Jarosław Kaczyński nie przestaje mnie fascynować.
Dlaczego? Może dlatego, że zło jest jednak bardziej fascynujące niż dobro, a Kaczyński jest w tym wymiarze rodzajem nadczłowieka? W dzieciństwie wszak bardziej mnie fascynował tyranozaur niż owieczka. Oto zatem mały, stary, ale jednak tyranozaur? No właśnie. Również jego powierzchowność (rzeźbiona konsekwentnie przez lata niskimi raczej niż wysokimi pobudkami i uczuciami) czyni go świetnym – jak mi się zdaje – prototypem jakiegoś super-przeciwnika Jamesa Bonda: nadczłowieka, który chce zapanować nad światem. Ta twarz, ta postura, ten głos skrzypliwy… Czyż nie byłby to doskonały nowy Goldfinger? Takie rzeczy mi do głowy przychodzą (choć staram się je z głowy usuwać), kiedy widzę tę twarz wyzierającą obecnie – w setkach, w tysiącach ujęć – z gazet, ekranów telewizorów i komputerowych monitorów. No tak, ale to – sam siebie przestrzegam – mój pryzmat, mój sposób widzenia, a przecież są tysiące, a może nawet miliony, którzy to widzą inaczej. Ta twarz działa na nich kojąco, twarz, z której emanuje dobro, ideowość, choć czasem też słuszne oburzenie (jedna z cnót Arystotelesa). A nawet twarz politycznego świętego, który ma Polskę zbawić. Innymi słowy kult Jarosława. Moja fascynacja i ich fascynacja, mój anty-kult i ich kult. Kto ma rację? Czyj pryzmat jest trafny? Emerytowany zbawca narodu, czy emerytowany destruktor? A może ani jedno, ani drugie. Oby.
Idźmy jednak dalej tropem filmowym. Jeśli potraktować Jarosława Kaczyńskiego jako ważnego aktora na scenie świata (a każdym razie na polskim fragmencie tej sceny), to warto szukać jakiegoś „klucza” do tej postaci. Jakiejś głównej pasji, głównego napędu, czy też głównej sprężyny, która nim porusza. Otóż moja hipoteza (propozycja „klucza”) jest bardzo prosta. To heroinista, a jego heroiną jest władza. Przez osiem lat zażywał ten bardzo twardy narkotyk w wielkich dawkach (dla zwykłego śmiertelnika zapewne śmiertelnych). I oto nagle stracił dostęp do heroiny. I oto nagle stracił władzę. Jest przeto na głodzie, na wielkim głodzie i wszystkie komórki jego ciała, i wszystkie neurony w jego mózgu wołają: heroiny! Cała przeto jego osobowość nakierowana jest na jedno: jak najszybciej – nie zważając na koszty i skutki – odzyskać władzę i wziąć kolejną działkę, bo bez tego nie da się żyć i można zwariować.
Podobno – jak twierdzą naukowcy – trafny pogląd jest podstawą trafnego przewidywania przyszłości. Chciałbym oświadczyć (mam nadzieję, że czytelnicy mi uwierzą, choć mam też dowody na moim twardym dysku), że podobny ciąg myślowy przyszedł mi do głowy tuż po przegranych przez PiS wyborach i stąd przewidywałem, że Kaczyński będzie dążył do jak najdalej idącej destrukcji i ponownych przyśpieszonych wyborów i to nawet jeśli sondaże nie będą dawać mu szansy na odzyskanie władzy. On bowiem nie ma nic do stracenia, a wszystko do zyskania (a owo wszystko to ponowny dostęp do heroiny). O co chodzi? Nie jest ważne, czy – będąc w opozycji – ma 200 posłów, czy 100 posłów, a nawet 10. Dlaczego? Bo jest w opozycji, czyli nie ma władzy, czyli nie ma heroiny. Prosta zatem kalkulacja (prosta matematyka heroinisty): trzeba postawić wszystko na jedną kartę. Trzeba – kosztem największej nawet destrukcji i „pięknej katastrofy” – doprowadzić do przyśpieszonych wyborów. Bo wtedy jakaś szansa jest. Może coś się niespodziewanego wydarzy? Może jednak opowieść o Tusku rusko-niemieckim agencie „wypali”, zwłaszcza jeśli dorzuci się do tego obraz Tuska-tyrana, który niszczy demokrację, wolność słowa i rozkazuje lekarzom torturować więźniów politycznych. Ludzie nie w takie rzeczy już uwierzyli… A może Konfederacja będzie miała dobry wynik, a Lewica wyląduje pod kreską i wtedy zrobi się konfederację z Konfederacją. I tak dalej. Słynne zatem napoleońskie: zacznijmy, a potem się zobaczy.
Czytam uczone analizy, w których próbuje się zrozumieć intencje Kaczyńskiego, który – wbrew zdawałoby się interesowi PiS i oporowi bardziej racjonalnych „towarzyszy broni”, który mogą utracić, po takich wyborach, wygodną i nieźle płatną posadę posłów – coraz silniej naciska prezydenta Dudę na zastosowanie nadzwyczajnych środków, rozwiązanie sejmu i doprowadzenie do owych przyśpieszonych wyborów. Te wszystkie uczone analizy wydają mi się nazbyt sophisticated. Przyczyna, powtórzmy, jest prosta: głód heroinisty.
Z wielkim zaciekawieniem będę śledził dalej tę akcję i dalsze występy tej fascynującej postaci. Wiele zależy od tego, czy mu się uda. Jeśli mu się nie uda, to będzie to tylko „straszny dziadunio”, który „tumani i przestrasza”, a jeśli mu się uda, to będzie to prawdziwie straszny „jeździec apokalipsy”, mały-wielki destruktor, po którym Polska może się już nie pozbierać (przez długie lata, długie dekady, jeśli nie gorzej). A to, czy mu się uda, czy nie uda, zależy w istocie nie od niego, ale od „splotu okoliczności” i przypadków. Przypadek zatem zdecyduje, czy będzie to tylko „straszny dziadunio”, czy też „jeździec apokalipsy”. Historia bowiem „jest to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca”.
Jacek Breczko

Jednym słowem nasz zbawca jest na głodzie! To dobra, a zarazem niepokojąca diagnoza, ponieważ w dziejach (naszych) było kilku takich heroinistów – nie mylić z herosami, którzy ginęli w niepotrzebnych wojnach. Jako plemię w istocie barbarzyńskie, pozwalaliśmy na rządy nadludzi, czyli stworów. Pierwszym był smok wawelski, który „dla zaspokojenia swej żarłoczności porywał bydło i trzodę, które mu rzucano, a nie przepuszczał nawet ludziom”. Jedni kronikarze mówią, że poradził sobie z nim Krak, inni – że szewczyk Dratewka. Po czym „miasto Kraków, wybawione wbrew nadziei od ogromnego niebezpieczeństwa, zaczęło coraz bardziej rozwijać się i łatwo osiągnęło pierwszeństwo”- pisał Jan Długosz.
Wbrew pozorom jest to dość znane zjawisko. Kompleksy osoby o niewielkich umiejętnościach podrasowane jedną z niewielu posiadanych umiejętności – mataczenia i szczucia, są naprawdę potężną siłą. A jeśli zgromadzi się wokół siebie gromadę cyników, którzy pasą się na łąkach stworzonych przez ten element – to mamy partię polityczną, grupę towarzyską, mafię itp.
Wystarczy zauważyć jak od czasu do czasu Kaczyński przegląda Słownik Wyrazów Całkiem Mu Obcych i znajduje jakieś ładnie brzmiące słowo, którym później (czasem ni w pięć ni w dziesięć) epatuje elektorat zachwycony tym jakiego ma elokwentnego wodza.
Cos w tym na pewno jest. Ale zanim Kaczynski posiadl wladze, mial on niemal „we krwi” dazenie do niej, poczawszy od „Wojny na gorze” we wczesnych latach 1990-tych. To cyniczne parcie do wladzy bez wzgledu na okolicznosci, nieprzejmowanie sie porazkami, ktorych zaliczyl wiele, robi go tak niezwyklym.
Dzięki Bogu on nie Lenin….
Piotr Bartula
Wzmiankowana przypowiastka o Smoku Wawelskim może być tu użyteczna, chociaż (podobno) nic dwa razy się nie zdarza. Uwił sobie bowiem 18 kwietnia 2010 roku Smok Żoliborski gniazdo pod Wawelem (ściślej: w krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów), za zgodą krakowskiego Księdza Wawelu. Tak jak i historyczny Smok, uzurpator z Żoliborza pożerał gęsi, kury, owce i dziewice (hmm?). Broń Boże żadnego dania wega! Dostarczali mu tych dóbr Jego świetni krakowscy lennicy, absolwenci tubylczej Akademii: Prezydent Duda, Prof. Legutko, Prof. Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro, Beata Szydło (nie mylić z szewcem Dratewką z Warszawy! ) etc. Jacek Breczko wykrył, ze byli to również dostarczyciele heroiny, po którą Smok Żoliborski zgłaszał się każdego 18. dnia miesiąca. Nikt nie był w stanie powstrzymać całożerstwa Smoka – dziewic politycznych było coraz mniej na Wiankach krakowskich. Aż przypłynął z Gdańska do Krakowa (Wisłą pod prąd) sprytny naśladowca szewczyka Skuby (czyli skubaniec). Nadział baranią skórę siarką i smołą PO, narkotykiem SLD oraz dopalaczami trzeciej generacji. Smok Żoliborski połknął 15 października 2024 barana z wypalonym numerem „13 grudnia”. Doczołgał się teraz do Wisły i pije. Brzuch ma coraz większy… Koniec jest znany.
Tej myszy brakuje mocy. Dać jej siłę szczęk lwa, zagryzie wszystkich!
Mnie teza oszalałego z głodu narkomana przekonuje, a dowodów pod ręka bez liku. Może dodałbym, ze nie on jeden cierpi.
Rozumiem fascynację JK, choć jej nie podzielam. Zgadzam się natomiast, że tacy ludzie, jednoznacznie źli i zepsuci do szpiku kości, a przy tym tchórzliwi, wysługujący się innymi, aby niszczyć jeszcze innych mogą budzić fascynację. U części zwolenników i wyznawców tacy ludzie budzą autentyczny podziw i zachwyt, wręcz nabożne podejście do takiego osobnika. Dość znana jest fotografia, gdzie relatywnie młoda kobieta z wielką namiętnością (polityczną) całuje JK w rękę. Przeciwników fascynuje istota samego zła i jego implikacje.
Dla mnie taki człowiek budujący swoją władzę na permanentnych kłamstwach, odwracaniu pojęć, skłócaniu ludzi, sianiu nienawiści, ciągłym wykluczaniu innych, strachu przed światem i przyszłością jest tyle mało interesujący co prawie zupełnie bezwartościowy. Prawie, bo wnosi jedną wartość w moje życie – chęć pokonania go i odsunięcia od wpływu na życie publiczne. W takiej fazie właśnie się znajdujemy.
*
Warto przytoczyć kilka zdań z tekstu Autora.
„Oto zatem mały, stary, ale jednak tyranozaur?”, „Czyż nie byłby to doskonały nowy Goldfinger? „, „To heroinista, a jego heroiną jest władza.”, „I oto nagle stracił władzę. Jest przeto na głodzie, na wielkim głodzie….”, ” Trzeba – kosztem największej nawet destrukcji i „pięknej katastrofy” – doprowadzić do przyśpieszonych wyborów. Bo wtedy jakaś szansa jest. Może coś się niespodziewanego wydarzy? „, „Przypadek zatem zdecyduje, czy będzie to tylko „straszny dziadunio”, czy też „jeździec apokalipsy””.
Te zdania stanowiące skróty myślowe mogą być dla wielu ludzi fascynujące, niezależnie od tego czy wyznają kult czy anty kult tej postaci. Dla mnie są one częściowo groźne a częściowo groteskowe. Oto jeden kompletnie oderwany od rzeczywistości człowiek, który przegwidał swoje życie na zażywanie narkotyku jakim jest władza i nie umiał, ale także nie chciał uwolnić się z tego nałogu, od 23 lat próbuje brać na zakładników większość społeczeństwa dla realizacji swojej chorej, niedouczonej a przede wszystkim kompletnie wstecznej wizji Polski. Najwyższy czas aby pozbawić go takich możliwości i odesłać na należne mu miejsce jakim jest śmietnik historii.
Psychopata. Inteligentny, obdarzony świetną pamięcią do ludzi i twarzy. Twórczy, ale tylko w jeden sposób. Z ogromna łatwością wymyśla najohydniejsze insynuacje. Zero hamulców. Wszystkie te cechy są dość częste, ale dość rzadko spotykają się w jednym osobniku w takim natężeniu.