03.03.2024
Za podgniłych czasów ubiegłego wieku, rodzice zabierali mnie do teatru. Miałem wtedy siedem lat, a przedstawienia należały do marudzeń dla dorosłych. W tym wieku nie lubi się zabaw wymagających bezruchu, skupienia, zwłaszcza zaś tego, że, pod groźbą maminego szczypa, nie wolno było oddychać bez rozkazu, wiercić się oraz szeleścić sreberkami. Magia teatru, szelest sukien, aktorki, aktorzy, wszystko to działało mi na wyobraźnię. Jednak już wtedy należałem do niedojrzałych zgredów i lubiłem te nudziarskie sadyzmy.
*
Rodzice, a szczególnie Tata, chodzili do teatru często. Częściej, niż nasz sąsiad na jednego. Dodatkowo był z ojca kinoman. Na filmach się znał i mógł o nich rozwodzić się godzinami, bo to była jego pasja. A że pracę miał terenową i całymi tygodniami przebywał poza domem, filmów i spektakli obejrzanych przez niego, nie sposób porachować. Z każdej podróży przywoził po dwa – trzy programy. Dzięki nim znałem obsadę, treść sztuki, nazwisko reżysera, najlepsze recenzje, a z opowiadań Taty dowiadywałem się, czy uczestniczył w WYDARZENIU, czy odwrotnie: w zbiorowej stracie czasu. Kiedy wracał do domu, rozpoczynały się jego omawiania ról, aktorów, dekoracji i reżyserii. Roztrząsanie sensu, czy nauki wynikającej z treści utworu. Tak mnie tym zafascynowaniem zaraził, że zostało mi to do tej pory.
Teraz wędruję po tych oprawionych programach z Polski i odkurzam pamięć minionego świata. Zebrane w jedną książkę, mają sens inny dla mnie i inny miały dla mojego ojca. Dla niego stanowiły zapis konkretnej rzeczywistości, znanych dat i miejsc, dla mnie natomiast są potwierdzeniem istnienia klimatów, które zdechły i za którymi możemy tylko tęsknić. Tak jak za rodzinnymi wyjściami do teatru, kina, opery, na koncert; w poszukiwaniu artystycznych wrażeń. Czasy się zmieniły i tak zwana kindersztuba poszła w odstawkę. Ale nie w tym rzecz, że dobre wychowanie przestało być objawem szacunku do miejsc takich, jak opera, czy filharmonia. Rzecz w tym, że wtedy były to przestrzenie służące oczyszczającym refleksjom, różniące się od cyrku lub tancbudy tym, że nie uchodziło iść tam w trampkach, kąpielówkach i z torbą pop cornu.
*
Kiedy czytam reminiscencje teatralne JAROSŁAW HEBLA, opływa mnie czuła fala żywych wspomnień. Teraz oglądam aktorów bądź w telewizji, bądź gdy słucham audiobooków czy słuchowisk w ich interpretacji. Albo jak zanurzam się w chwilach przeszłych odwiedzin scenicznych sal, kiedy widzę i słyszę w pamięci, co się na nich odbywa.
Spośród aktorów i reżyserów działających obecnie, rozpoznaję wyłącznie tych, którzy byli mi znani, gdy byłem młody. Których oglądałem u zarania ich kariery, gdy dopiero zapowiadali się na wielkich mistrzów, gdy zaledwie marzyli o sławie i jeszcze przed sobą mieli porównywanie z aktorami stojącymi u progu sukcesu. Przed nimi była ocena kunsztu długoletniej pracy nad sobą skonfrontowana z umiejętnościową mizerią wynikającą z braku zawodowego doświadczenia.
Dlatego coraz częściej patrzę wstecz, a nie w przód. Dlatego wracam do powtórzeń starych filmów i przedstawień z wiosny mojego życia. Dlatego jestem podobny do inżyniera Mamonia z filmu Rejs, ponieważ doceniam tylko te utwory, które dają mi intelektualną satysfakcję. Jestem więc konserwatystą i opowiadam się za trzymaniem się sprawdzonych wzorów postępowania. Co jednak nie oznacza, że sprzeciwiam się poszukiwaniom w sztuce: nowatorstwu i eksperymentom. Nie.
Sprzeciwiam się jeno niepotrzebnym udziwnieniom przedstawionego dramatu. Dotyczy to zwłaszcza utworów klasycznych. Szczególnie zaś adaptacji szkolnych dzieł. I w tym aspekcie rozumowania zgadzam się z Heblem, że nie mamy beletrystycznego opisu rzeczywistości, a wtłaczanie w stare teksty współczesnych treści, drastycznie mija się z sensem utworu.

Marek Jastrząb
Pisarz, publicysta
Niektóre publikacje Autora są do pobrania w Bibliotece Studia Opinii
źródła obrazu
- jastrzab: BM

” … wtedy były to przestrzenie służące oczyszczającym refleksjom, różniące się od cyrku lub tancbudy tym, że nie uchodziło iść tam w trampkach, kąpielówkach i z torbą pop cornu.”
Zostałem wychowany przez ojca w kulcie opery i operetki. Ojciec uwielbiał klasykę. Pamiętam z jakim wahaniem szliśmy do Opery Leśnej w Sopocie na „Ptasznika z Tyrolu” gdzie otaczający las narzucał wręcz scenografię i nadawał nieco inne „brzmienie” całemu przedstawieniu. A jednak ojciec to zaakceptował 🙂
Powstało więc pytanie: czy szukający zmian w starym, stabilnym obrazie to ludzie z brakiem kindersztuby, czy ludzie „wolni” z myślą swobodną?
Tego się chyba nie da rozstrzygnąć, ale bliżej mi do Pańskiego stanowiska.