczęściej dostrzegam w oczach przekonywanego przestrach, że aż tyle musi przeczytać. W dodatku nie kojarzy nazwiska Jedlicki, a inteligencja to dla niego sposób rozumowania, biologiczny albo elektroniczny; cóż więc można wypisać o dziejach polskiego rozumowania. Pech dobrze urodzonych (czyli we właściwym czasie) polega na nieprzetłumaczalności rzeczy niegdyś oczywistych.
Inteligencja była warstwą społeczną występującą tylko w Europie Środkowo-Wschodniej; takim ogniwem pośrednim między stanem szlacheckim a nowożytną klasą średnią. Nie znajdziemy takiej warstwy w krajach zachodniej Europy ani w USA. Ponieważ polski postęp w naukach społecznych wyraża się liczbą tłumaczeń z angielskiego, trudno by absolwent uniwersytetu miał wiedzę o prowincjonalnej obyczajowości. Nikłe też ma szanse spotkania na uczelni dinozaura – klasycznego inteligenta – bo to warstwa na wymarciu.
Potocznie przyjmuje się, że inteligent to osoba z wyższym wykształceniem, dzieląc wedle specjalizacji na inteligencję humanistyczną i techniczną. Ten podział przenosi się później na sposoby działań: humanista teoretyzuje, próbuje słowami nadać znaczenie faktom, dzieli włos na cztery; technokrata dąży do skuteczności projektując i stosując właściwe narzędzia. W praktyce technokrata buduje drogę o parametrach zdolnych do uniesienia pojazdu o nacisku 8 t na oś. Humanista zastanawia się: po co tę drogę wybudowano, jaki cel społeczny zrealizowano? Myślenie humanisty można zlekceważyć, bo celem społecznym dla władzy jest uroczyste otwarcie wybudowanej drogi; jak się otworzy to zawsze ktoś nią pojedzie.
W każdym razie człowiek przyzwyczajony do współczesnego odbioru słowa „inteligent”, osłupieje odczytując Jedlickiego. Dowie się o nikłości podziału między inteligencją humanistyczna i techniczną; dowie się, że wykształcenie nie było jedynym warunkiem decydującym o przynależności do warstwy inteligenckiej; podstawowym jej wyróżnikiem były przestrzegane wartości etyczne. Były wpojone ograniczniki, pewnych rzeczy inteligentowi nie wypadało robić, bo to „nie uchodzi”, było określenie „przyzwoitość” decydujące o postępowaniu. Wytłumaczmy współczesnemu, dobrze wykształconemu, reprezentantowi elity społecznej, że pewnych rzeczy, choć nie naruszają one litery prawa, robić nie uchodzi, bo to nieprzyzwoite. Powiedzmy publicznie, że Minister Edukacji Narodowej nie musi być profesorem, ale – z pewnością – nie może być chamem. Bo to nieprzyzwoite i zły przykład dla wszystkich uczących się w szkołach publicznych. Minister Kultury nie musi chodzić, co tydzień, do opery; ale nie może świecić przykładem nepotyzmu, rozdając publiczne pieniądze „swoim”, ze szczególnym uwzględnieniem neofaszystowskich półgłówków. To też jest nieprzyzwoite i nie uchodzi.
Wspominam sobie wymarłą warstwę inteligencką, bo od 1 czerwca zaczyna w Częstochowie funkcjonować Uniwersytet. Taki normalny, klasyczny, bezprzymiotnikowy, formalnie równy Jagiellońskiemu i Warszawskiemu. Uchwaloną w tej sprawie 14 kwietnia ustawę, Prezydent RP podpisał 1 maja. Wcześniej uczelnia uzyskała prawo kształcenia na wydziale lekarskim. Spełniły się ambicje kilku pokoleń lokalnych patriotów (też, choć nie nachalnie, do nich należę). Zaczynano w początkach lat 70. XX w., od studium zawodowego kształcenia nauczycieli, potem był Wyższa Szkoła Pedagogiczna; w XXI w., „historia przyspieszyła”, powstał Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy im. Jana Długosza; wreszcie, dzięki przychylności panującego PiS, Uniwersytet Jana Długosza.
Patriotyzm lokalny nie może prowadzić do samooszukiwania. Pięknie brzmi zapowiedź, że już za parę lat doczekamy się lekarzy z częstochowskim, uniwersyteckim dyplomem. Do tej pory dobrych lekarzy nam brakowało, utarł się nawet stereotyp „częstochowski medyk”, równie krzywdzący, jak „poeta częstochowski” czy „kupiec częstochowski”. Czy uniwersytet to zmieni? Prawo kształcenia lekarzy zyskało w ciągu ostatnich kilku lat 26 uczelni. Czy mamy w Polsce odpowiedni do tego wyzwania zasób kadry nauczającej? Czy każda z tych uczelni dysponuje szpitalem klinicznym, by w nim student zdobywał praktyczne umiejętności ? Ilość nie zawsze przechodzi w jakość. Nawet patriotyzm lokalny nie skłoni mnie do kuracji przepisanej przez kiepskiego medyka. Co nam po absolwentach uniwersytetu, skoro obawiać się będziemy korzystania z ich usług?
Mając do wyboru sztuczną inteligencję i kiepsko wyprodukowanego żywego inteligenta wybiorę to pierwsze, bo chcę żyć długo i szczęśliwie.
Nazwy i tytuły to puste słowa. W Częstochowie kiedyś nie było wyższej uczelni, ale żył i pracował Władysław Biegański, lekarz, jeden z symboli dawnej warstwy społecznej – polskiej inteligencji. Pamięć powinna być zobowiązaniem. Chcemy uniwersytetu, to oczywiste…Ale jeszcze bardziej, jako podstarzały częstochowiak, chciałbym by misją uniwersytecką było ukształtowanie przyszłej inteligencji zgodnie z zasadami etycznymi, wedle których żyli ludzie pokroju naszego Biegańskiego.
A na razie nie mam powodu obawiać się sztucznej inteligencji, bo i tak nie ma ona kogo tu u nas zastąpić.
Jarosław Kapsa


Zrobiłem eksperyment i pytanie „czy należy bać się sztucznej inteligencji?” postawiłem … sztucznej inteligencji. Oto co odpowiedział chatbot Microsoftu:
Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie, ponieważ to, czy należy bać się sztucznej inteligencji, zależy od kilku czynników. Z jednej strony sztuczna inteligencja może przynieść ogromne korzyści społeczeństwu, na przykład w dziedzinie medycyny, nauki czy przemysłu 1. Sztuczna inteligencja może pomóc w rozwiązywaniu złożonych problemów, poprawie wydajności i jakości pracy, a nawet w ratowaniu życia ludzkiego 1. Z drugiej strony niektórzy obawiają się, że rozwój sztucznej inteligencji może prowadzić do utraty pracy, a nawet poważnych zagrożeń bezpieczeństwa, takich jak cyberprzestępczość, wojna czy terroryzm 1. Istnieje również ryzyko, że sztuczna inteligencja może wyprzedzić ludzkie zdolności poznawcze i stać się niekontrolowalna.
W związku z tym, zamiast obawiać się sztucznej inteligencji, powinniśmy poświęcić więcej uwagi nauce wykorzystania potencjału AI do poprawy jakości życia i zapobiegania negatywnym konsekwencjom jej rozwoju 1. Etyka i regulacje są tutaj kluczowe, aby rozwój sztucznej inteligencji służył ludzkości, a nie jej szkodził.
Dziękuje za przypomnienie Jerzego Jedlickiego, za moich studenckich czasów młodego asystenta na wydziale filozoficznym UW. O inteligencji, polskiej inteligencji pisali profesorowie Ossowski, Chałasiński, Tatarkiewicz – tacy prawdziwi inteligenci, których teraz brak- patrz Czarnek