Jakże ciekawe…
Jeden z najciekawszych polskich polityków, zarazem – intelektualista, znany ze swej działalności opozycyjnej w czasach minionego ustroju, napisał pasjonującą książkę – o tym, jak inaczej mogła się potoczyć historia.
Napisał tę książkę, znając dobrze historię, która się zdarzyła, nie wymyślał jej w sposób wygodny dla swego poprawiania przeszłości. Bo gdyby ktoś sugerował, dla przykładu, że Polska mogła sprzymierzyć się z Hitlerem, dowiódłby jedynie, że nie ma pojęcia o hitleryzmie i jego polityce wobec Polski. Nie mówiąc o polityce wobec Żydów…
Starożytni Rzymianie mawiali, że historia to magistra vitae, nawiązując tym samym do myśli greckiego historyka Polibiusza, który twierdził, że badanie dziejów jest najlepszym wychowaniem i najlepszą nauką aktywnego życia politycznego. Dziś jesteśmy ostrożniejsi. Z doświadczeń i pamięci historycznej czerpiemy wiedzę i inspiracje, ale także przejmujemy urazy, a wraz z traumą świadomość historyczną, czasem fałszywą, z której musimy się też z trudem wyzwalać. Zresztą zwykle nie popełniamy starych błędów – jak twierdzi Aleksander Dermandt – ale popełniamy nowe.
Nie ulega jednak wątpliwości, że historia, owa „wiedza o ludziach w czasie” – jak pisał wielki historyk Marc Bloch – jest nam bardzo potrzebna. Leszek Kołakowski stwierdza na przykład po prostu, że historia nie uczy nas, jak postępować, lecz uświadamia nam, kim sami jesteśmy. „Wiedza o ludziach w czasie” – zdaniem Blocha -jest potrzebna, albowiem „z nieznajomości losów minionych wynika nieuchronnie niezrozumienie teraźniejszości”, choć oczywiście daremne będą próby zrozumienia przeszłości, jeśli się nie wie nic o dniu dzisiejszym. Zgubić więc własną przeszłość to jakby zgubić siebie samego. Aby zniszczyć lub osłabiać narody, należy niszczyć lub fałszować ich świadomość historyczną. Zafałszowana zaś pamięć historyczna oznacza zniewolenie. Dlatego rzetelna wiedza o historii to zawsze -jak twierdził Georg Hegel – szansa na wyzwolenie. Tak na przykład zrozumienie zjawiska sarmatyzmu w Polsce w czasach saskich, jako reakcji na nieszczęścia kraju w XVII i w XVIII stuleciu, pozwala niewątpliwie lepiej zrozumieć reakcje obronne oraz niechęć wielu Polaków do nowych propozycji, do reform i do otwarcia na Europę w ciężko doświadczonym w poprzednich dekadach społeczeństwie polskim na progu XXI stulecia. Oczywiście i narody, i różne środowiska społeczne mają różne doświadczenia, zatem i odmienną historyczną pamięć. Rozumienie i szanowanie tej inności stanowi jedno z ważniejszych wyzwań współczesnego świata.
Dla Polaków szczególnie ważna jest, a może stać się groźna, pamięć historyczna naszych sąsiadów – może mniej Niemców z ich pokojowym i demokratycznym doświadczeniem ostatnich dziesięcioleci, bardziej zaś Rosjan czy Ukraińców, którym wiodło się nie najlepiej. Inne kraje naszego regionu Europy są na ogół dopiero w trakcie rozwijania bądź odbudowy swej pamięci i świadomości historycznej. Ale i nasza własna pamięć, jeszcze po rozbiorach i po „radości z odzyskanego śmietnika”, jak pisał przed laty Juliusz Kaden-Bandrowski, a zwłaszcza po dwóch wojnach światowych stanowiła także dla nas obciążenie, traumę, z której wszakże umiemy się stopniowo uwalniać.
Dlatego tak ważne jest, aby pamięć historyczna była, na ile się da, prawdziwa (pewien subiektywizm jednak zawsze pozostanie), bo fałszywa świadomość historyczna i narodowa grożą zawsze poważnymi błędami, słabością i nieszczęściem. Weszliśmy w epokę globalizacji, kiedy bardzo potrzebne staje się zarówno poczucie własnej wartości (co wynika ze świadomości historycznej i zależy od doświadczeń i skali dokonań), jak i umiejętność otwarcia się, współżycia z innymi narodami i zrozumienia odrębnych kultur, co z kolei warunkowane jest przekroczeniem barier tychże tak różnych przecież doświadczeń. Wymaga to oczywiście przede wszystkim rzetelnego szacunku dla prawdy historycznej.
Pamięć historyczna może być przydatna politycznie, bo pozwala integrować społeczeństwo w duchu wspólnoty (czasem w sposób sztuczny i powierzchowny). Ustanowienie w putinowskiej Rosji święta narodowego 4 listopada, a więc trzy dni przed świętem rewolucji październikowej, za to w rocznicę przepędzenia Polaków z Kremla w roku 1612, miało budzić pamięć, która wszelako już dawno zamarła. Natomiast nie mniej ważne jest, że bez tej pamięci trudno jest rozwijać swoją kulturę, a nawet po prostu dobrze żyć. Dawni Grecy wierzyli, że to właśnie Pamięć – tytanka Mnemozyna – jest matką wszystkich muz, bez pamięci bowiem nie ma natchnienia i nie ma tworzenia.
W bliższych nam czasach takiemu przeświadczeniu w sposób przejmujący dał wyraz rosyjski pisarz Piotr Czaadajew w jednym ze słynnych Listów filozoficznych. Stwierdził mianowicie, że tworzyć kulturę mogą tylko narody, które mają pamięć historyczną i tą pamięcią żyją. Jeśli jej nie mają, nie będą w stanie tworzyć, lecz raczej będą niszczyć. Uznał też nasz region Europy za szczególnie nieszczęśliwy, bo Czechom zablokowano pamięć historyczną po bitwie pod Białą Górą w roku 1620, Węgrom sto lat wcześniej, po bitwie pod Mohaczem w 1526 roku; upadek Serbów rozpoczął się po bitwie na Kosowym Polu jeszcze w roku 1389. I Habsburgowie, i Turcy niszczyli pamięć historyczną tych narodów konsekwentnie i dość skutecznie. „Jest jeden naród w tym regionie – pisał Czaadajew – który ma swoją historię i pamięć, to są Polacy, ale to my, Rosjanie, właśnie zniszczyliśmy im państwo. Sami zaś przez ostatnie dwa stulecia, mimo sukcesów państwa rosyjskiego, nie potrafiliśmy tworzyć świadomości historycznej, bo historia naszego państwa nie była właściwie historią naszego narodu, a była historią biurokracji niemieckiej w Rosji”. Listy filozoficzne zostały opublikowane za rządów cara Mikołaja I, nie na darmo nazywanego „Pałkinem”, toteż reakcja władzy była szybka: księgarz, który ów traktat wydał drukiem, został zesłany na Sybir, a Czaadajewa zamknięto w domu dla obłąkanych. Po pewnym czasie, po samokrytyce i odwołaniu poglądów zawartych w Liście pisarz wyszedł na wolność. Sprawa się jednak na tym nie zakończyła, bo trzydzieści lat potem książę Iwan Gagarin, dyplomata rosyjski, zrezygnował ze służby, przeszedł na katolicyzm, został jezuitą i… wydał pierwszy tom rosyjskiego samizdatu, tzn. zbiór utworów zakazanych w Rosji. Pierwszą pozycję w tym zbiorze stanowią Listy filozoficzne Piotra Czaadajewa.
Od lat sześćdziesiątych minionego wieku nawiązywałem i podtrzymywałem kontakty z dysydentami lub osobami o skłonnościach dysydenckich z Węgier, Rumunii i Słowacji, a nawet Bułgarii. Kilkakrotnie spotykałem się z ich nieukrywaną zazdrością: „A bo wy to możecie mieć jakieś niezależne środowiska i inicjować nawet opozycję polityczną, bo macie swój Kościół oraz swoją historię i tradycję”. Niewątpliwie pamięć historyczna i jej znaczenie zarówno w środowiskach elitarnych, jak i ludowych były u nas silniejsze. Charakterystyczne były wyniki badań prof. Stefana Nowaka nad postawami i opiniami w zakładach pracy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Respondenci byli nieufni wobec perspektyw gospodarki liberalnej, woleli polegać na zarządzeniach komunistycznych ministrów. Wprawdzie nisko oceniali znaczenie i możliwości działania posłów („niewiele mogą zrobić”), ale instytucję Sejmu samą w sobie uznawali za bardzo ważną. Taka ocena, jak sądziliśmy wówczas, wynikała z pamięci czy nawet podświadomości historycznej, która wbrew zupełnie jasnej sytuacji ustrojowej w PRL podpowiadała, że „Sejm jest ważny”. Ostatnie dwadzieścia lat, już po upadku komunizmu, zdaje się być potwierdzeniem słuszności diagnoz Czaadajewa. Tworzenie nowoczesnych państw w naszym regionie Europy, rozwój kultury społecznej oraz sprawność w podejmowaniu nowych wyzwań i reform jest większa na ogół tam, gdzie pamięć historyczna jest żywsza i bogatsza. Niektórym narodom i społeczeństwom trudniej przychodzi sprostać takim wyzwaniom nie tylko z powodu braku doświadczeń wspólnotowych, ale głównie przez niedostatek pewności siebie i poczucia własnej wartości, które daje właśnie pamięć historyczna.
Odgrywała ona dużą rolę w naszych dziejach, co potwierdza trafność uwag Czaadajewa o Polsce. Pamięć Konstytucji 3 Maja i Insurekcji Kościuszkowskiej integrowała i ożywiała podzielony i gnębiony naród. Później tę rolę przejęła legenda napoleońska, a pobudzała poezja romantyczna. Doświadczenia powstańczych klęsk przez kilkadziesiąt lat tłumiły skutecznie niepodległościowe marzenia, ale Frakcja Rewolucyjna PPS, a potem Czyn Legionowy budziły ją na nowo i na pewno pomogła ona obronić odzyskaną niepodległość i budować Drugą Rzeczpospolitą. Wcześniej jeszcze nie pozwalała tej pamięci zamierać literatura narodowa, z dziełami Henryka Sienkiewicza i Stefana Żeromskiego na czele. Doznawszy cudu odzyskanej nieoczekiwanie niepodległości, klęski drugiej wojny światowej (o czym będzie mowa w rozdziałach piątym i szóstym mojej książki) przeżyliśmy boleśniej, o realizm polityczny było nam trudniej i często był on traktowany jako zdrada.
Szczególnie drastyczny był przykład nieuprawnionego użycia pamięci narodowej przy podejmowaniu decyzji o podjęciu walki w Powstaniu Warszawskim. Generał Leopold Okulicki i płk Jan Rzepecki ostrzegali wtedy gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego przed powtórzeniem błędu kunktatorstwa, jaki popełnił gen. Jan Skrzynecki w roku 1831. Było to odniesienie fałszywe, bo kontekst polityczny i militarny w roku 1831 i 1944 był zupełnie inny. Przykład ten ukazuje też drastycznie, że nazbyt emocjonalne, nieracjonalne traktowanie pamięci historycznej nie tylko może prowadzić na manowce, ale wręcz do wielkich nieszczęść.
W ostatnich dekadach naszych dziejów pamięć konsekwencji Powstania Warszawskiego i doświadczenia robotniczych protestów z lat 1956,1970 i 1976 nauczyły nas powściągliwości i ostrożności. Przydały się w latach 1980-1989. Wszystko to wskazuje, że pamięć historyczna ma i powinna mieć w dalszym ciągu duże znaczenie w życiu narodu. Ale pamięć nieszczęść i doznanych krzywd może trwać przez wiele pokoleń i łatwo się odnawia.
Przywołać w tym miejscu można znany zwłaszcza historykom przykład Francji. W niektórych jej regionach (Langwedocja, Cevennes) pamięć prześladowania katarów w stuleciu XIII wzbudziła żywiołowy rozwój protestantyzmu w XVI wieku, ten znów wywołał bunty chłopskie przeciw Ludwikowi XIV, a potem radykalizm w czasie Rewolucji Francuskiej oraz silny antykościelny i antytradycjonalistyczny radykalizm w XX wieku. Znamienna jest nieprzypadkowo pamięć ukraińska o ucisku, wzajemnych rzeziach i walkach z Lachami (Lachiv ryzaty), która trwa od ponad trzystu lat.
Często narody integrują się nie tylko wokół pamięci zwycięstw i sławy bohaterów (Grunwald, Joanna d’Arc, Borodino), ale również wokół pamięci nieszczęść. Katalończycy przyjęli za dzień święta narodowego rocznicę zdobycia Barcelony przez wojska francusko-hiszpańskie w roku 1710, wraz z którym na długo zamarła katalońska autonomia i swobody. Szczególnym przypadkiem jest Izrael, gdzie świadomie buduje się poczucie więzi i narodowej wspólnoty na bazie pamięci Holocaustu.
„Tradycje szczęśliwych i zamożnych społeczności są do siebie podobne, łatwiej je rozumieć i akceptować. W przypadku tradycji nieszczęść jest odwrotnie – pisze izraelska historyczka Idith Zertal – każda wspólnota dotknięta nieszczęściem jest nieszczęśliwa na swój sposób, a każdy członek tej wspólnoty nosi na sobie znak tego nieszczęścia… Istotnym jest samopostrzeganie narodu jako wspólnoty traumatycznej, a także budowanie panteonu dla własnych męczenników, w których synowie i córki narodu mogliby zobaczyć wyidealizowany obraz samych siebie”. Innym znamiennym przykładem jest wielka tradycja narodowa Serbów, która od wieków opiera się na pamięci klęski królestwa serbskiego poniesionej w XIV wieku w walce z Turkami na Kosowym Polu. Ta właśnie tradycja ogromnie utrudnia dziś Serbom uznanie odrębności w 90 procentach albańskiego Kosowa, co jest politycznie oczywiste, ale moralnie pozostaje dla nich nie do przyjęcia.
Obok założenia, że nauka historii służy prawdzie, a pamięć historyczna powinna się wzbogacać oraz pobudzać twórczość i rozwój narodu, trzeba za Jacquesem Le Goffem przyjąć, że historia jest niepowtarzalna i że praca historyka powinna uwzględniać trzy zasady: po pierwsze prymatu wydarzenia, po wtóre uprzywilejowanej roli jednostek, po trzecie dążenia do narracji kompletnej, tzn. do ukazania możliwie wyczerpująco złożonego kontekstu wydarzeń.
Od strony politycznej na przykład prymat wydarzenia wsparł w jednym z wywiadów brytyjski premier Harold Macmillan. Na pytanie dziennikarza, co jest najważniejsze w polityce, odpowiedział: „Wydarzenia [events], które trzeba rozumieć”. Fryderyk Wielki dorzuciłby, że „trzy czwarte spraw tego pożałowania godnego świata załatwia Jego Świątobliwa Wysokość Przypadek”. Przez kilka pokoleń wychowywano nas w przekonaniu, że najważniejsze jest to, co się dzieje wśród ludzkich mas według pewnych historycznych prawidłowości, a nawet konieczności. Wraz z załamaniem się marksizmu owo przekonanie osłabło, jakkolwiek badanie zbiorowych poglądów i zachowań pozostanie oczywiście sprawą ważną, a badania historyczne będą się splatać nierozłącznie z badaniami socjologicznymi. Można się też zgodzić, że w stadium zaawansowanym procesy historyczne są bardziej odporne na figle przypadków.
Tezę o indywidualizacji historii lapidarnie podbudował doświadczony praktyk, Josip Wissarionowicz Stalin, w znanym przemówieniu do absolwentów Akademii Wojskowej im. M.W. Frunzego: „Towarzysze, historię kształtują masy, ale masami kierują sztaby, a więc uwaga na wywiad i kontrwywiad!”. W każdym z ważniejszych historycznych wydarzeń rola wybitnych jednostek, a często też dominujących grup społecznych, staje się ważna i bez jej wyjaśnienia nie da się zrozumieć przyczyn i biegu wydarzeń. Paweł Jasienica, wielki narrator polskiej historii, stwierdził po prostu: „umysł i serce, skreślcie te dwa czynniki, a dzieje narodów stają się niezrozumiałe”.
W jednym z podręczników historii dla liceów z ostatnich lat znalazłem zacytowane dwie maksymy, które powinny mieć decydujące znaczenie przy kształtowaniu pamięci historycznej. Pierwsza pochodzi od Francisa Bacona: „Prawdziwa historia – to zrozumienie przyczyn”. Drugą przekazał nam Molier: „Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za to co robimy, także za to, czego nie robimy”.
Dążenie do narracji kompletnej, tak aby możliwie dostatecznie wyjaśnić złożoność relacji, przyczyn i skutków, wymaga również rozważenia możliwych „historii alternatywnych”, czyli wydarzeń, które były możliwe, a nawet niekiedy wysoce prawdopodobne, a jednak nie nastąpiły – bądź z powodu przypadku, bądź w wyniku walki czy starań, których znaczenia czasem nie doceniano. Sądzę, że dla zrozumienia zwłaszcza wydarzeń ważnych, przełomowych, refleksja nad wariantami tych wydarzeń jako wyniku możliwych rozmaitych decyzji lub innych zbiegów okoliczności jest niezbędna. Bez tego doświadczenie leżące u podstaw pamięci historycznej i opisu historycznego będzie niepełne i mylące. W naszej własnej historii, zwłaszcza ostatnich lat, jest na to dosyć przykładów. Podejmowane sensowne decyzje polityczne, militarne czy gospodarcze opierają się zwykle na wyborze wariantu najkorzystniejszego lub najbardziej prawdopodobnego spośród jednak kilku innych możliwości. Podobnie też wiedza i pamięć historyczna, zwłaszcza gdy dotyczy decyzji i wydarzeń szczególnie ważnych, powinna uwzględniać różne warianty, które mogłyby się zdarzyć i które byłyby poważnie rozpatrywane wraz z ich ewentualnymi skutkami, czyli jak to by było potem i czy byłoby inaczej. Dopiero wtedy możemy zrozumieć i ocenić, kim dziś jesteśmy i w jakiej kondycji żyjemy. Wymaga to jednak historycznej rzetelności: argumenty za możliwością tego, co nierzeczywiste, możemy czerpać tylko z rzeczywistości, a nie z własnych fantazji. Rzetelne zaś prognozowanie alternatywnych biegów wydarzeń nie może dotyczyć dłuższych okresów czasu, ze względu na rosnącą geometrycznie liczbę niewiadomych.
Angielski historyk Niall Ferguson skutecznie odpiera zajadłe ataki niektórych historyków, zwłaszcza o orientacji marksowsko-deterministycznej, traktujących „historię alternatywną jako ahistoryczne g…”. Przekonywująco wykazuje, że oczywiście mogło nie być amerykańskiej wojny o niepodległość, że Hitler mógł opanować w 1940 roku Wyspy Brytyjskie, a potem, że mógł pobić Stalina oraz że mogło na przykład nie być żadnego Gorbaczowa. Czy jednak warto zastanawiać się nad rozlanym mlekiem, a zwłaszcza nad tym, które nie zostało rozlane? Ferguson jest przekonany, że: „Na te pytania łatwo odpowiadać, bo my sami przecież nieustannie odpowiadamy na podobne kontrfaktyczne pytania w naszym życiu… i nie możemy sobie nie wyobrażać scenariuszy alternatywnych…, co by się stało gdybyśmy coś zrobili lub gdybyśmy czegoś nie zrobili […]. Decyzje o przyszłości opierają się zwykle na możliwych konsekwencjach alternatywnych biegów wydarzeń. Ma więc głęboki sens porównywanie aktualnych wyników tego, cośmy zrobili w przeszłości, z możliwymi wynikami tego, co można było zrobić”.
Nasza tożsamość – to kim jesteśmy- ukazuje nam się pełniej i bardziej sprawiedliwie, kiedy uświadamiamy sobie, czego nie zrobiliśmy, jakich szans nie wykorzystaliśmy, a także jakich ciosów udało się nam uniknąć. W naszej historii dotyczy to zwłaszcza nieszczęść i zahamowania naszego rozwoju w XVIII i XIX wieku, które nie w pełni były zdeterminowane i których w sprzyjających okolicznościach można było uniknąć lub chociaż mniej płacić złej koniunkturze. Dotyczy to też zdumiewających rezultatów pierwszej wojny światowej, a także końca zimnej wojny i upadku komunizmu, kiedy to dwukrotnie historia ofiarowała nam swą łaskę po zaniżonej cenie. A taki fawor także może wypaczać naszą pamięć i świadomość naszej tożsamości.
Po to więc, by lepiej odpowiadać na nowe wyzwania historii i dać więcej szans sobie i wszystkim naszym muzom. Ich matka Mnemozyna – nasza historyczna pamięć powinna być prawdziwa, czyli możliwie bliska naszym rzeczywistym doświadczeniom oraz walorom i przez to bardziej dorównana do naszych dyspozycji i sprawności. (…)
Andrzej Wielowieyski



Żadnych komentarzy?
Brak komentarzy też jest komentarzem.
coz, trudny dla nas temat – dotychczas wszystko taplalo sie w blotku martyrologii. jestesmy wspaniali, szlachetni, waleczni, odwazni, zawsze napadani i niesprawiedliwie gnebieni… Polak potrafi, nie to co faszysta, kacap, zabojad, fajfoklok, makaroniaz czy inny pepik. tylko, skoro jestesmy tacy super, to dlaczego jest, jak jest?
odpowiedz jest prosta – bo tacy wspaniali nie jestesmy. jestesmy takim samym narodem jak kazdy inny – mamy swoje zalety i wady. bylismy napadani przez sasiadow i sami na nich napadalismy. napadal akurat ten, kto w danym momencie byl mocniejszy.
dominuja szkodliwe stereotypy, a to dlatego, ze tak naprawde wiekszosc Polakow zwyczajnie nie zna innych narodow jako osoby z krwi i kosci. jezeli ma sie kolege Niemca czy Anglika, to juz nie tak latwo przez gardlo przechodza niektore debilne epitety, nieprawdaz? przychodzi odpowiedzialnosc za slowa – przed samym soba. okazuje sie, ze swiat ma wiele odcieni szarosci.
to sie zmienia, bo wiele osob migruje – i bardzo dobrze.
duzo prawdy jest w tym, ze jest to probem narodow na dorobku – patrzymy na swiat innaczej niz np. Niemcy czy Anglicy. my mamy jeszcze zakorzenione bardzo mocno ciagoty do 'kombinowania’ – bo bieda usparawiedliwia kradziez, a my przeciez jestesmy biedni i chcemy jak najszybciej sie dorobic juz teraz. a co bedzie za kilka miesiecy – o tym juz nie myslimy. generalizujac, myslimy jeszcze w kategoriach cwaniaczka, ktory cieszy sie, ze wlasnie sprzedal za pare zlotych zagranicznemu turyscie kolumne Zygmunta. to tez sie zmienia – ci, co prowadza wlasne interesy wiedza, ze dobry deal jest wtedy, gdy obie strony sa zadowolone, bo klient wroci.
.
to wszystko wynika wlasnie z nauczania panujacej jeszcze wersji historii, w ktorej to my zawsze bylismy tymi poszkodowanymi, wiec nam sie nalezy. tez jestem zdania, ze historie nalezy postrzegac przez fakty, nie ich interpretacje, a fakty sa przeciez takie, ze przez stulecia wiekszosc Polakow byla niewolnikami innych Polakow. tzw. szlachta w wiekszosci przypadkow byla zdegenerowana, dbajaca o wlasny interes, kosztem interesu calego kraju. narod nie stanowil jednosci, nie mial tezsamosci. nawet teraz ciezko powiedziec o jednosci, ale obecnie kazdy ma szanse na wyrwanie sie z biedy – jest wolny. moze z niej skorzystac, jesli tylko chce.
duzo mozna by pisac…
Bardzo celny komentarz Pawła. Naród woli nadal czytać Sienkiewicza zamiast Norwida, Reymonta czy Dąbrowską. A od czasu jak jesteśmy na swoim, powinno być odwrotnie. Tylko kto tak na prawdę lubi patrzeć w lustro, które nie wyszczupla? Albo odwijać dywanik znad pogromów żydów? Czyż nie łatwiej zalać pałę w trupa i lec w kotlet schabowy, panierowany? My, poprawiacze tego świata!
Wiedza o ludziach w czasie, jak pisał Marc Bloch w Czasach Szczęśliwie Przewidywalnych, jest, zdaniem Mario de Mowskiego w czasach Radykalnie Nieprzewidywalnych Współczesnych Okrucieństw i Szans mało przydatna. Nie ochroni Nowego, bo ono jest Inne, jak to Dotąd Znane. Historyczne. Ludzie – jak Ludzie, taki constans Ludzki, ale czas inny, niewiele tylko ich odmieniający -mówił wtedy Bloch. Ale dzisiaj ci ludzie są inni; często hardware wchodzi za software. Tamte narzędzia myślowe do roztrząsania różnic też są za stare, za cholerę nie pasują do nowych wymagań sprawnościowych tych świadomościowych dzisiejszych Samoczynnych Rutyn Analitycznych. W odwrotną stronę to idzie, ale stamtąd – tu – już nie. Skoro nic nie pasuje, to po co historia?
Przydawałyby się -czysto hipotetycznie- w sytuacjach Utraty Generalnej Zdobytego (przy zniknięciu odstępu cywilizacyjnego od naszych roli i funkcji tożsamościowych już dawno Uzyskanych – sprzed Burzliwego Wzrostu (który się jeszcze na pewno odbędzie). No, ale czy nam teraz taka Utrata Generalna grozi? I to do tego stopnie, że aż warto stare badziewie zawsze mieć na podorędziu? Nie. Pewnie nie. Pożytecznie jest, owszem, wypełniać tradycją te pasaże postępu, które się z synergią Pożytecznych- wzgl. tzw. -Dobrych Nawyków spóźniają, albo ich przewidywany rozwój polegać tylko będzie na niewielkich adaptacjach i ulepszeniach. Tak robią Japończycy z doskonałym skutkiem.
Jak już nic nie ma, to i przeszłość, pewnie. Ale MAMY i chcemy mieć więcej, twardo nie pozwalając, by nas odtąd tysiącletnie końskofilozoficzne prymitywia w całej naszej przyszłości determinowały w imię Kultu Historii jakiegoś zasranego. Bo – co tam było takiego wyższego, co powinniśmy dzisiaj przyjąć za Uniwersalnie Doskonałe, odrzucając Nasze budowanie Wartości, dopiero na dobrą sprawę w tej dziś nowo powstającej europejskiej strefie Nieograniczonego Rozwoju rozpoczynane?
Czaadajew, podobnie, jak Bloch uwierzył w Niezmienność Czynnika Ludzkiego; przy takim założeniu mieliby rację – constans kulturowy (trafny powrót) każdego kontinuum gwarantowała wtedy podmurówka historyczna. Tylko, że Czynnik dziś szlag trafił: stare języki są porzucane i odmieniane nie tylko ewolucyjnie, a języki wartości (dlaczego u nas w szkołach nie uczy się łaciny?) nie są odźródłowo – autogenne z ich mozolnymi zeropoczątkami sto tysięcy lat temu, lecz pospiesznie i byle jak narzucane przez Generalissimusa Przypadka, w mózgach opatrywane milionem odsyłaczy i szyldów zastępczych, gdzie nic już nie znaczy tego, na co brzmieniowo wygląda, a czego ci różni uczeni durnie od fascynacji Historią Niedorozwojów wcale jakoś nie przewidzieli. Historia??
Język jest nośnikiem całej RESZTY.
JĘZYK ZOSTAŁ A CZASY SIĘ SKOMPLIKOWAŁY I NIC JUŻ NIE JEST Z TEGO STAREGO W STANIE SPROSTAĆ TYM OBCIĄŻENIOM, KTÓRE NA NAS PRZYSZŁY I PRZYCHODZĄ. BY UNIEŚĆ JE Z MOCĄ.
OMG! Panie De Mowski. Argumentacja osiemnastolatka. Aleś się Pan zapętlił. Tylko nie doświadczony szczeniak wierzy, że nasza teraźniejszość nie wynika z przeszłości a doświadczenia historii nie mogą nam pomóc w podejmowaniu nowych wyzwań i decyzji.
No i ten JĘZYK… Słowackiego TU! Chodzi o ten język giętki, który wyrazi to, co pomyśli Pańska głowa. No ale Słowacki to ta niepotrzebna stara historia dla Pana. Rezultary widać jak na dłoni.
„nie doświadczony” – razem proszę!
@A. Pokonos: Nie wiem, co ma dłoń z tym? Argument jakiś? Doświadczenia historii nie mogą nam pomóc w podejmowaniu nowych wyzwań i decyzji, bo i proces rozwojowy nie stoi w miejscu, sypiąc jakościowymi nowymi wymaganiami, i one całe, te doświadczenia pochodzą z historii polskich, tupiących przez dziesięciolecia w miejscu, niewydolności – nieudacznej, wstydliwie wspominanej historii odbywającej się zwłaszcza pod różnymi okupacjami. Gdzie są Inni, a gdzie jest Polska.
Jakości się wypracowuje – w przyszłości właśnie, przeszłość była za mało produktywna. Te osiągi, co były, były gorsze od osiągalnych, i jest zarówno składową postępu, jak i naszym przywilejem zdolność do oceny wstecznej. Ten należący do smrodu starej stajni „historycznie uwarunkowanej”, wydostawszy się na świeże powietrze powie, że mu ono śmierdzi, a peerel czy przedwojenna zgnilizna właśnie że pachniały, wad tam żadnych nie było. I mamy się wzorować. No! Ja takiego ślepego doktrynerstwa nie podzielam. Nie można bowiem przewidzieć, kiedy rady historii przy nieoczywistych dylematach wyboru będą trafne.