06.03.2024
Agitacja odbywa się z rozmachem. To ci, to tamci przez chwilę szczytują. To ci, to tamci podnoszą głowę i ustami Czarnka, lub Nowackiej obwieszczają swój żałosny triumf. Przez chwilę Rządem, czy Parlamentem, targają optymizmy, wstrząsają dreszcze, a gdzie nie spojrzysz, tam widzisz, jak odbywa się gorączkowe przebieranie nóżek, zacieranie rączek i wywijanie partyjnym ozorkiem na sejmowej ambonie. Tylko Prezydent dyszy godnością, tryska humorem i zapowiada, że choć miłuje konstytucję, to ma ją gdzieś.
Ogólnie panuje atmosfera euforii. Euforii wszakże opuchłej od narodowych obiekcji. Wzdętej od wątpliwości, gdyż, w rejwachu wygórowanych oczekiwań, umocniło się w ludziach przekonanie, że wzmiankowany entuzjazm całkowity nie jest i nigdy takowym nie będzie. W żadnym wypadku, ponieważ nie istnieje wola polityczna: o ugodach i o pójściu w stronę zbratania, nie ma co marzyć! Stąd ogólna frustracja i bezsilne potrząsanie złorzeczącą piąstką.
Konkluzja: wygrani, przegrani, obojętnie kto, powinni spuścić sobie adrenalinowe powietrze z opon mózgowych i przyjąć do aprobującej wiadomości, że nie można skoczyć wyżej własnych nerek.
Wielki kurdupel
Jeżeliś, czytelniku, pomyślał, że będzie to gadka leśnego dziadka o naszym kultowym prezesie, toś spudłował, bo tym razem nagłówek tej leguminy odnosi się do Witolda Gombrowicza, którego niektóre patałachy potraktowały z buta.
Długo by ględzić, co mu zarzucają. Nie fakt, że wielkim pisarzem był, ale intensywne i daremne krytykowanie narodowej zaściankowości. Pod gołosłownym twierdzeniem o czasach, które się zmieniły (według patałachów na lepsze), znalazł się pomysł okrzyknięcia poglądów pisarza – nudziarstwem. Niby, że kiedyś tam może biły po oczach słusznością, ale teraz są do kitu. Polska wyszła z cienia i jest krajem z najpierwszej ekstraklasy. Inne liczą się z jej zdaniem i tak dalej i temu podobne. Nie po to piszę o takiej postawie, która po raz kolejny udowadnia, że Gombrowicz ma nadal rację, lecz dlatego, by uzmysłowić sympatykom PiS-u, jak wmawianie dziecka w brzuch rozlewa się i anektuje wszystkie dziedziny człowieczego życia.
Transformacyjne tabu
Zaraz po zmianie z 89 roku wyroił się pogląd, że aby nowy ustrój różnił się od komuszego, wymrzeć muszą pamiętające go pokolenia przyzwyczajone do trzymania za mordę. Było to przekonanie ze wszech miar trafne. Lecz miało żywot krótki, gdyż, jak wszystko, co słuszne, zostało skwapliwie zagadane, gremialnie wyszydzone, prędziutko zapomniane i znalazło się w kręgu spraw mało ważnych. Ponieważ albowiem pochopnie dokonano uproszczonego podziału na komuchów cacy i komuchów be, a nikomu z nich nie spieszyło się do piachu.. Pierwsi byli społecznie dopuszczalni, nieszkodliwi, a nawet tolerowani. Natomiast kreatury numer dwa, zasiliły kadry szubrawców, czyli między innymi obsiadły PiS i pochodne speluny.
Jednakże w toku dzielenia komuszego narodu na pijawki dobre i złe, nastąpiło wymieszanie grup i kanalie wtopiły się w tłum osobników posądzanych o uczciwość. Poskutkowało to tym, że w tej chwili nie sposób rzec, kto jest kim, tak się zamazał krajobraz po bitwie. To znaczy rzec można, lecz przy tej okazji można też się pomylić i wyjść na oszczercę. A to grozi pyskówką, gdyż każdy posądzony o łajdackie parantele, utrzymuje, że jest z niego kryształowy Wąsik.

Marek Jastrząb
Pisarz, publicysta
Niektóre publikacje Autora są do pobrania w Bibliotece Studia Opinii
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Spuścić powietrze z opon mózgowych,!, genialnie markojastrzębowskie. Mistrzowskie!
Krótko a celnie, w jedynym takim stylu, nie do pomylenia.
Najtrudniej przychodzi wytłumaczyć się z powodów osobnego stylu i może byłoby lepiej poprzestać na wyznaniu, że jestem „Nikiforem prozy”. Czyli piszę „po swojemu”, nie przestrzegając obowiązujących reguł. Zamiast rozwlekłych usprawiedliwień i nudnych powtórzeń, dlaczego tak robię, przytoczę własne teksty naskrobane drzewiej:
Językowy puc
Jakże zrozumiale brzmi wyznanie Gombrowicza, że nie chce być pisarzem idealnie poprawnym, pozbawionym wszystkich językowych odstępstw od norm, a nie chce, ponieważ ich gorliwe i rygorystyczne przestrzeganie prowadzi do „wykastrowania z indywidualności”.
Słowo to barometr epoki. Znak triumfu i rozwoju myśli lub jego przeciwieństwo. Są nie po to, by gęba miała zajęcie. Mają służyć nie tylko do ciurkania elokwencji, ale i do odzwierciedlania tego, co się ma zamiar powiedzieć Jednakże między powiedzieć a powiedzieć rozpościera się otchłań różnic. Można coś tam wyrazić nie uzyskawszy żadnego oddźwięku. Dzieje się tak, gdy język jest martwy, sparciały, mało elastyczny, nie zmusza do przetwarzania skojarzeń, zadowala się stwierdzeniem gołego faktu, nie rodzi konkluzji, a człowiek, po przewentylowaniu takiej myśli, nie chce zgłębiać, co te znaczenia skrywają pod podszewką.
Lecz są słowa, przeciwne do tamtych: ruchome i rozhuśtane. Kiedy w zdaniu znajdziemy takich kilka znaczeń, nawet pozornie sprzecznych ze sobą, nawet rządzących się nieznanymi prawami, to nagle się okazuje, że zdanie z nich zbudowane, zawiera w sobie nowe barwy i nieprzewidywalne sensy, że tym samym są bogatsze, różnorodniejsze, ciekawsze, że są istotne, ponieważ sprawiają, że zwykła myśl, uszarpana własną miernotą, płytka i „jednowymiarowa”, dzięki owym zbitkom lub skojarzeniom, zaczyna wyłazić na powierzchnię zdania w zupełnie nowej szacie, zaczyna pączkować prawdami, których nie podejrzewalibyśmy na wstępie. Mówiąc krótko: niektóre są martwe, bo pojedyncze, a inne składane są jak teleskop.
Gdy używamy pierwszych, jesteśmy szablonowi i kołczejemy z poprawności. Lecz jeśli posłużymy się słowem teleskopowym, znajdziemy się wśród barw, które nie są przedawnione, zastarzałe i passe, a nasza wyobraźnia uwolni się od stereotypów, przeniesie nas do krain zbudowanych z nowych zafrapowań, nowych pytań i nowych odpowiedzi, odsłoni przed nami las, rozarium, a nie tylko zwyrodniałe skupisko patyków.
*
Literatura za bardzo wzięła sobie do serca fakt, że mówi się o niej „piękna”. Zanadto, gdyż powinna mieć spocony kałdun wystający z niedopiętej koszuli. W moim pojmowaniu winna nie mieć wspólnych mianowników ze stylistycznym betonem: ma być prosta, czyli pachnieć rzeczywistością, nie nosić kagańca i przepuklinowego pasa.
Niektórzy literaci zawzięli się używać słów udeptanych przez tradycję, podczas gdy stosowane przez nich, nie powinny dzielić się na wyrazy dopuszczalne i zakazane, gdyż jest to podział sztuczny i nieuprawniony. Pierwsze to te z bramy frontowej, reprezentacyjne i poprawnościowe, drugie to te, które chyłkiem przemykają pod schodami.
Słów potocznych, żywych i obrazowych używa się szczyptę, podczas gdy kolokwialnych, trafnych, lecz niesłusznie zapomnianych i pomijanych w stosowaniu, słów chadzających za potrzebą, samopas i na bosaka, z tłuszczykiem i przy kości, neologizmów przemielonych przez uliczny i bazarowy zgiełk, słów zamieszkałych w zwyczajności, brak: nie mogą dopchać się do należnej im nobilitacji.
Sądzę, że dzisiejsze zasady jutro będą uznawane za błędy. Podobnie jak wczorajsze są nie do przyjęcia teraz. Mówię o modzie na poprawne wyrażanie myśli. Język, styl, gust — nie są to rzeczy zastygłe — podlegają nieustannym, etycznym i estetycznym, modyfikacjom w trakcie procesu naszych przeobrażeń, są kształtowane przez zmiany zachodzące w naszej psychice.
O rozpoznawalności w pisarstwie
Język twórczy (nie — odtwórczy) różni się od sucharkowego (poprawnościowego) języka używanego w literackiej księgowości tym, że powinien być krwisty i soczysty, a nie — zbieraniną słów kostycznych czy spalonych na węgiel. W tym miejscu najlepiej posłużyć się przykładami zaczerpniętymi z dzieł „klasyków”. Orwell w „Folwarku zwierzęcym” użył sformułowania „kury skrzeczące z przerażenia”, Mickiewicz — „zakasać pięści”, Balzak — „ziewający koń”, Gombrowicz — „twarz wykrzywiona brakiem uśmiechu”.
Czy pisarze ci popełnili błędy? Z punktu widzenia językowego purysty tak — od razu napiętnuje tego rodzaju stylistyczną woltyżerkę dowodząc, że kury nie skrzeczą, koń nie ziewa, a pięści zakasać nie można. I poprawiacz taki miałby rację, tyle że gdyby nie podobne wygibasy słowotwórcze, nasz sposób wyrażania myśli byłby od czasów Reja wciąż ten sam.
Zjawisko stylistycznej rozpoznawalności piszącego przyrównać można do głosu aktora: nie sposób pomylić Gustawa Holoubka z Andrzejem Szczepkowskim, Seweryna z Lindą, Dzwonkowskiego z Michnikowskim, Eichlerówny z Jandą. W głosie aktora jest zawarta dusza wypowiadanego tekstu, charakterystyczna intonacja i specyficzne wybijanie sensu utworu poprzez umiejętne rozłożenie akcentów.
Te „naskrobanki” Pańskie, to prawie jak Manifest.
Każdy pisze po swojemu, tylko jeden z ikrą, drugi fałszywie, kolejny rozciąga flaki z olejem. Ktoś skrobie sympatycznym atramentem.
Dobrze jest przeczytanie Pana zakończyć satysfakcją zrozumienia, niektóre kwestie warto by wchłonąć w charakterze stymulatorów, ale tu szarokomórkowe pojemności wykpiwają się peselem; musi wystarczyć bieżąca przyjemność czytania, próby ogarnięcia sensu i… zapominanie, nierzadko repeta.
A z tym Nikiforem prozy, to jednak przesada – zbyt żywym, bogatym i elastycznym językiem Pan się posługuje. I zabawnym, przy całym mistrzostwie pióra. Lata temu własną nieporadność językową określiłem gryzmoleniem swoich ociepków, nikiforów, celników – wtedy było to adekwatne.
Pozdrawiam.