17.11.2025
W Polsce wybuchła wojna. Nie taka z czołgami i hymnem w tle, tylko bardziej swojska, hybrydowa, z domieszką wschodniego sabotażu i zachodniego niedowierzania. Wojna, której front biegnie nie przez pola bitew, lecz przez torowiska, skrzynki elektryczne, magazyny z nawozami i głowy tych, którzy dalej myślą, że Putin tylko broni rubla przed amerykańskim imperializmem.
W Mice, powiecie garwolińskim, w niedzielny poranek doszło do detonacji ładunku wybuchowego na linii kolejowej Warszawa–Lublin. Tory, którymi codziennie przejeżdża 115 pociągów, w tym składy przewożące pomoc wojskową na Ukrainę, zostały wysadzone z premedytacją. Było blisko do katastrofy. Kilka godzin później na tej samej trasie inny pociąg z 475 pasażerami musiał awaryjnie hamować przez uszkodzoną trakcję i metalową obejmę na torach. Rosja właśnie przeszła z fazy „podsłuchujemy” do etapu „ładujemy ładunki pod twoje tory i sprawdzamy, czy masz refleks”.
Premier Donald Tusk zjawił się na miejscu osobiście, nie z katechetą, nie z kaznodzieją z Torunia, ale z ministrami i poważnym planem. Zapowiedział pełną mobilizację służb, uruchomił specjalny sztab bezpieczeństwa i, co najważniejsze, nazwał rzeczy po imieniu: akt dywersji, zagrożenie dla państwa, operacja wrogiego wywiadu. Tego nie da się zakrzyczeć smoleńskim bełkotem, choć zapewne ktoś spróbuje.
W tym samym czasie opozycja… zniknęła. Jarosław Kaczyński, który jeszcze niedawno tłumaczył Polakom, że Niemcy knują w Berlinie, a „wróg czai się w Brukseli”, teraz siedzi cicho jak kot pod łóżkiem w noc sylwestrową. Nawrocki, dyżurny obrońca narodowej wersji absurdu, również milczy. Może szykuje nową wersję podręcznika, w której sabotażyści to lewacy przebrani za kolejarzy. Może pracuje nad nową definicją patriotyzmu: „ten, kto patrzy na wybuch i mówi, że to teatr zachodni”.
Ale prawdziwy teatr skończył się. Na scenę weszli ludzie, którzy mają więcej w głowie niż w teczce z IPN. MSWiA, ABW, CBŚP, prokuratura, Straż Ochrony Kolei — wszystkie służby działają wspólnie. Współpraca, koordynacja, konkret. Premier, ministrowie, generałowie – mówią jednym głosem: to jest wojna, jeszcze nie konwencjonalna, ale już nie tylko medialna. To realne przygotowanie do działań agresywnych. To przedsionek piekła, którego zapach wyczuwa się na każdym przejeździe kolejowym.
I jakby tego było mało – równolegle z fizycznymi aktami sabotażu, Polska doświadcza fali cyberataków. Służby informują o próbach włamań do systemów administracji publicznej, kolei, a nawet wodociągów i elektrowni. Rosyjskie botnety, niczym cyfrowi partyzanci, próbują zasiać chaos, paraliżując strony urzędów, kradnąc dane i rozbijając zaufanie obywateli do cyfrowej infrastruktury państwa. Generał Wiesław Kukuła ostrzegł wprost: „To stan przedwojenny. Przeciwnik buduje środowisko, które ma doprowadzić do destabilizacji.”
Warto przypomnieć, że to nie pierwszy incydent. Od stycznia 2024 roku zatrzymano 55 osób podejrzanych o współpracę z obcymi służbami. Kilkanaście aresztowano, niektórych deportowano. Były podpalenia, sabotaże, próby przerzutu materiałów wybuchowych przez Polskę. A teraz eksplozje pod torami. To nie jest przypadek. To test. Jak głęboko można uderzyć, zanim społeczeństwo się przestraszy, a państwo się rozpadnie.
Rosja bada nasze miękkie podbrzusze. Jak bokser z doświadczeniem – nie wali od razu w głowę, tylko najpierw w nerki. Chce zobaczyć, czy zgięci od bólu, czy nadal stoimy. Dlatego potrzebujemy siły – nie tej z sejmowej mównicy, gdzie od lat słychać tylko rechot i bełkot – ale tej realnej, instytucjonalnej, państwowej.
Dobrze, że Tusk to rozumie. Dobrze, że Siemoniak mówi o dywersji wprost. Dobrze, że Żurek przypomina, że nie będzie miejsca na Ziemi, gdzie sabotażysta się ukryje. Bo jak nie oni, to kto? Kto jest dziś gotów wprost powiedzieć ludziom: „To nie jest czas na marudzenie o Unii, to jest czas na obronę kraju”?
Tymczasem społeczeństwo nadal trochę w letargu. Część komentatorów wciąż próbuje sugerować, że „może to sabotaż fałszywej flagi”, inni, że „to tylko przypadek”, a jeszcze inni, że „przynajmniej w PRL kolej działała punktualnie”. Otóż nie. To nie jest czas na żarty o pociągach. To jest moment, kiedy każdy dźwięk na dworcu może być sygnałem alarmowym. Kiedy każdy dzień bez eksplozji powinien być traktowany jak sukces.
Nie ma już taryfy ulgowej. Nie możemy się bawić w półśrodki, kompromisy i cytaty z Orwella. To jest wojna hybrydowa – a Polska jest państwem frontowym. Tak określił to gen. Kukuła i trudno się z nim nie zgodzić. Mamy być odporni. Resilient. Bo słaba reakcja dziś, to pogrzeb jutro – i niekoniecznie państwowy.
Pociąg do wojny już ruszył. Pytanie tylko, kto ma bilet na odwagę, a kto jeszcze stoi na peronie z walizką pełną frazesów.
Spoiler: ten pociąg nie czeka. I nie zatrzyma się na stacji „jakoś to będzie”.
Krzysztof Bielejewski

W Polsce teraz tory kolejowe mają swoje fronty, niestety. Kiedy pociąg do wojny mknie przez kraj, część pasażerów dalej wierzy, że to tylko atrakcja w parku rozrywki nazwanym „Będzie dobrze”. Sabotaż pod szynami, cyberataki w Wi-Fi, a opozycja gra w chowanego z rzeczywistością – w tym teatrze absurdu bilety rozdaje Putin, popcorn sprzedaje Kaczyński, a maszynistą został Donald Tusk… bo przynajmniej ktoś w końcu pilnuje, dokąd to wszystko naprawdę jedzie. Otoczenie Nawrockiego domaga się gwałtownie i nazbyt głośno informacji protestując, że to nie oni w roli głównej, czego nie mogą darować rządowi.
Kiedy naród sprawdza, czy już czas na walizki, trzeba sobie szczerze powiedzieć: to nie „PKP Intercity”, tylko „PKP Interwencja” – i, jak przestrzega Autor, ten skład nie zatrzyma się na stacji „spokojna głowa”.