11.12.2023

Tę datę trzeba zapamiętać podobnie jak 4.06.1989 roku. Również 11.12.2013 to historyczny dzień. W pamiętnym teście na wiarygodność odchodzącej ekipy, od 2015 roku demolującej polską demokrację 266 posłów z 456 głosujących odrzuciło bajdurzenia tymczasowego premiera Mateusza Morawieckiego. To głosowanie przejdzie do historii jako moment powrotu do normalności. Albo, jak napisał The Guardian, to odrzucenie nacjonalistycznego i populistycznego rządu PiS. Oby na zawsze!
Teraz mogę przejść do normalności również w moim pisaniu na łamach Studia Opinii. Odchodzącą formacją zakłamanych i skorumpowanych polityków nie będę się już zajmował mając nadzieję, że przejdą tam, gdzie jest ich miejsce – na śmietnik historii.
Mogę zacząć znowu zajmować się tym, co mniej zawsze najbardziej interesowało, czyli literaturą. A nadarza się ku temu wyborna okazja.
***
Autor „Powojennych perypetii Sokratesa” nie należy do pisarzy popularnych. Chętniej sięgają do jego twórczości historycy literatury niż zwykli czytelnicy. To wielka szkoda i strata. Brak jego sposobu patrzenia na świat w powszechnym odbiorze rzeczywistości sprawił, że się ona boleśnie spłaszczyła i zubożała. Stanisław Vincenz (1888-1974) należał bowiem do pokolenia, które było głęboko osadzone w tradycji antycznej i biblijnej. Szczególnie był mu bliski świat mistrza Platona, któremu poświecił wspomnianą na początku powiastkę filozoficzną. Wydana już pośmiertnie, w 1985 roku, do dzisiaj zadziwia przenikliwością widzenia zimnowojennych złudzeń. Pisząc bowiem o Sokratesie tak naprawdę Vincenz kreślił autoportret swego pokolenia, dla którego nie było miejsca w świecie, który uwierzył w siłę ideologicznego zacietrzewienia. Jego nawiązania do Grecji, której nie było mu dane zobaczyć, to stały motyw jego twórczości. Wracał do niej w swojej eseistyce i obfitej korespondencji. Upodobał sobie historyka późnej Hellady Pauzaniasza (110-180), który służył mu do śledzenia trwałości obecności mitów greckich w europejskich kulturach ludowych. Ciągłość wątków biblijnych dostrzegał w przemianach zarówno religijności wschodnioeuropejskich chasydów jak i hucułów. Nie czynił bowiem tak typowego dla europejskiego myślenia rozróżnienia na Stary i Nowy Testament, czy na chrześcijaństwo i judaizm. Dla niego była to jedna wielka i spójna tradycja. Nie potrafił zrozumieć antysemityzmu, co go poróżniło z sanacyjnym obozem władzy. Wybrał towarzystwo podzielające jego wielokulturowe sympatie. Fascynował go też Daleki Wschód. Już jako student nie ograniczał się do filozofii Zachodu, studiował sanskryt by zrozumieć źródła siły Gandhiego i bogactwo tamtejszej tradycji filozoficznej. Jego mistrzem i przewodnikiem filozoficznym pozostał Rudolf Maria Holzapfel (1874-1930), który popchnął jego zainteresowania w kierunku literatury zakorzenionej w tradycji wschodniej Europy, którą znał i ukochał. Najważniejsze dzieło Holzapfla Wschechideał przetłumaczył na język polski razem z przyjacielem i matematykiem Izydorem Blumenfeldem (1882-1944).
Osobnym tematem w życiu i twórczości Stanisława Vincenza to fascynacja szeroko rozumianym światem żydowskim. Jego zniszczenie w czasie Holocaustu uważał za osobistą i niepowetowaną stratę. Przyjaciele wspominali, że każda wzmianka na ten temat głęboko go poruszała przez całe życie…
Wielonarodowość i wieloetniczność oraz żyjący w przedziwnej harmonii religijny pluralizm wschodnich rubieży dawnej Rzeczpospolitej Wielu Narodów fascynował go całe życie. Martwił go szowinistyczny i nacjonalistyczny katolicyzm, którego nigdy nie podzielał, owszem budził on jego głęboki niesmak i niepokój. Nie potrafił i nie chciał się godzić na wybuchy nacjonalizmu, których był świadkiem zarówno w czasie pierwszej jak i drugiej wojny światowej.
Był znakomicie wykształconym filozofem, który nigdy filozofii nie wykładał, ale ją całe życie praktykował. Jednak jego prawdziwym i jedynym żywiołem pozostała literatura. Jego dzieło życia, licząca 1200 stron tetralogia „Na wysokiej połoninie” powinna być kulturowym niezbędnikiem dla każdego. Podobnie jego eseistyka i rozległa, ciągle – niestety – oczekująca na wydawcę, korespondencja. Początek został zrobiony. Właśnie ukazał się wybór tekstów z teatrologii Na wysokiej połoninie (wybór opowieści) w prestiżowej serii Biblioteki Narodowej. Został poprzedzony obszernym wstępem autorstwa jednego z najlepszego znawców twórczości i życia Stanisława Vincenza – Jana A. Choroszego. Choroszy skrupulatnie odnotował bibliografię dotyczącą życia i twórczości Stanisława Vincenza.
Uwolnieni z populistycznego i nacjonalistycznego koszmaru, który zatruwał przez ostatnie osiem lat nasze życie, możemy sięgnąć po twórczość pisarza i mędrca, która jest najlepszą odtrutką.


Myślę, że teraz pora na Warszawę w Budapeszcie.
„Czerwony pas” to pewnie pieśń, z którą wiele osób się spotkało i bodaj jedyna wzmianka o Hucułach, która może gdzieś dotarła do świadomości wielu Polaków, w tym do mojej.
Na wysokiej Połoninie (choć tu muszę się przyznać, że miałem w rękach tylko ostatnią część: „barwinkowy wianek”) to było w moich młodych latach studenckich odkrycie. Hucuł przestał być nieco zagadkową figurą z piosenki, a stał się dużo bardziej, że tak powiem, namacalny.
Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, dlaczego „dla Hucuła nie ma życia, jak na Połoniiiiinieee!” powinien zapoznać się z twórczością Vincenza, a to tylko jeden z powodów, by sięgnąć po tę twórczość
Jest dokładnie tak, jak pisze Autor: trzeba wreszcie przejść do normalności. W swoim „Dzienniku” Leopold Tyrmand wspomina, jak jeden z nielicznych w czasach stalinowskich szczęśliwców, którzy mieli sposobność odwiedzić Zachód, zapytany, „jak tam jest”, odpowiedział po prostu: „Tam? tam jest normalnie”. Czas najwyższy, żebyśmy się wreszcie przestali zajmować egzegezą każdego burknięcia, jakie wydał z siebie „Geniusz Polityczny”, „Wielki Strateg”, a tak naprawdę Mały Człowiek do Wielkich Interesów, i zajęli czymś sensowniejszym i poważniejszym. Choćby przypominaniem niesłusznie zapomnianych pisarzy. Nie wiem, czy zdecyduję się na lekturę „Na wysokiej połoninie”, ale po „Sokratesa” zapewne sięgnę.
Wołam o to od lat: https://studioopinii.pl/archiwa/184305
Powrót normalności to najtrudniejszy krok po ośmiu latach zaczadzenia kaczyzmem. To rodzaj detoksykacji, która umożliwia patrzenie w zupełnie innym kierunku. Jan Hartman zasadnie domaga się by w tym procesie nie pominąć krk, który w dużym stopniu umożliwił skażenie przestrzeni publicznej toksynami ksenofobicznego i homofobicznego postrzegania świata. Kordon sanitarny wokół największych rozsadnikiem tych toksyn jest wymogiem chwili. Kiedyś JS pisał na tych łamach o zaraźliwym mnożeniu przymiotnika „narodowy”, który został zohydzone na wszelkie możliwe sposoby. Trzeba poddać go tez oczyszczeniu z pisowskich złogów.
Kiedyś w Zachęcie był prezentowany obraz „Czerwona kawaleria” Malewicza, pamiętam do dziś że pierwszym wrażeniem było emanujące spokojem niebo zajmujące większą część obrazu. W drugiej kolejności uwagę zwracał na dole podział ziemii na poziome kolorowe pasy a dopiero po przeczytaniu tytułu ciekawość wzbudzała tytułowa kawaleria na horyzoncie. Aby dostrzec figurki krewkich żołnierzy trzeba było podejść do obrazu nienaturalnie blisko, natomiast z oddali wyglądali groteskowo na tle nieskończonego nieba. Wspaniały obraz który może być potraktowany jako metafora proporcji w naszym postrzeganiu i jego różnorodności np. kontemplacyjny błękit nieba reprezentujący to co uniwersalne i niezmienne, symboliczne pasy ziemii oraz kawalerię jako bieżący dyskurs także polityczny. W największym nawet zamęcie trzeba mieć na uwadze że ci którzy uczestniczą w kawalerii i tworzą historię – z pewnego punktu widzenia mogą wyglądać groteskowo.
https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Czerwona_kawaleria
Chwała prof. Obirkowi za przywołanie i przybliżenie choćby w skrócie postaci tego wielkiego pisarza. Jedna uwaga nasunęła mi się podczas czytania znakomitego tekstu. Nie nazwałbym nacjonalizmu w wydaniu sanacyjnym i współczesnym ,,schorzeniem”. Po pierwsze jest to umedycznienie czegoś co zdecydowanie chorobą nie jest. Chociaż rozumiem potoczny nawyk do określania wszystkiego co budzi oburzenie albo obrzydzenie: ,,to jest chore!”
Po drugie – mam wrażenie, że paradoksalnie taki przymiotnik bagatelizuje nieco wagę zjawiska. Fenomenu, który kojarzy mi się z ekspresją wrogości, nienawiści i ukrytego pod tym prymitywnego lęku. Proponowałbym terminy inne. Na przykład wynaturzenie lub nazwanie po imieniu emanacją zła, które jest immanentną cecha ludzkiej natury. Jakkolwiek zabrzmi to sprzecznie z pierwszym pojęciem.
Moja wina. Jako redaktor powinienem wychwycić, że intencje autora prawidłowo oddaje określenie „nacjonalistyczny koszmar” użyte w ostatnim zdaniu. Poprawiłem. Bardzo dziękuję za zwrócenie uwagi.
Zastanowiwszy się myśle jednak, istnieje coś takiego jak choroba myśli, która podobnie jak choroba ciała prowadzi do dewastacji już nie tylko ciała ludzkiego, ale struktur społecznych. Takim schorzeniem jest niewątpliwie absolutyzacja własnego plemienia.
Mógłbym się z tym zgodzić tylko wtedy, jeżeli weźmiemy pod uwagę niszczące, czasem śmiertelne skutki chorób somatycznych i uczynimy z tego podobieństwa wystarczające uprawnienie dla tej metafory ukazującej destrukcyjność, źle pojętego nacjonalizmu.
Pamiętajmy, że Prof. Andrzej Walicki ubolewał nad utratą neutralnego charakteru tego pojęcia.
Natomiast jeśli pójdziemy dalej i zadamy dwa pytania.
Czy można powiedzieć, że szowinistyczni, faszyzujący nacjonaliści nie mają wpływu na swoje przekonania, poglądy, postawy i zachowania? Tak przecież trzeba powiedzieć, że na ogromną większość chorób człowiek nimi dotknięty nie ma wpływu. Żadnego! W przeciwnym wypadku trzeba by ich obwiniać o to, że chorują i powinni ściągać na siebie powszechne potępienie wszystkich innych ludzi.
Po drugie wszystkie choroby się leczy albo przynajmniej ogranicza negatywne skutki. Czy można sobie wyobrazić odpowiednik leczenia absolutyzacji własnego plemienia?
Ja przynajmniej nie.
Zgadzam się z komentatorem, podpisującym się pseudonimem ASC, że nazywanie nacjonalizmu chorobą może być wykorzystywane do jego nieuzasadnionego usprawiedliwiania. Ale zgadzam się też z Profesorem Obirkiem, że nacjonalizm i religijny szowinizm są złowrogimi emanacjami zjawiska, którego może nie nazwałbym jednostką chorobową, lecz atawistyczną cechą gatunku ludzkiego.
Nasze umysły odczuwają bardzo silną potrzebę przynależności zaspokajaną poprzez afirmację tożsamości grupowej. Z wielką łatwością budujemy tę tożsamość wykorzystując emocje silnie negatywne. Szczególnie zbiorową nienawiść. Skuteczne wykorzystanie do tego emocji pozytywnych jest czymś wyjątkowym, zasługującym na noblowskie premie.
W kontaktach miedzy ludźmi negatywne emocje rozprzestrzeniają się szybciej, niż większość chorób zakaźnych. I można dyskutować, czy zdolność rozumu do racjonalnej obrony przed taką infekcją jest czymś zwyczajnym, czy raczej wyjątkowym. Jakże wiele razy w historii ludzkie rozumy z pełnym przekonaniem mówiły: ”Już nigdy więcej”. Co nie powstrzymywało kolejnych epidemii.
Społeczeństwa dotknięte populistycznymi epidemiami można więc – i myślę, że należy – dzielić na zarażonych, których można nazywać „chorymi” oraz na tych, którzy zarazę świadomie dla własnych celów wywołali i których trzeba nazywać zbrodniarzami. Bez cudzysłowu. I za ich zbrodnie najsurowiej karać.
A skądinąd, to zdumiewające, że o tym, jak rodzą się gwiazdy w odległych galaktykach wiemy więcej, niż o tym, jak w naszej podświadomości emocje rodzą myśli, które świadomy rozum dopiero później ubiera w słowa.
Przy takich dookresleniach chętnie rezygnuje z określania nacjonalizmu choroba rezerwując dla niego termin ideologii, która zawiera w sobie niebezpieczny zasiew szowinizmu i ksenofobii. Miałem zaszczyt przyjaźnić się nie tylko z prof. Walickim, ale również z innymi przedstawicielami Warszawskiej Szkoły Idei. To właśnie Dzieki ich pracom jestem uwrażliwiony na groźny potencjał nacjonalizmu, który w hitlerowskich Niemczech przerodził się w morderczy nazizm, a w stalinowskiej Rosji w równie zbrodniczy totalitaryzm. Polski nacjonalizm nie miał takich „możliwości” wiec pozostał idea bez większych następstw. Jednak to wcale nie znaczy, ze nie mogło być inaczej, o czym świadczą szaleństwa jeszcze posła G. B.
Pozwolę sobie jeszcze raz wrócić do problemu choroby zainspirowany znakomitym artykułem Jana Grabowskiego w GW poświęconej polityce historycznej PiS. Otóż Grabowski pisze o chorobie polskiej: „ Nie ulega wątpliwości, że polską scenę polityczną – więcej, polskie społeczeństwo – toczy choroba. Postarajmy się wobec tego spojrzeć na widoczne symptomy kondycji, którą z francuska nazwę „malaise polonaise”, czyli polską chorobą.”
Mysle, ze ma racje.