19.12.2023
Przez minione osiem lat z pisania historii na nowo włodarze Polski uczynili ważne oręże polityki. Gdyby połowę energii i pasji towarzyszących odsłanianiu pomników, przemianowywaniu ulic, mnożeniu bohaterów, czy świętowaniu rocznic poświęcili sensownej reformie służby zdrowia, może lepiej byśmy sobie poradzili z Covidem.
Obejrzałem właśnie na Netflixie serial „1670”. Podobał mi się. I naszła mnie myśl taka, że mógłby to być dodatek do lektur szkolnych. Teraz, gdy nasza edukacja ma szanse wkroczyć w nową erę może by nasze 12 latki poczęstować „1670”?
Rocznikom kapkę starszym – powiedzmy ósmoklasistom, do „Balladyny”, „Zemsty” i „Quo Vadis” dorzuciłbym kilka rozdziałów z książki młodego ekonomisty i socjologa, Krzysztofa Iszkowskiego pod tytułem „Ofiary losu – Inna historia Polski”.

Iszkowski oferuje, podobnie jak autorzy serialu „1670” – tyle że na poważnie – świeże spojrzenie na naszą historię i okazjonalnie historię alternatywną, czyli próbuje z grubsza wyobrazić sobie co by było, gdybyśmy na rozstaju dróg wybrali nie tę ścieżkę, którą wybraliśmy.
Gdy pisze o okresie jagiellońskiego imperium – który zwykliśmy nazywać złotym wiekiem, zaś autor nazywa go „cienko pozłacanym”. – pokazuje ówczesną Polskę jako „kolosa na glinianych nogach, niezdolnego do przetrwania w zderzeniu z lepiej zorganizowanymi sąsiadami; produkt samolubnych i krótkowzrocznych działań części arystokratów. Samo osłabienie pozycji króla – pisze – nie musiało doprowadzić do upadku: silną władzę jednostki zastąpić mogło wysokie morale politycznej wspólnoty. By je utrzymać konieczne było jednak mocne ideowe spoiwo, którym we wczesnej epoce nowożytnej stać się mógł, zdaniem autora, tylko rygorystyczny kalwinizm. „Niestety – pisze – stronnictwo katolickie okazało się wystarczająco silne, aby powstrzymać reformację, a jednocześnie zbyt słabe, aby – wzorem Francji, Hiszpanii i Austrii – wprowadzić absolutyzm.” Pisze także, że wbrew utartym opiniom Polska 16 i 17 wieku nie tylko nie była oazą religijnego pokoju i tolerancji, ale dotknęła ją plaga fanatyzmu i pogromów protestantów.
Jego zdaniem to megalomania i katolicki dogmatyzm Zygmunta III Wazy zaprzepaściły wyjątkową szansę jaką przyniosło nam załamanie państwa moskiewskiego na początku 17 wieku.
O okresie międzywojennym pisze tak: „Idealizowana po swoim upadku II Rzeczpospolita była w rzeczywistości państwem biednym, źle zorganizowanym i słabym pod względem tego, co w dzisiejszej dyplomacji określane jest mianem soft power. (…) Sanacyjna ekipa stała się zakładniczką własnej propagandy i megalomanii. Legionowa legenda o „straceńcach” którzy „wierzyli, że chcieć to móc” – i tą siła osiągnęli niepodległość – skutecznie przykryła braki wyszkolenia, uzbrojenia i dyscypliny wynikającej między innymi z tego, że komendant Piłsudski nigdy nie lubił procedur, a jego podwładni bardziej niż sztabowe wyszkolenie cenili sobie ułańską fantazję.” Aż się by tu prosiło o wznowienie na potrzeby szkoły „Lotnej” Andrzeja Wajdy.
W kwestii powstania warszawskiego i Monte Cassino zaproponowałbym fragmenty artykułu, jaki w 1957 roku w londyńskim „Dzienniku Polskim” odważył się napisać zmarły w zeszłym roku jeden z najmłodszych żołnierzy Szarych Szeregów, Józef Przewłocki, ps. Placek, który w pierwszych dniach Powstania stracił brata bliźniaka, ps. Jacek.
„Któregoś dnia w czerwcu 1944 roku, w gazetkach podziemnych w kraju gruchnęła wieś: Polacy zdobyli Monte Cassino! „Triumf oręża polskiego” – głosił malutki druk bibuły, w której każde słowo czytane żarliwie, urastało do rozmiarów potężnych nagłówków. Potem przyszło i przeszło Powstanie, zostawiając za sobą zgliszcza Warszawy i sto pięćdziesiąt tysięcy zabitych. Tym, którzy zostali przy życiu było wszystko jedno, czy ktoś popełnił pomyłkę, czy nie; chciało się wierzyć, że to wszystko było potrzebne, że bez tej ofiary nic się nie zbuduje, ale rozmiar fizycznego zniszczenia kraju na skutek okupacji oraz zbrojnego oporu i poczynań „wyzwoleńczej” armii sowieckiej w Polsce budziły złe przeczucia. Nadzieja pozostała wszakże, że zwycięstwa żołnierza polskiego na Zachodzie przeważą szalę gry między mocarstwami na korzyść Polski. Monte Cassino było wtedy symbolem takiej nadziei.”
Potem Józek, którego miałem okazję poznać, opisuje programy BBC, wedle których nasza rola w bitwie nie była tak ogromna.
„Jaki z tego wszystkiego morał? – pytał 29 letni weteran Powstania. „Nie można przywiązywać zbyt dużej wagi do sukcesów wojskowych, których bezpośrednim celem lub efektem nie była obrona lub odzyskanie niepodległości kraju. Że strategia, której instrumentem był żołnierz polski na Zachodzie w II wojnie światowej była strategią obojętną na los Polski – o tym żołnierz polski nie wiedział. Jest wszakże nadal tendencja do spoczywania na laurach wygranych bitew. Nadal twierdzi się, że są one kapitałem politycznym na przyszłość, zapominając, że oszustwo w międzynarodowych stosunkach jest, niestety, częścią praktyki postępowania. (…) W naszej sytuacji realizm, choćby jak najbardziej ponury, jest pożyteczniejszy od romantyzmu, na który nas nie stać.”
I wróciłbym do Iszkowskiego, który twierdzi, że „Inaczej niż większość narodów zamieszkujących Europę Środkową, Polacy uważają, że sami obalili komunizm. Jest to przekonanie fałszywe. To prawda, że pojawienie się w roku 1980 „Solidarności” uwypukliło wewnętrzne sprzeczności systemu. Było to jednak za mało, aby go zniszczyć.”
Autor już we wstępie pisze, że historia Polski jest „historią dyletanctwa, partactwa i krótkowzroczności.” Antycypując gromy jakie spadną na jego głowę szuka ratunku w wyjaśnieniu:
To nie Polacy jako naród byli głupcami, tchórzami i partaczami, lecz konkretni ludzie, którzy w kluczowych momentach dokonywali błędnych wyborów: książę Mieszko Otyły uciekający z pola bitwy pod Legnicą, Zygmunt August łamiący reformacyjne postanowienia sejmu, Zygmunt III Waza zakazujący swojemu synowi przyjąć moskiewską koronę, spiskowcy z roku 1830, czy generałowie Sikorski i Bór–Komorowski wysyłający na bezsensowną śmierć tysiące żołnierzy i cywilów.” W przypadku Sikorskiego zarzut dotyczy tego, że „przyjął strategię wasala: jak najlepiej spełniać przy pomocy podległych mu wojsk oczekiwania aliantów, mając nadzieję, że w przyszłości wystarczy im sił i dobrej woli, by spłacić dług wdzięczności. Było to podejście podwójnie ryzykowne: nie dawało żadnych realnych gwarancji i doprowadziło do wykrwawienia polskich oddziałów, gdy wojna na zachodzie rozgorzała na dobre.
„Ofiary Losu” traktuje o historii, lecz co w dzisiejszej Polsce, fabryce mitów, jest bardziej aktualne niż historia? Mity rodzą się łatwo i są pielęgnowane, bo pomagają uciec od rzeczywistości. Rzecz w tym, że ucieczka od rzeczywistości nigdy nie wychodzi narodowi na dobre. Może takie lektury uodpornią przyszłe pokolenia na mity?

Andrzej Lubowski
Polski i amerykański dziennikarz i publicysta polityczno-ekonomiczny.

Ale kto śmie ruszyć świętość Naczelnika? Wstydliwie i niemal szeptem ktoś wspomni o Berezie, ale nie ruszajmy tego bo to świętość i Cud nad Wisłą, a nasi ułani, malowane dzieci i kraj miodem i mlekiem płynący, do tego nowoczesny, bo Gdynia i Port ……. ech – ja już pewnie tego nie dożyję.
A bieda, a niesprawiedliwość? A antysemityzm? Jaki tam antysemityzm ………… 🙁
Przecież to przepis na rozpętanie piekła.
Dzieki za tip. Przeczytam i dziwie się, ze książka mi umknęła choć od wydania minęło 5 lat. Nigdy dość przypominania genialnej i ciagle aktualnej książki Jana Stanisława Bystronia, „Megalomania narodowa”, która była mi pociecha przez ostatnie 8 lat. Prawdę mówiąc ciagle jest bo szarże PiS-u nie ustały i to nie tylko na tvpis.
Ciekawe, że połowa moich Znajomych tarza się ze śmiechu oglądając 1670, a druga połowa (including myself) nie widzi w serialu nic śmiesznego. Obejrzeliśmy dwa odcinki i więcej nie daliśmy rady. Do szkół bym bardziej polecał „Latający cyrk Monty Pythona” albo „Kiepskich”.
Hazelhardzie,
Nie dlatego polecam, że śmieszne (choć czasem takie bywa) tylko dlatego że tak celne. W końcu lekcja historii nie musi, a nawet nie powinna być śmiesza. Powinna uczyć. A film, moim zdaniem, punktuje nasze narodowe przywary i nasze zadęcie. Tym samym zmaga się z mitami.
„Jeżeli studenci się nie śmieją co 15 minut, to twój wykład jest do bani”- zdanie to powtarzamy, my fizycy, jak mantrę. Człowiek uczy się najlepiej wtedy, jak przekaziciel wiedzy cieszy się sympatią, a tą się zdobywa humorem :-).
Głupka za bardzo (za długo, za często – niepotrzebne skreślić…) też nie można rżnąć, bo się zostaje za głupka…
Rozumiem rozśmieszonych i rozumiem zawiedzionych! Po prostu odcinki mają różny ładunek satyry i komizmu. Po drugim a zwłaszcza trzecim odcinku humory nam skisły, ale czwarty totalnie śmieszył, więc dooglądamy do końca…
Świetna recenzja z ważnej książki! Jeszcze nie czytałem, dlatego ciekaw jestem, czy wspomina się w niej o gen. Andersie? Mówił o sądzie polowym dla dowódców powstania warszawskiego za śmierć 200 tys. cywilów. Po czym (a może przedtem?) dla własnej chwały, rzucił 1500 żołnierzy do niepotrzebnej bitwy o górę klasztorną. Inni się z niej wycofywali, ale 'Polak potrafił’ i zginął. Nie pierwszy i nie ostatni raz w historii… My zawsze dajemy radę – mówi szydło, wychodząc z worka.
Cytowanemu przez mnie Józefowi Przewłockiemu za artykuł w londyńskiej gazecie mocno się dostało. od Polonii . Generał Anders pytał ojca Józia czy to jakiś krewny. Józek został opieprzony, ale ojca zdaniem się nie przejmował. I Andersa też nie.