29.11.2025
Rocznice są po to, żebyśmy nie musieli się przyznawać, że nic nie zrozumieliśmy. Składamy kwiaty, wygłaszamy mowy, włączamy patos – a potem wracamy do wygodnego przekonania, że historia już się nie powtórzy. Ot, była, minęła, zamknięta w muzeach i szkolnych czytankach. Tymczasem historia nie jest przeszłością – jest instrukcją obsługi teraźniejszości. Tylko zwykle czytamy ją wtedy, gdy maszyna już dymi.
Rocznica Powstania Listopadowego nie jest więc od sprawdzania, kto pamięta nazwiska dowódców i daty bitew. Jest od pytania o bezsilność. Tę samą, która towarzyszyła młodym oficerom w 1830 roku, gdy rzucali się z pistoletami na imperium. I tę samą, którą dziś karmimy się codziennie, mówiąc sobie: „Nic się nie da”, „To polityka”, „Mnie to nie dotyczy”, „Wszyscy tacy sami”.
Nie. Nie wszyscy tacy sami. Nie zawsze nic się nie da. I zawsze nas to dotyczy.
W Noc Listopadową garstka podchorążych ruszyła na Belweder. Nie dlatego, że byli naiwni. Ruszyli, bo rozumieli, że „bezkosztowa” niewola jest najtrwalszą z niewoli. Że jeżeli nie zapłacisz za wolność, zapłacisz godnością. A godność jest droższa.
Powstanie przegrało militarnie. To wiemy. Straciliśmy autonomię, język w urzędach, resztki złudzeń. Mądralom dziś łatwo mówić: „Było niepotrzebne”. Tyle że oni zawsze mówią to już po fakcie. Gdy tylko krew przestanie płynąć, pojawiają się księgowi historii, którzy pytają, czy się opłacało. Nikt z nich nie potrafi zapytać, czy dało się nie spróbować.
Ale zostawmy daty. Zostawmy chorągwie. Najważniejsze w Powstaniu Listopadowym nie są kule ani generałowie. Najważniejsze jest to, że Polacy odmówili bycia pańszczyzną własnego strachu. I to jest pytanie na dziś: czy my też odmawiamy?
Bo dziś nie ma Cara. Jest za to komfortowa autokracja w wersji light. Z logotypem, telewizją śniadaniową i patriotyczną czcionką. Z jednej strony narodowa tromtadracja, z drugiej – bezkarność władzy, która przez lata nauczyła się jednego: im bardziej krzyczysz „polskość”, tym mniej słychać, jak kradniesz państwo.
Mamy dziś własnych namiestników – tylko nazywają się „suweren”. A właściwie mówią w jego imieniu. Kaczyński nauczył Polskę jednego: że można łamać konstytucję, owijając ją biało-czerwoną wstążką. Nawrocki – że można mówić o suwerenności, jednocześnie robiąc z państwa pośmiewisko i figurę szachową cudzych interesów. Konfederacja i Braun – że można bredzić jak z moskiewskiego podręcznika, udając przy tym antysystemowych rebeliantów.
A TV Republika? To już w ogóle osobna jednostka chorobowa. Tam Polska zawsze jest „wstająca z kolan”, ale jakoś nigdy nie potrafi ustać na własnych nogach. Tam prawda jest „atakowana”, fakty są „niemieckie”, a Unia to okupant, który daje pieniądze tylko po to, żeby nas poniżyć.
To jest właśnie współczesny odpowiednik carskiej cenzury. Tyle że dziś nie zakazuje się mówić – dziś zagaduje się prawdę. Nie knebluje ust – zalewa się je pianą. kłamstw.
I w tym wszystkim my – obywatele. Coraz bardziej zmęczeni. Coraz bardziej zniechęceni. Coraz bardziej skłonni powiedzieć: „Dajcie mi święty spokój”. To jest właśnie bezsilność w wersji gourmet: dobrze podana, estetyczna, z nutą cynizmu.
Tylko że cynizm nie jest mądrością. Cynizm jest kapitulacją w smokingu.
Na wschodzie trwa wojna. Prawdziwa. Brutalna. Putin nie udaje. On nie gada o wartościach – on je mieli gąsienicami czołgów. Ukraina płaci krwią za to, że chciała należeć do świata, w którym prawo jest ważniejsze niż apetyt tyrana. I tak, ta wojna jest też o nas.
A my co? Kłócimy się, czyja Polska jest prawdziwsza.
W momencie, gdy Wschód płonie, my prowadzimy wojnę polsko-polską, w której bronią masowego rażenia są paski w telewizji i posty w internecie. Zamiast budować siłę – rozbieramy ją na części i licytujemy się, kto kogo bardziej nienawidzi.
Trump? Teatr jednego aktora z ego wielkości kontynentu. Człowiek, dla którego demokracja jest kłopotliwym dodatkiem do autopromocji. Nie raz już pokazał, że świat widzi jak pole golfowe: dla siebie, nie dla zasad. Dziś znów flirtuje z autokratami i izolacjonizmem, jakby historia była plotką z Twittera.
I my naprawdę chcemy w tym momencie być słabi, skłóceni i niepoważni?
Właśnie teraz, gdy świat wraca do języka siły, my ćwiczymy narodową histerię. To jest śmieszne przez pięć minut. Tragiczne po pierwszym czołgu.
Analogią do Powstania Listopadowego nie jest dziś broń. Jest odwaga nieulegania głupocie. Odwaga myślenia. Odwaga stanięcia po stronie faktów, a nie krzyku.
W 1830 roku zawiodły elity. Dziś też nie brakuje ludzi, dla których Polska jest tylko sceną. Jedni budują ją, drudzy grają w niej farsę.
Na szczęście są też demokraci. Tusk, Sikorski, Żurek, Domański i całe środowisko, które zamiast patriotycznej tandety proponuje nudną, żmudną odbudowę państwa. Nie będą efektowni. Będą potrzebni. Skuteczni.
Bo Polska bez sojuszników jest jak dom bez drzwi. Może i „własny”. Ale byle włamywacz wejdzie bez pukania.
I jedno trzeba powiedzieć wprost:
Bezsilność nie jest losem. Jest wyborem.
Tak, świat jest trudniejszy. Tak, polityka bywa obrzydliwa. Ale alternatywą są rządy ludzi, którzy wolność uznają za fanaberię, a konstytucję za przeszkodę.
Powstańcy listopadowi ryzykowali życie. My mamy ryzykować tylko wygodę.
Felieton to nie kazanie, ale jedno pytanie musi paść:
Czy jeszcze nam na tym kraju zależy – czy tylko nam w nim wygodnie?
Bo historia lubi żarty tylko do pewnego momentu. Potem wystawia rachunek.
A Polska… Polska zawsze płaci drogo.
Krzysztof Bielejewski

Zatkało! Do godziny 8:00 niedzielnego poranka zatkało aktywnych na ogół o każdej porze doby komentatorów. Wagą felietonowej prawdy zatkało, albo zmęczeniem po ostatkowych, tudzież całonocnych sobotnio-niedzielnych andrzejkowych balangach. Aż poczułem skrępowanie w czasie przemyśliwań nad zgłębionym dopiero-co testem i niepozornymi zrazu próbami skomentowania go. I presję wycofywania się. Bo wartość treści felietonu wydała mi się zbyt wielka w stosunku do moich emocjonalno-erudycyjnych predyspozycji, przy niemożebnym jednocześnie parciu do dania głosu.
Ale jednak…
*
Problem z Krzysztofem Bielejewskim jako autorem i komentatorem Studia Opinii nie jest łatwy do zdefiniowania. Jako felietonista jest utalentowanym erudytą. Płodnym gładkopisem, doskonale władającym językiem ojczystym, pikantnym przy tym słowotwórcą. To bez wątpienia. To cechy godne mej zazdrości. Ale jest jeszcze wystawcą swoistych „certyfikatów” pod intelektualnymi produkcjami innych. Tu Bielejewski nie jest przypadkowym czytelnikiem, który zwietrzył możliwość bezkarnego beknięcia komentarzem na nie zadany temat. Jest mistrzem ciętego języka, którym, jak skalpelem, potrafi rozdzielić wątki i niuanse nie niszcząc głównego rdzenia czyjegoś żywego płodu, wydobyć z materii potwierdzenie logicznego, zdrowego jej istnienia, zachowując przy tym gotowość przyszpilenia fałszu lub patologii, jeśliby penetracja takowe kuriozum potwierdziła. Mało tego, potrafi finezyjnie dać nową, kusą już szatę odbioru całości zgrabną konkluzją, tworząc niejednokrotnie odczytelniczy felieton niemalże, pełniący rolę wypasionego komentarza.
*
Panie Krzysztofie, zagęścił Pan i ożywił łamy Studia Opinii. Czyta się Pana dobrze, szare komórki nie mają szans na stagnację, a przemożna chęć do wyrażenia własnych opinii jest odwrotnie proporcjonalna do tegoż konieczności, gdyż teksty są samowystarczalne.
No, chyba że dla podbicia ego samych namiętnie komentujących.
Szanowny Panie WaszeR,
No i co ja mam teraz zrobić? Po takiej litanii, takiego kadzidła, można już tylko iść do klasztoru – albo przynajmniej zapisać się na kurs pokory dla zaawansowanych. Czytałem Pański komentarz z coraz większym zażenowaniem, bo jakże tu się bronić przed takim atakiem… uprzejmości?
Dziękuję. Ale nie tak zwyczajnie, jak się dziękuje za zupę pomidorową u cioci – tylko naprawdę: dziękuję. Za Pański czas, za uważną lekturę, za to, że mimo obaw („presja wycofywania się” – jakże mi bliska!) postanowił Pan jednak wyjść z cienia i napisać. W epoce „bekania komentarzem”, jak Pan to celnie ujął, takie słowa to rzadkość.
No i trochę się boję, że teraz muszę dorosnąć do własnego tekstu, który – według Pana – jest tak błyskotliwy, że aż nie wymaga komentarza. To bardzo miło z Pana strony, ale uczciwie mówiąc, czasem nie wymaga też czytania. Sam nie raz wracam do swoich felietonów jak do dawno zapomnianego rachunku za prąd: „Kto to pisał? I dlaczego aż tyle?”
A tak na poważnie (czyli na chwilę, bo za długo to mi nie wychodzi): jeśli udało mi się przyczynić choćby do jednej nadprogramowej iskry w Pana „szarych komórkach” – to już sukces. A jeśli jeszcze do lekkiego skrępowania… no to już pełnia szczęścia.
Proszę wracać, komentować, polemizować – nawet jeśli tylko po to, by „podeprzeć ego”, bo przecież cóż my, felietoniści, robimy innego? Mamy tylko słowa. I czasem kogoś, kto je przeczyta.
Z wyrazami wdzięczności i szelmowskim ukłonem,
Krzysztof Bielejewski
(nieco przestraszony własnym talentem, według niektórych źródeł)
Panie Krzysztofie,
Wrzućmy na luz, będziemy zdrowsi. Ja jestem naturszczykiem, ze wszystkimi na tym poziomie umiejscowienia wadami, ewentualnie doskonałościami, jeśli kto, z ręką na chłodnym czole, potrafi te zalety udowodnić. W moje żagle nie dmą wykształcenie, erudycja, obycie; jakieś ze zrozumieniem odczyty Uniwersum. Bezpardonowo korzystam tu z talentów i energii mądrzejszych. A napędzają mnie emocje, one też są dla mnie najbardziej chwytające za rozum i serce. Choć, po prawdzie, pochylam się z szacunkiem nad wszelkimi analizami, zestawieniami, tezami i dowodami, pomimo że bije od nich tylko cyfrowy chłód prawdy, gdyż powstają z wysiłku rozumów ponad moją miarę, z tego mam podstawowy zasób wiedzy o czasoprzestrzeni.
Nie posiadam też na składzie kadzielnicy i zapasu kadzidła, dzięki któremu mdłe dymy rozdmuchuję w wybranych przez siebie kierunkach i ilościach; jeśli z jakiegokolwiek powodu coś mnie zauroczy, to w miarę możliwości daję głos zachwytu.
A co do możliwości… Nie jestem sam samiutki na tym łez padole. Ze mną lub przeciwko mnie żyją cztery wspaniałe Kocice. Dwie są czworonożne-ogoniaste, z czego jedna to zasiedziała rezydentka, druga niedawno przybyła, młoda i nie w ciemię bita, bywają więc między nimi rozmiauczane pyszczkówki na pograniczu łapkoczynów. Trzecia to wnuczka, utalentowana wiolonczelistka, która sprowadziła się we wrześniu na kwaterę dziadków w celu kontynuowania nauki w średniej szkole muzycznej. O czwartej muszę ostrożnie, bo to Pani Dziedziczka, wyrocznia i ostatnia instancja, i na tym basta. Już samo powyższe sugeruje możliwość występowania wibracji wszelkiego typu, i że w stosunku jeden do czterech, w przypadku jakiegokolwiek konfliktu, szans nie mam żadnych. A to na łykanie tekstów, a to na skrobanie komentarzy, na chwytanie weny. I jeśli nie wstrzelę się błyskawicznie z jakimś karkołomnym wynurzeniem, następna okazja może być za tydzień. Stąd u mnie pewne opóźnienia i wręcz zaniechania.
Panie Krzysztofie,
Peany dziękczynne, tyleż niezasłużone co łechcące, przyjęte z pewną ostrożnością, gdyż zdarzyło się już na tych łamach od sfrustrowanych (zazdrosnych?) komentatorów posądzenie o istnienie kółka wzajemnej adoracji, co tu wydaje się być niewiarygodne.
A za atak… uprzejmości niniejszym nie przepraszam.
Pozdrawiam mgliście. (W prognozach pogody od rana: za oknami mleko, na drogach może być szklanka, czyli jest zdrowy komplet.)
Zdrowia tedy. RK
Dzień dobry
Dobrze, żę poruszył Pan temat powstania listopadowego.
Warto zainteresować się jak to powstanie wygląda w oczach naszej „patriotycznej prawicy”.
Jakiś czas temu trafilem w Youtoubie na wykład Grzegorza Brauna (TEGO BRAUNA) o przyczynach wybuchu powstania.
Wykładowca mial bardzo ciekawe przemyślenia na ten temat.
Wg niego przyczynąwybuchu powstania byla skrajna głupota i warcholstwo podchorążych, podburzanych przez wiadome sily (czyli agentów brytyjskich) a do tego masowe wlączenie się w powstanie ludu Warszawy wynikało WYŁĄCZNIE z faktu nałożenia w 1830 roku dodatkowej akcyzy na piwo i produkty alkoholowe (to zresztą wyjaśniało – wg autora – dlaczego sygnałem powstania miał być pożar browaru).
Ogólnie wg Brauna (TEGO BRAUNA) Polacy powinni byli ZAMIAST myśleć o powstanie, siedzieć cicho i blogosławić cara, który tak lubił Polaków, że nawet Nowosilcowa dał im do zwiększenia powszechnej szczęśliwości w królestwie…
Nie wiem czy wyklad jeszcze jest dostępny, ale warto bylo go obejrzeć i upublicznić, żeby pokazać kim jest Braun i jakie poglądy na Rosję ma tzw. „prawica patriotyczna” od Grzegorza B.