29.03.2026
Sobota wieczór ma swój własny rytuał. Człowiek wraca z zakupów, torby stoją pod ścianą jak żołnierze po przegranej bitwie, w lodówce robi się tłok jak na zjeździe partyjnym, a w powietrzu unosi się zapach kiełbasy, zmęczenia i lekkiego poczucia, że świat jakoś się jednak kręci.
I wtedy ktoś włącza telewizor.
I nagle okazuje się, że gdzieś daleko, w Teksasie, stoi prezydent Polski i opowiada Amerykanom, że przywozi im pozdrowienia z kraju nad Wisłą, który właśnie odkrył, że jego największym problemem nie jest inflacja, nie jest wojna za granicą, tylko… zagrożona cywilizacja.
To jest moment, w którym człowiek przestaje mieszać herbatę i zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie przegapił końca świata.
Bo Karol Nawrocki, stojąc na scenie, mówi o chrześcijańskiej cywilizacji, która jest zagrożona. I mówi to z taką powagą, jakby za jego plecami stała armia barbarzyńców, a nie zestaw polityków, którzy jeszcze wczoraj kłócili się o to, kto komu bardziej schlebiał.
To jest w ogóle piękny obrazek: prezydent kraju, który od miesięcy nie potrafi ogarnąć własnego podwórka, jedzie za ocean, żeby ratować cywilizację.
To trochę tak, jakby ktoś, komu przecieka dach, pojechał do sąsiada tłumaczyć, jak się buduje katedry.
Ale prawdziwa sztuka zaczyna się gdzie indziej.
Bo oto na tej scenie unosi się duch Donalda Trumpa — niekoniecznie fizycznie, bo tym razem nawet nie pojawił się na sali, ale obecny w każdym zdaniu, w każdym geście i w każdej próbie zabrzmienia „mocno”.
Trump, który jeszcze chwilę wcześniej opowiadał publiczności, że lubi otaczać się przegranymi, bo poprawiają mu humor, przerobił politykę na jarmarczny stand-up: głośny, gruboskórny, oparty na szybkim efekcie i jeszcze szybszym zapomnieniu. W tym teatrze najważniejszy nie jest sens, tylko timing; nie argument, tylko pointa; nie państwo, tylko oklaski.
A przy okazji — jeśli ktoś szuka w Europie kursu doszkalającego z politycznej giętkości kręgosłupa, Trump od lat prowadzi nieformalną szkołę jako instruktor lizania: uczy, gdzie, kiedy i jak, żeby było słychać aż w pierwszym rzędzie.
I nagle w tym teatrze pojawia się Nawrocki. I robi dokładnie to samo, tylko gorzej.
Bo żeby być cynicznym, trzeba mieć talent. A żeby być kopią cynizmu, wystarczy mikrofon i brak wstydu.
Nawrocki mówi więc o wolności, o tradycji, o wartościach. Mówi, że „naród bez tożsamości jest narodem bez przyszłości”, co brzmi jak cytat z kubka sprzedawanego na stacji benzynowej.
Mówi o Rosji – i tu, trzeba uczciwie przyznać, mówi rzeczy słuszne. Nazywa ją reżimem przemocy i korupcji.
I w tym właśnie momencie felietonista ma ochotę wstać, podejść do sceny i zapytać: „Panie prezydencie, a czy pan słyszy siebie?”
Bo to jest ten sam człowiek, który jeszcze chwilę temu flirtował politycznie z ludźmi, dla których Europa jest problemem, a Putin – co najwyżej nieporozumieniem stylistycznym.
To jest ten sam człowiek, który jednego dnia mówi o obronie cywilizacji, a drugiego rozmontowuje instytucje państwa jak dziecko zestaw Lego, które mu się znudziło.
Ale najpiękniejszy moment tej opowieści przychodzi wtedy, gdy Nawrocki zaczyna mówić o sojuszu.
O przyjaźni. O wspólnych wartościach. O tym, że Polska i Ameryka stoją ramię w ramię.
I mówi to z takim zaangażowaniem, z taką gorliwością, że człowiek ma wrażenie, że za chwilę wyciągnie wizytówkę i zapyta, czy może jeszcze coś zrobić.
Bo to już nie jest dyplomacja.
To jest lizanie klamki z przekonaniem, że to drzwi do historii.
I gdyby to była tylko metafora, można by się jeszcze uśmiechnąć. Problem w tym, że w tej roli Nawrocki nie gra – on się urządza na stałe, jak lokator w cudzym przedpokoju, który już przestawia buty gospodarza.
I gdzieś w tle pobrzmiewa echo tamtej wypowiedzi Trumpa, o całowaniu w tyłek, i nagle wszystko zaczyna się składać w jedną całość – trochę groteskową, trochę smutną, a trochę po prostu żenującą.
Bo Polska na tej scenie nie brzmi jak partner.
Brzmi jak uczeń, który zgłasza się do odpowiedzi, zanim nauczyciel skończy zadawać pytanie.
A przecież polityka zagraniczna to nie jest konkurs na najbardziej wzruszające przemówienie. To nie jest wieczorek recytatorski.
To jest gra interesów.
I w tej grze ktoś, kto zaczyna od „przywożę wam pozdrowienia”, kończy zazwyczaj na tym, że ktoś inny przywozi mu warunki.
Tymczasem w Polsce dalej trwa życie. Ludzie pakują zakupy, planują święta, dzieci uczą się wierszyków, ktoś kroi sałatkę, ktoś narzeka na ceny, ktoś się śmieje, ktoś się martwi.
I nikt, absolutnie nikt, nie ma poczucia, że największym problemem jego życia jest upadek cywilizacji.
Największym problemem jest to, czy to państwo jeszcze działa.
I dlatego ten cały spektakl w Teksasie jest tak bardzo symboliczny.
Bo pokazuje Polskę, która mówi wielkimi słowami o cywilizacji, a potyka się o własne instytucje.
Pokazuje prezydenta, który chce być graczem globalnym, a brzmi jak uczestnik konkursu na najbardziej wzruszającą deklarację lojalności.
I pokazuje politykę, która przestała być poważna, a stała się czymś pomiędzy kabaretem a castingiem.
A na końcu zostaje jedno pytanie.
Czy Karol Nawrocki naprawdę wierzy w to wszystko, co mówi, czy po prostu mówi to tak długo, aż ktoś silniejszy poklepie go po plecach?
Bo jeśli to drugie, to mamy prezydenta, który nie prowadzi polityki zagranicznej.
On ją odgrywa.
I robi to tak, jakby najważniejszym interesem Polski było to, żeby ktoś w Teksasie uznał, że jesteśmy grzeczni.
A jeśli to jest strategia państwa, to pozostaje mieć tylko nadzieję, że ktoś w końcu zgasi światło – zanim zaczniemy bić brawo za własne upokorzenie.
Krzysztof Bielejewski

Sienkiewicz opisał ten syndrom w „Latarniku”
…
Czołobitność to dokładnie odwrotna postawa do zachowania Włodkowica i Zawiszy w Konstancy podczas procesu Husa.
Cóż – najwyraźniej i tradycje zmieniają się i podlegają reinterpretacji.
Pozdrawiam.
Cóż, swój ciągnie do swego. A uboższy całuje w d.. bogatszego merdając ogonkiem. Było, jest, będzie.
Bo to jest tak (to moja diagnoza, bez zagłębiania się w fakty i szczegóły):
jeśli osobnik ma deficyt szarych komórek, lub te jego cudem istniejące ledwo dychają, albo też z różnych powodów są w stanie ekstatycznego rozpląsania, to ten delikwent, wypchnięty różnymi siłami, a to otumanionym wyborczym stadem, a to koniunkturalnymi potrzebami nieformalnej grupy trzymającej władzę, to wreszcie w efekcie sprzeciwu do istniejącej rzeczywistości, może zostać prezydentem. I nawet wtedy, gdy w krótkim czasie okaże się niefortunnym eksperymentem, to oficjalnie jest Trumpem, Nawrockim, Putinem. Niełatwym do usunięcia, trudnym najczęściej do przełknięcia. Niewiele ci wymienieni z nazwiska pacjenci się różnią. Wszyscy trafili na wyżyny w atmosferze jakiegoś mniej lub bardziej tuszowanego smrodu. Żaden nie posiada w mózgownicach jako takiego ładu, ogólnej wiedzy i pojęcia o światowych realiach. Wszyscy otoczeni są sztabem sfrustrowanych i powypaczanych niejednokrotnie psychicznie cwaniaków, z których podszeptów korzystają nie mając własnych kompetencji do dokonywania ocen i podejmowania merytorycznych i sprawiedliwych decyzji. Wszyscy prowadzą swoje kraje do zapaści, a narody do wcześniej lub później burzliwego niezadowolenia. Wszyscy mają szansę nędznie skończyć, w najlepszym przypadku na kartach historii.