04.02.2026
W piekle dla elit, czyli w aktach Jeffreya Epsteina, jest jak w luksusowej szatni po meczu charytatywnym: pachnie pieniędzmi, potem i moralnym rozkładem. Kiedyś mówiło się, że niebo jest dla świętych, a piekło dla towarzyskiej śmietanki. Dziś wiadomo, że piekło nosi markowe garnitury, rezyduje na Karaibach i serwuje szampana z dodatkiem cyjanku. Najnowsza publikacja ponad trzech milionów stron dokumentów przypomniała światu, że diabeł nie ma kopyt, lecz smoking i znajomości. Na tej liście upadku, pomiędzy Clintonem, Muskiem, księciem Andrzejem, a nazwiskami mniej znanymi, lśnią również dwie polskie perły: Wojciech Fibak i modelka Mariana Idźkowska. Tak, ten sam Fibak od kortu i kanapy, od sztuki i „spotkań”, i ta sama Idźkowska, która poleciała do Epsteina na jego koszt.
Fibak, dawniej gwiazda tenisa, potem kolekcjoner sztuki, a już zawsze – legenda polskich rozmówek szeptanych, znów pojawia się tam, gdzie robi się ciepło od kamer i lodowato od sumienia. Gdy Epstein wysyła mu maila z gratulacjami i pytaniem, czy będzie w Paryżu – Fibak odpowiada z francuską kurtuazją: „Tak, merci. Zadzwoń kiedy chcesz! Wojtek”. Taka niby nic nieznacząca korespondencja, ot dwie dusze zgubione w sztuce i smogu elit. A jednak wokół tej wiadomości roztacza się aromat dawnego skandalu, jakby ktoś otworzył butelkę drogich perfum ukrytych pod podłogą w lombardzie.
Nie zapominajmy, że Fibak już wcześniej ocierał się o nieprzyjemne klimaty. Nie chodzi tylko o obyczajową burzę sprzed lat, gdy Gazeta Wyborcza opisała jego rekrutacyjny talent do poznawania młodych kobiet dla „znajomych”. W jego biografii było więcej niż ten jeden deszcz. Już w 2002 roku francuskie media pisały o polskim tenisiście zamieszanym w kontrowersyjne kontakty towarzyskie. W Polsce – jak to w Polsce – temat przykryto serem na kanapce i dźwiękiem serwisu sportowego. Fibak pozostał celebrytą klasy de-lux, bywalcem, kolekcjonerem i panem Wojtkiem z salonu, który wie, w którym kieliszku podaje się winylową reputację.
A teraz? Teraz ten pastelowy obraz burzy jedna wiadomość od Epsteina. Czy coś z niej wynika? Nie. Czy powinniśmy wiedzieć, co wynika? Oczywiście. Bo nie chodzi tylko o to, czy Fibak poleciał na wyspę lub przyjął zaproszenie. Chodzi o to, że elity lubią obracać się wśród elit, nawet jeśli pachną siarką. O zatarcie granic pomiędzy sztuką a sutenerstwem, biznesem a handlem godnością. Fibak, zgrabnie sunący po tej tafli od dekad, trafił wreszcie na cienki lód. Tylko że ten lód leży na aktach FBI, a nie na stole w TVP Kultura.
Nie był jednak sam. Bo oto w tych samych dokumentach z epickim wdziękiem pojawia się nazwisko Mariana Idźkowska. Polska modelka, która – jak wynika z korespondencji – odwiedzała prywatną wyspę Epsteina, latała na jego koszt do Nowego Jorku i wspominała mu, że śnił się jej w nocy. Epstein odpisuje z gracją obleśnego Pinokia: „Czy byłem nagi?”. To nie są rozmowy o sztuce ani o wzroście cen nieruchomości w Warszawie. To jest precyzyjny katalog wstydu, gdzie piękno zostaje wymienione na dostęp, a marzenia o karierze na bilety lotnicze klasy biznes. W jednym z maili Epstein żartuje, że jej oczekiwania finansowe (200 tysięcy dolarów) są „zbyt ambitne” i że „może znajdzie dla niej sponsorującą agencję”. W innym – dopytuje o jej wiek i status związku. W całej tej wymianie lśni jedno: nie chodziło o modeling. Chodziło o dostępność. O podaż.
Należy przy tym podziwiać mistrzostwo uników. Fibak tłumaczy się z gracją dobrze wytrenowanego zawodnika: „To były gratulacje za Djokovica”. Oczywiście. Bo Epstein był przecież znany z zamiłowania do sportu, a nie do dziewcząt bez dowodu. „Nigdy z nim nie rozmawiałem przez telefon” – to akurat może być prawda. Epstein rozmawiał głównie pieniędzmi, układami i kalendarzami lotów. Czasem tylko mailowo, czasem na czacie z piekła. Zresztą, w epoce bezkarności i koneksji, po co komu rozmowy telefoniczne, skoro wystarczy przelot na wyspę i krótki „meeting artystyczny”.
Dziś premier Donald Tusk powołuje zespół analityczny do spraw polskich wątków w aferze Epsteina. I bardzo dobrze. Wreszcie ktoś próbuje wyjąć kij z miodu i sprawdzić, ile w nim robaków. Bo choć nie każdy, kto widnieje w notatkach potwora, jest winny, to jednak wina zbiorowa elit polega na obojętności. Na kiwaniu głową, kiedy dziewczynki z biednych krajów stawały się eksponatami w kolekcji obrzydliwości. Fibak zapewnia, że o niczym nie wiedział. Idźkowska milczy, a my wszyscy udajemy, że to nie dotyczy naszego kraju, naszej kultury i naszych ludzi. A przecież to nasi ludzie – z tą samą flagą, tym samym paszportem i tą samą skłonnością do tłumaczenia wszystkiego „nieświadomością”.
Epstein nie pojawił się znikąd. Zbudował swoje imperium na zapotrzebowaniu. A zapotrzebowanie rodzi się z bezkarności, układów i tego, co tak lubią wszyscy nasi Wojtkowie: łatwej drogi do wrażeń, których nie da się kupić na Allegro. Wrażeń, które śmierdzą potem młodości, łzami zalegalizowanej przemocy i szeptami za zamkniętymi drzwiami apartamentów z widokiem na piekło.
Felieton bez puenty? Nie, żadna puenta nie przebije cytatu z maila jednej z polskich kobiet do Epsteina: „Czy nie jesteś ze mnie dumny, że to piszę Jeffrey?”. Nie, dziewczyno. Nie jest. A my wszyscy powinniśmy się zastanowić, dlaczego w ogóle musiałaś to pisać.
Bo może ten mail był pisany nie do Epsteina, ale do nas wszystkich. I może my wszyscy, w tej naszej narodowej obojętności, powinniśmy wreszcie przestać być tłem. A zacząć być pytaniem.
Krzysztof Bielejewski

Obraz, jaki się wylania z afery Epsteina, nie różni się specjalnie od „Niebezpiecznych związków”, jeśli potraktować te książkę jako dokument, a nie jako literacką fikcje. I tu, i tam chodzi o dom schadzek. Różnice są raczej techniczne. Kiedyś nie było samolotów. Ale zawsze byli chętni panowie i były chętne panie. Nazwijmy je modelkami. Modelka, to jest taki zawód, ze pani publicznie pokazuje, co ma do pokazania, zas prywatnie daje to, co ma do dania. Chyba nie ma na ten temat jakichś złudzeń zarówno wśród tych, co biorą, jak tez tych, które dają. Nowością w sprawie Epsteina był młody wiek dających dam, które teraz są uparcie nazywane „dziećmi” w wypowiedziach na ten temat. Fakt, ze te dzieci w większości same z własnej woli wsiadały do prywatnego samolotu, jakoś umyka uwadze publiczności. To jest dość dziwne, ze one same wsiadały, zupełnie jakby nie było mnóstwa filmów sugerujących, co robi chętna pani z chętnym panem. I te spore w końcu dzieci tego nie wiedziały? Dzis można tak twierdzić, jeśli komu wygodnie. Z tego oczywiście nie wynika, ze role burdel-mamy i burdel-taty były chwalebne. To wszystko to oczywiście był splot wzajemnych usług, zapłat, oraz korzyści. Ludzie z tego kręgu byli pewni nie tyle nawet bezkarności, ile tego, ze czerwone latarnie niczego nie oświetlają i można się ukrywać w ich ciemności. Jak pokazał rozwój wypadków, w zasadzie mieli racje. Ich pech polegał na tym, ze w tym towarzystwie znalazł się niejaki Trump, i dlatego ten krąg znajomych zrobił się bardzo ciekawy. Gdyby nie Trump, to czerwone latarnie by niczego nie oświetliły.
Moim zdaniem, najciekawszą postacią w tym kręgu nie jest ani burdel-mama, ani burdel-tata, ani nawet kolekcja ich krewnych i znajomych. Najciekawsza jest modelka ze Słowenii, która doskonale znała reguły zawodu. Niewątpliwie potrafiła się odpowiednio zachować i ubrać. Dzięki swojemu sprytowi i niekłamanej urodzie w nagrodę została pierwsza eskortką dużego mocarstwa. Jaka szkoda, ze jej biura zostały zburzone koparkami. Biedna ofiara koparek nie ma się teraz gdzie schować.