28.01.2024
Mieliśmy już umówioną randkę na pierwszy tydzień lutego, gdy gruchnęła wiadomość, że zmarł po trudnej operacji. A jeszcze kilka dni wcześniej Alicja zadzwoniła, że czuje się lepiej i cieszy na spotkanie. Minęło właśnie 17 lat od śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Robiłem porządki w domu i natknąłem się na Jego krótkie listy i na fotografię z mojego ślubu na której obok rodziny jest Ryszard. (Wojtek Kuszko, nasz Redaktor Prowadzący, wiózł nas na ten ślub). Znalazłem Ryśkowi w Berkeley wymarzonego Herodota.

Niespełna rok wcześniej odbierał w Waldorf Astoria w Nowym Jorku razem z van Cliburnem, Medal Uznania Fundacji Kościuszkowskiej, w trakcie dorocznego uroczystego balu. Byli z Van Cliburnem niemal rówieśnikami. Rysiek rocznik 1932, Van Cliburn 1934. Dostali ją wcześniej między innymi Artur Rubinstein, Maria Kuncewiczowa, Leopold Stokowski, a także zmarła w tym miesiącu Ewa Podleś. Przyleciałem na tę okazję z San Francisco. Trudno mu się już wtedy chodziło, więc z mieszanką zdziwienia i obaw zareagowałem, że gdy do naszego stolika podeszła młoda dama i poprosiła Go na parkiet, Ryszard nie odmówił. Wrócił obolały, ale uśmiechnięty. Następnego dnia przy śniadaniu rozmarzył się i opowiadał mi o swej następnej, ostatniej – mówił – wielkiej podróży. To będzie Zachodni Pacyfik, mówił. Pojadę śladem Malinowskiego. Cieszył się na tę podróż, choć nie jestem pewien, czy sam w nią wierzył. Bardzo chciał.
Nic się szczególnie ważnego na tym Zachodnim Pacyfiku nie działo, ale już od dawna Ryszarda nie ciągnęły w świat wydarzenia – zaliczył swoje wojny i przewroty. Już nie był reporterem. Bardziej antropologiem. Zafascynowany relacjami między ludźmi. Zaskoczył mnie, gdy w czasie jakiegoś długiego spaceru Alejami Ujazdowskimi – to była nasza trasa, dopóki chodził dobrze, potem już Pola Mokotowskie, blisko domu na Prokuratorskiej – zaczął mówić o Niemczech. Nie o Kolumbii, nie o Afryce, ale o Niemczech. A konkretnie o tych wschodnich landach. Wiesz, mówił, my im zazdrościmy, jak wygrali na zjednoczeniu, a oni czują się obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju, i jeśli sobie z tym Niemcy, ci bogaci, z Zachodu, nie poradzą, to Europa może mieć kłopot. To było ponad 20 lat temu. Myślę o tym i o Nim dziś, i wtedy, gdy czytam o kolejnej tragedii uchodźców i o sukcesach Alternatywy dla Niemiec, partii znacznie bardziej radykalnej niż jej austriacki odpowiednik, czy prawicowe partie, które rozmnożyły się nagle w Skandynawii.
Wracamy na łamach Studia Opinii, do „Cesarza”, bo dwór w Addis Abebie przypominał nam koterie Prezesa, do „Wojny Futbolowej”, bo tam wciąż za zmarnowanego karnego można dostać kulkę w łeb, do „Lapidarium”, bo tam trochę o współczesnej Rosji, ale Ryśka w ostatnich kilkunastu latach życia fascynował głównie „Ten Inny.” Dlatego, jak pisał, spotkanie z Innym to wyzwanie XXI wieku. A pisał to jeszcze przed exodusem milionów Syryjczyków, i zanim na Morzu Śródziemnym topiły się lodzie z uchodźcami, zanim straszono nas zarazą, jaką przywleką do Polski imigranci. W wykładzie na sympozjum pisarzy w Grazu w 1990 roku (choć nazwał to „Wykłady Wiedeńskie”) mówił: „świat był dla mnie zawsze wielką wieżą Babel. Jednak wieżą, w której Bóg pomieszał nie tylko języki, ale także kulturę i obyczaje, namiętności i interesy, i której mieszkańcem uczynił ambiwalentną istotę łączącą w sobie Ja i nie–Ja, siebie i innego, swojego i obcego.”

Andrzej Lubowski
Polski i amerykański dziennikarz i publicysta polityczno-ekonomiczny.

Tak Ryszard Kapuscinski wielki był. Pamietam jego ostatni wykład w Krakowie w Centrum Kultury Żydowskiej. Był oblegany i szczęśliwy odzewem swego trudnego przesłania o Innym. Przydałby się dzisiaj jego głos tak bardzo zagłuszany przez … No właśnie, duzo tych zagłuszaczy.
Dziękuję za przypomnienie. To już 17 lat, niebywałe! Kapuściński był idolem mojej młodości, a jego książki jedną z inspiracji, by po swojemu ruszyć i poznać nieco świata.
Z perspektywy czasu spoglądając na półkę z jego książkami u mnie w domu uspokaja mnie to, że zostały jego trafne tezy i przemyślenia, a kontrowersyjna „biografia” autorstwa AD nie zmienia wydźwięku całej jego twórczości.
Patrząc na ten wpis przywołany na wstępie przypomniałem sobie, że ja też mam jego wpis w książce Szachinszach wydanej, co ważne w 1982 roku.
Ryszard wpisał mi „Drugiemu Zbyszkowi aby wróciło nam najlepsze Rysiek W-wa 18.6. 82.
To był początek stanu wojennego a dla mnie początek zupełnie nowego etapu w życiu – pracy fizycznej jako truciciel karaluchów, drwal, malarz pokojowy, robotnik rezerwy portowej w porcie Gdynia. I tak przez siedem długich lat.
Pamiętam go jak stoi na ulicy o macha do mnie odjeżdżającego tramwajem na Dworzec Warszawa Wschodnia, pamiętam nasze burzliwe rozmowy – co dalej, co teraz ?
Nie ma już Ryszarda, zostały jego książki
Tez dziekuje za wspomnienie. Kapuscinski to byl ktos! Nb byly, a moze dalej aktualny chairman Wydzialu Muzyki Stanfordu nosi to samo nazwisko, ale do pokrewienstwa sie nie przyznaje.
Maly przytyczek okolo glownego tematu: pianista Cliburn, tez juz niezyjacy, dobral sobie przydomek „Van” zapewne zeby brzmiec bardziej po holendersku, jak Beethoven. Nie byla to czesc jego nazwiska. Czyli: „z Vanem Cliburnem”, albo „z Cliburnem” raczej niz „z van Cliburnem”.
Pozdrowienia z Palo Alto.
Ma Pan rację, Panie Profesorze. Aktualny chairman Wydziału Muzyki to Stephen Hinton. Rzeczywiście poprzednim był nasz rodak o nazwisku Kapuściński.
VAN CLIBURN FOUNDATION INC
Van Cliburn International Piano Competition
Harvey Lavan „Van” Cliburn Jr
Genialny wpis. Więcej w emaila. Dzięki. Gratulacje, wspomnienia obudzone. Pozdrawiam.