08.06.2024
Kilka dni temu w telewizji śniadaniowej TVN wystąpił młody człowiek, który w ramach komercyjnej wyprawy wszedł na Mt. Everest. Przypadkiem niby wspomniał, że jeden z członków jego grupy został w śniegu i lodzie na zawsze.
Nie mam nic przeciw temu chłopcu, który przyznał, że przygotowywał się przez trzy lata chodząc po niespecjalnie wysokich i łatwych górskich drogach. Wręcz przeciwnie, dobrze mu życzę, ale zastanawia mnie, dlaczego nikt nie organizuje przepływania kanału La Manche dla ludzi nie umiejących pływać? Albo dlaczego nie namawia się do przebiegnięcia maratonu kogoś, kto dostaje zadyszki podchodząc Tamką?
Żadna poważna organizacja alpinistyczna nie wysłałaby na wyprawę w Himalaje, Karakorum, Hindukusz, czy Pamir człowieka z zaledwie trzyletnim stażem górskim wyłącznie na łatwych drogach. Robią to komercyjne firmy świadomie i cynicznie robiące kasę wiedząc, że część ich klientów zginie. Na wszelki wypadek płatność jest z góry.
I tu przejdziemy do tematu, dlaczego ci ludzie na takich wyprawach giną. Zaraz usłyszę, że alpiniści też giną. Tak, ale rzadko w zupełnie łatwym technicznie terenie. Alpiniści atakują trudności, których turysta nawet nie potrafi sobie wyobrazić. To tak, jak byśmy porównywali utonięcia przy pływaniu w wzburzonym morzu z utonięciami w wannie.

Turyści na wyprawach komercyjnych giną głównie z dwóch powodów. Są za słabi fizycznie i nie potrafią ocenić niebezpieczeństwa, bo nie mają doświadczenia. W sporcie funkcjonuje takie pojęcie jak „przekładnia”, czyli stosunek siły do wagi ciała. Dlatego drobna dziewczyna może być praktycznie silniejsza od rosłego chłopa. Mówimy więc o sile w takim znaczeniu.
Turystom, zwłaszcza młodym, może się wydawać, że są silni, bo pakują na siłowni i biegają nad Wisłą. Pozwolę sobie posłużyć się przykładem z innej dziedziny. Prowadziłem przez ok. 20 lat treningi sportów walki. Na grupę początkową zgłaszali się m. in. młodzi ludzie przekonani o swojej sile i sprawności, bo na przykład potrafili zrobić 20 pompek. Wielkie było ich zdziwienie, gdy dowiadywali się, że „tu się mniej niż 50 nie robi”, a w grupach zaawansowanych sto lub dwieście nie jest sensacją.
I tu właśnie chodzi o tę proporcję. Rozmawiałem nie raz z turystami, którzy uważali, że „znają góry”, bo byli na Rysach, albo na Mt Blanc (kilkaset metrów niżej niż baza pod Everestem). Ci ludzie nie rozumieją, że o górach nie mają nawet bladego pojęcia.
Doświadczony alpinista wie, że na zejście potrzeba tyle samo, a czasem więcej siły, niż na wejście. Wie, kiedy trzeba zrezygnować ze szczytu i zawrócić, by nie zostać tam na zawsze. Turysta tego nie wie. Nie wie też, że pozorne „wygody” na wyprawie komercyjnej służą zyskowi firmy, a nie jego bezpieczeństwu. Na przykład, na klasycznej wyprawie zakłada się kolejne obozy i poręczówki, samemu. Nosi się namioty, sprzęt i inne graty na własnych plecach, zdobywając w tym czasie aklimatyzację i kondycję. Turysta, któremu wszystko zanieśli tragarze, ma dużo mniejszy wysiłek, ale wcale nie jest to dla niego dobre. Bo gorzej się aklimatyzuje i nie nabiera siły. Firmie zależy na tym, by wepchnąć go na szczyt jak najszybciej, a jego ewentualne zwłoki są tylko pozycją w arkuszu kalkulacyjnym.
Dlatego ja bym powiedział temu chłopcu: Miałeś chłopie więcej szczęścia niż rozumu. Chcesz wchodzić na ośmiotysięczniki, to najpierw zrób parę porządnych dróg zimowych w Tatrach i w Alpach. Wejdź najpierw na kilka sześciotysięczników. Powspinaj się parę lat zimą. Przebiegnij parę razy maraton, poszwędaj się po północnej Mt. Blanc lub Matterhornu i dopiero wtedy zabieraj się za coś większego. Góry są, gdzie są i przez parę lat nie znikną, a Ty będziesz miał szansę też nie zniknąć.
O ocenie moralnej tych firm nie piszę, bo jest oczywista.

Krzysztof Łoziński
Emeryt
Ur. 16 lipca 1948 r., aktywista wydarzeń marca 68. Były działacz opozycji antykomunistycznej z lat 1968-1989, wielokrotnie represjonowany i dwukrotnie za tę działalność więziony.
Członek Honorowy KOD i NSZZ „Solidarność”

Spodobało mi się stwierdzenie, że o „ocenie moralnej tych firm” Pan nie pisze.
Bardzo słusznie!
Nie należy oceniać tych firm w oderwaniu od modelu biznesowego, który funkcjonuje wokół.
A ten zakłada, że zysk jest najwyższą wartością dla przedsiębiorstwa.
Jeśli działalność danego przedsiębiorstwa powoduje ludzkie tragedię, w tym śmierć – cóż z tego? Zysk jest najważniejszy!
Na szczęście szczyty — nawet ośmiotysięczniki — bywają zdobywane również w stylu alpejskim (którego orędownikiem jest m.in. Wojciech Kurtyka), bez żadnych poręczówek, butli i innego balastu.
I styl ten najskuteczniej oddziela ziarna od plew. Nie wystarcza bowiem wydolność organizmu czy nawet naturalna zdolność do aklimatyzacji na dużych wysokościach — niezbędny jest olej w głowie, zaś najwyższą jakość tegoż uzyskuje się dzięki filtrowi bogactwa różnorodnych doświadczeń (w tym przypadku górskich) zdobywanych rzetelnie i stopniowo.
Pewna osoba (personalia pomijam rozmyślnie — zgodnie z zasadą totschweigen), która ustanowiła głośny (głównie w mediach celebryckich i celebryzujących) rekord związany z wysokimi szczytami, przyznała bez ogródek, że gdyby nie wsparcie komercyjnego przedsiębiorstwa oferującego wciąganie i ściąganie, gdyby tych wszystkich niezliczonych podpórek nagle miało zabraknąć, nie byłaby w stanie sobie poradzić w terenie.
Przypomina to finisz Doranda Pietriego, który dotarł na metę maratonu na IO w Londynie jako pierwszy, lecz… z wydatną fizyczną pomocą sędziów i widzów (finałowa runda na stadionie zajęła mu… dziesięć minut).
Dlatego też uważam, że zapraszanie rzeczonego typu osób, choćby do telewizji śniadaniowej, przynosi znacznie więcej szkody niż pożytku.
PS. Pietri został oczywiście zdyskwalifikowany.
Wiem, sam jestem alpinistą, choć już na emeryturze.