Krzysztof Bielejewski: Bezsilność, która udaje cnotę5 min czytania

()


29.11.2025

Rocznice są po to, żebyśmy nie musieli się przyznawać, że nic nie zrozumieliśmy. Składamy kwiaty, wygłaszamy mowy, włączamy patos – a potem wracamy do wygodnego przekonania, że historia już się nie powtórzy. Ot, była, minęła, zamknięta w muzeach i szkolnych czytankach. Tymczasem historia nie jest przeszłością – jest instrukcją obsługi teraźniejszości. Tylko zwykle czytamy ją wtedy, gdy maszyna już dymi.

Rocznica Powstania Listopadowego nie jest więc od sprawdzania, kto pamięta nazwiska dowódców i daty bitew. Jest od pytania o bezsilność. Tę samą, która towarzyszyła młodym oficerom w 1830 roku, gdy rzucali się z pistoletami na imperium. I tę samą, którą dziś karmimy się codziennie, mówiąc sobie: „Nic się nie da”, „To polityka”, „Mnie to nie dotyczy”, „Wszyscy tacy sami”.

Nie. Nie wszyscy tacy sami. Nie zawsze nic się nie da. I zawsze nas to dotyczy.

W Noc Listopadową garstka podchorążych ruszyła na Belweder. Nie dlatego, że byli naiwni. Ruszyli, bo rozumieli, że „bezkosztowa” niewola jest najtrwalszą z niewoli. Że jeżeli nie zapłacisz za wolność, zapłacisz godnością. A godność jest droższa.

Powstanie przegrało militarnie. To wiemy. Straciliśmy autonomię, język w urzędach, resztki złudzeń. Mądralom dziś łatwo mówić: „Było niepotrzebne”. Tyle że oni zawsze mówią to już po fakcie. Gdy tylko krew przestanie płynąć, pojawiają się księgowi historii, którzy pytają, czy się opłacało. Nikt z nich nie potrafi zapytać, czy dało się nie spróbować.

Ale zostawmy daty. Zostawmy chorągwie. Najważniejsze w Powstaniu Listopadowym nie są kule ani generałowie. Najważniejsze jest to, że Polacy odmówili bycia pańszczyzną własnego strachu. I to jest pytanie na dziś: czy my też odmawiamy?

Bo dziś nie ma Cara. Jest za to komfortowa autokracja w wersji light. Z logotypem, telewizją śniadaniową i patriotyczną czcionką. Z jednej strony narodowa tromtadracja, z drugiej – bezkarność władzy, która przez lata nauczyła się jednego: im bardziej krzyczysz „polskość”, tym mniej słychać, jak kradniesz państwo.

Mamy dziś własnych namiestników – tylko nazywają się „suweren”. A właściwie mówią w jego imieniu. Kaczyński nauczył Polskę jednego: że można łamać konstytucję, owijając ją biało-czerwoną wstążką. Nawrocki – że można mówić o suwerenności, jednocześnie robiąc z państwa pośmiewisko i figurę szachową cudzych interesów. Konfederacja i Braun – że można bredzić jak z moskiewskiego podręcznika, udając przy tym antysystemowych rebeliantów.

A TV Republika? To już w ogóle osobna jednostka chorobowa. Tam Polska zawsze jest „wstająca z kolan”, ale jakoś nigdy nie potrafi ustać na własnych nogach. Tam prawda jest „atakowana”, fakty są „niemieckie”, a Unia to okupant, który daje pieniądze tylko po to, żeby nas poniżyć.

To jest właśnie współczesny odpowiednik carskiej cenzury. Tyle że dziś nie zakazuje się mówić – dziś zagaduje się prawdę. Nie knebluje ust – zalewa się je pianą. kłamstw.

I w tym wszystkim my – obywatele. Coraz bardziej zmęczeni. Coraz bardziej zniechęceni. Coraz bardziej skłonni powiedzieć: „Dajcie mi święty spokój”. To jest właśnie bezsilność w wersji gourmet: dobrze podana, estetyczna, z nutą cynizmu.

Tylko że cynizm nie jest mądrością. Cynizm jest kapitulacją w smokingu.

Na wschodzie trwa wojna. Prawdziwa. Brutalna. Putin nie udaje. On nie gada o wartościach – on je mieli  gąsienicami czołgów. Ukraina płaci krwią za to, że chciała należeć do świata, w którym prawo jest ważniejsze niż apetyt tyrana. I tak, ta wojna jest też o nas.

A my co? Kłócimy się, czyja Polska jest prawdziwsza.

W momencie, gdy Wschód płonie, my prowadzimy wojnę polsko-polską, w której bronią masowego rażenia są paski w telewizji i posty w internecie. Zamiast budować siłę – rozbieramy ją na części i licytujemy się, kto kogo bardziej nienawidzi.

Trump? Teatr jednego aktora z ego wielkości kontynentu. Człowiek, dla którego demokracja jest kłopotliwym dodatkiem do autopromocji. Nie raz już pokazał, że świat widzi jak pole golfowe: dla siebie, nie dla zasad. Dziś znów flirtuje z autokratami i izolacjonizmem, jakby historia była plotką z Twittera.

I my naprawdę chcemy w tym momencie być słabi, skłóceni i niepoważni?

Właśnie teraz, gdy świat wraca do języka siły, my ćwiczymy narodową histerię. To jest śmieszne przez pięć minut. Tragiczne po pierwszym czołgu.

Analogią do Powstania Listopadowego nie jest dziś broń. Jest odwaga nieulegania głupocie. Odwaga myślenia. Odwaga stanięcia po stronie faktów, a nie krzyku.

W 1830 roku zawiodły elity. Dziś też nie brakuje ludzi, dla których Polska jest tylko sceną. Jedni budują ją, drudzy grają w niej farsę.

Na szczęście są też demokraci. Tusk, Sikorski, Żurek, Domański i całe środowisko, które zamiast patriotycznej tandety proponuje nudną, żmudną odbudowę państwa. Nie będą efektowni. Będą potrzebni. Skuteczni.

Bo Polska bez sojuszników jest jak dom bez drzwi. Może i „własny”. Ale byle włamywacz wejdzie bez pukania.

I jedno trzeba powiedzieć wprost:

Bezsilność nie jest losem. Jest wyborem.

Tak, świat jest trudniejszy. Tak, polityka bywa obrzydliwa. Ale alternatywą są rządy ludzi, którzy wolność uznają za fanaberię, a konstytucję za przeszkodę.

Powstańcy listopadowi ryzykowali życie. My mamy ryzykować tylko wygodę.

Felieton to nie kazanie, ale jedno pytanie musi paść:

Czy jeszcze nam na tym kraju zależy – czy tylko nam w nim wygodnie?

Bo historia lubi żarty tylko do pewnego momentu. Potem wystawia rachunek.

A Polska… Polska zawsze płaci drogo.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. WaszeR Londyński 30.11.2025
      • WaszeR Londyński 03.12.2025
  2. Krzysztof z Gdańska 02.12.2025