17.06.2023
To ja wdrażałam ją po raz pierwszy w formie elektronicznej w całej Warszawie w 2004 r., za nami w roku następnym wdrożyły to inne miasta, a potem objęło to już cały kraj. Wprawdzie w 2003 r. niektóre licea Śródmieścia przeprowadziły namiastkę takiej rekrutacji i wnioski z niej były bardzo pozytywne, ale miało to niewielki zasięg i formę nieco eksperymentalną.
Potrzeba reformy systemu rekrutacji wynikała z bardzo dużych problemów organizacyjnych w latach poprzednich, lamentów rodziców, płaczu uczniów, którzy nigdzie się nie dostali, ale stan ten był właściwie od niemal zawsze. Problem nabierał ogromnych rozmiarów w latach wyżu demograficznego. Pamiętam tłumy kłębiące się na korytarzu kuratorium w roku 1967, gdy moje koleżanki nie dostały się nigdzie i kuratorium miało im do zaoferowania tylko przyzakładowe szkoły zasadnicze, podczas gdy inni z gorszymi ocenami już mieli zapewnione miejsca w mniej obleganych liceach. Znam z tamtych czasów niejeden połamany los i traumę na całe życie.
Potem w roku 1999 to dzieci tamtego wyżu demograficznego spotykał ten sam los. Różnica była taka, że nikt nie zmuszał ich do szkoły z kształceniem obróbki skrawaniem, więc dodatkowo otwierano przy technikach oddziały liceum. Jednak rozpacz rodziców i uczniów była wielka, tym bardziej że ministerstwo edukacji przekonywało wówczas społeczeństwo, że technika kształcą samych bezrobotnych, a kształcenie licealne jest najbardziej powszechnie wskazane (tak było!). Po ogłoszeniu wyników rekrutacji w szkołach tłumy błąkających się po mieście między szkołami, kuratorium i biurem edukacji, poszukiwały miejsca w szkole. Ja zaś co godzinę aktualizowałam listę wolnych miejsc. Z pozycji tych, co się dostali, ale także z pozycji szkół nie było widać tego ogromnego chaosu i rozpaczy uczniów i rodziców – szczęśliwcy wyjechali na wakacje, a szkoły odpowiadały „miejsc brak” lub raportowały do mnie, że mogą utworzyć jeszcze jedną klasę, ale z j. rosyjskim, bo do angielskiego to nie mają nauczyciela.
Już na początku 2003 r. moja dyrektorka oznajmiła mi, że cała Warszawa dołączy do eksperymentu ze Śródmieścia. Czytając to w GW szeroko otwierałam oczy i przeszło mi przez głowę, że pewnie zechce ubrać w to mnie. I tak się stało, ale nie wzięła pod uwagę, że choć słynęłam z pracoholizmu, to jednak również z asertywności. Odmówiłam nie dlatego, że to odbiłoby się na mnie i na niej, ale z uwagi na perspektywę kompletnej klapy i niewyobrażalnego chaosu, płaczu i rozpaczy tysięcy uczniów i ich rodziców.
Postanowiliśmy wdrożyć elektroniczną rekrutację w roku następnym – do przetargu przystąpiły 3 firmy: VULCAN, PCSS i jeszcze jedna firma informatyczna. Wygrał VULCAN, trzeba było przeszkolić pracowników wszystkich szkół średnich i gimnazjum, zaprojektować regulaminy rekrutacji i zaaplikować do systemu. A nade wszystko przygotować do tego uczniów i ich rodziców – ich wychowawcy czuli się w tym zagubieni. Wiosną 2004 r. na czatach po nocach udzielałam porad i wyjaśnień lub instrukcji. Rekrutacja zakończyła się sukcesem, choć przecież nie da się napisać takiego systemu, który zadowoli wszystkich i weźmie pod uwagę wszystkie indywidualne przypadki. Przed pokojem było trochę rodziców, ale nieporównywalnie mniej niż w latach poprzednich. Np. problem bliźniaków albo ucznia spod Warszawy, który miał się opiekować dojazdem kolegi na wózku. Takie sprawy załatwiało się poza systemem, niestety poza regulaminem, tak po prostu po ludzku. Rekrutacja zakończyła się w pierwszym tygodniu lipca, a w ostatnim tygodniu sierpnia rodzice na własną rękę przenosili jeszcze swoje dzieci pomiędzy szkołami.
Każde wdrożenie wymaga ewaluacji oraz wypracowania korekt. Ja słabe punkty widziałam w:
- zbyt słabej rozmowie z rodzicami, nie tylko o tym jak działa system, ale o pedagogicznych aspektach wyboru szkoły średniej przez uczniów;
- poszerzenie liczby do wyboru szkół i oddziałów (w pierwotnej wersji były tylko 3 szkoły)
- lepsze przygotowanie wychowawców w gimnazjach jako przewodników po systemie dla rodziców;
- analiza zapisów regulaminu pod kątem sprawności działania, potrzeby ujęcia takich zapisów.
Byłam zwolenniczką nie usztywniania i zbyt szczegółowego ujmowania zapisów, bo wiem, że wiele takich uszczegółowień być może zapobiegnie jednemu oszustwu, ale skrzywdzi wielu potrzebujących, bo życie to nie algorytm, a system informatyczny jest na nim właśnie oparty. Zapis niejednokrotnie staje się tzw. „dupokryjką” przy niepodejmowaniu decyzji. Co niezabronione i niezapisane pozwala zachować się z twarzą i ludzkim obliczem, gdy tego trzeba.
Niestety niedane mi było kontynuować i korygować systemu, bo skoro tak dobrze zadziałało, to inni mogli się pogrzać przy tym sukcesie. Było mi przykro, choć z drugiej strony nie rozpaczałam, bo przecież wiedziałam, że i za rok trzeba by tę robotę okupić bezsennymi nocami, a miałam czym się zająć.
Teraz widzę jaki koszmarek z tego urósł, pewnie każdego roku ktoś wpadał na genialny pomysł by jeszcze to „ująć w ramy”. I może to zabrzmi z mojej strony bezczelnie i obrazoburczo, ale winni temu są ci, którzy sami na ten system narzekają. Czyli kto? – MY wszyscy! Przecież te wszystkie usztywnienia i rozbudowanie systemu, aż niemal na całe wakacje, bierze się z pomysłów domorosłych speców od zarządzania, od organizacji, systemów informatycznych, od oceniania i egzaminowania … – wszyscy znają się na wszystkim i moje zdanie jest „najmojsze”. A gdy jeszcze jest na stołku, to ho ho! I temu na stołku to sprzeciwić się nie wolno, bo patrz punkt nr 1, choćby chciał wprowadzać najgłupsze rozwiązania.
A problemy biorą się z braku zaufania, odpowiedzialności i zwykłej uczciwości. Jesteśmy społeczeństwem załatwiaczy. Nadal powszechne jest załatwienie komuś pracy, miejsca u lekarza, szkoły dla dziecka (gdyby tylko się dało). Więc żeby się nie dało, to mamy to co mamy. Ale i to jest tylko zasłoną dymną, bo jak kto się uprze, to załatwić potrafi, za to stołkowi zasłonią się bardzo sprawnym systemem, przez który i mysz się nie przeciśnie. I to właśnie ci stołkowi pomimo takich systemów załatwiają najczęściej, bo dysponują dobrami. Żyjemy w świecie fikcji na papierze. Ale to całkiem inna bajka.
Danuta Adamczewska-Królikowska
Pełniłam funkcję Naczelnika Wydziału Zarządzania Informacją w Biurze Edukacji Urzędu Miasta st. Warszawy w latach 2003-2006.

Szanowni Państwo,
Ponieważ w większości wiemy w jakiej sytuacji znalazł się portal Studio Opinii po śmierci Pana Redaktora Bogdana Misia, a w sieci jest bardzo mało informacji z tym związanych mam prośbę do wszystkich i do każdego z Państwa z osobna. Jeżeli ktokolwiek poweźmie informację o dacie i miejscu pogrzebu Pana Redaktora BM mam prośbę aby upublicznić tę informację w komentarzu pod tym i pod każdym innym artykułem na SO.
Informacja o pogrzebie Pana Redaktora Bogdana Misia
W godzinach popołudniowych 5 lipca 2023 r. Pan Jerzy Łukaszewski przekazał na łamach Studia Opinii następującą informację:
„Syn Bogdana, p. Michał Miś poinformował mnie, że pogrzeb odbędzie się 10 lipca 2023 r. Uroczystości pogrzebowe odbędą się o godz. 11:00 w Domu Przedpogrzebowym na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.”
Taką informację przekazał także na SO Pan Andrzej Goryński.
Szanowni Państwo – właśnie zainicjowałem dyskusję pod sąsiednim artykułem Ernesta Skalskiego – I po buncie. Pan Redaktor jest jednym z załozycieli portalu SO, Dyskusję pod roboczym tytułem :
DYSKUSJA CZYTELNIKÓW, KOMENTATORÓW I AUTORÓW
O NASZYM PUNKCIE WIDZENIA NA PRZYSZŁOŚĆ STUDIA OPINII
To chyba jedyne forum, gdzie możemy taką rozmowę prowadzić. Prośba o krótkie wpisy, bo dłuższe system pozostawia moderatori a tego na razie brak.