Ciężkie czasy mogą nadejść z zagranicy w trzech wymiarach: M, L oraz XL. Rząd premiera Tuska ma przygotowane trzy warianty budżetu, co powinno nas upewnić, że w Polsce katastrofy greckiej czy włoskiej nie będzie. Bylibyśmy bardziej spokojni o przyszłość, gdyby w Sejmie działała rozumna opozycja, która racjonalnie proponowałaby korektę zamysłów rządowych. Cień nadziei budzą deklaracje Palikota i Millera, że odstąpią od opozycyjności typu „nie, bo nie”.
Aby jednak nie działo się u nas zbyt dobrze czuwają zarówno nowi PiS-dzielcy, jak i tradycyjna centrala. Jedni i drudzy maja identyczny cel działania: zdobycie władzy. Byłoby to możliwe jedynie w wypadku kataklizmu gospodarczego, tak więc i ziobracy, i kaczyści będą solidarnie głosować przeciw wszelkim ustawom, które byłyby korzystne dal Polski a sami zgłaszać propozycje, które ów kataklizm mogą spowodować.
Klub Bandy Trojga zwany też zakonem ziobraczym jest po prostu prawym radykalnym skrzydełkiem tej samej przetrąconej kaczki, solidarnym z centralą w antysystemowej destrukcji. Mają oni odwagę przyznawać, że mają krew na rekach przelewaną dla dobra partii. Ze względu na znacznie wyższy wskaźnik ilorazu inteligencji ziobraków niż otoczenia prezesa – poziom cynizmu i populistycznych zagrywek przewyższy to, co zdolne jest wyprodukować towarzystwo Błaszczaka i Hofmana (nawet z dodatkiem posłanki Szydło). W rozkroku znalazł się toruński Ojciec Zadżumionych, który musi dokonać bilansu zysków i strat dla swojego biznesu w wypadku poparcia PiS-dzielców.
Niewesoły to obraz polskiego parlamentaryzmu, ale taki sobie wybraliśmy, choć najmniej w tym winy mojej, moich krewnych i znajomych, jak i myślącej części społeczeństwa.
P.S. Po przemówieniu w Sejmie Jarosława „klęska” Kaczyńskiego przeciw premierowi Donaldowi Tuskowi przypomniała mi się ni stąd, ni zowąd wypowiedź Józefa Piłsudskiego:
„Był cień, który biegł koło mnie, to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle. Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nieszczędzący niczego, co szczędzić trzeba – rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie, ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh”.
Aleksander J. Wieczorkowski


Posłucham raczej Stefana Bratkowskiego i powstrzymam się od języka nienawiści w mediach…
żenujący tekst.
Mnie to nie razi. Owszem, jest tu może nadmiar twórczej ekspresji dla wyrażenia zrozumiałej „Schadenfreude”. Mnie interesuje bardziej fizyczny mechanizm tego zjawiska. Kiedyś w szkole nauczyciel wyjaśniał mi, że rozerwanie drzewa przez piorun jest skutkiem raptownego nagromadzenia w jego tkance wielkiej ilości jednoimiennych ładunków elektrycznych, które – jak wiadomo – odpychają się. Klęska wyborcza rzeczywiście spadła na PIS jak piorun i mogła odegrać taką rolę. Jakie to były ładunki? No, PIS pękł zwyczajnie ze złości.
Za taki angielski, jak w tytule „thank you from the mountain”.