Sto smaków Aliny: Dla dzieci, dla niejadków i grymaśników

2013-04-27.

Jakiś czas temu pisałam o gotowaniu dla dzieci, ilustrując tekst przedwojennym felietonem. Dzisiaj także przedwojenne – sprzed II wojny światowej – rozważania na temat grymaszenia przy jedzeniu. Dzieciaki też są w nich uwzględnione, ale, jak się przekonamy, nie tylko. Niekiedy takie wybrzydzanie przy stole jest chorobą dobrobytu. Tekst pochodzi z lat 30. XX wieku. Za kilka lat miała zacząć się era głodu i nędzy oraz wojennych tułaczek. Grymaszenie radykalnie się skończyło. Warto to mieć na uwadze i dzisiaj, w naszych szczęśliwych czasach dobrobytu… no, względnego dobobytu. Gdy nam brakuje tego lub owego, to nie jest tragedią, ale niedogodnością. Uczmy dzieci zdrowego podejścia do jedzenia, a więc szacunku dla niego.

Tekst o grymaszeniu przytaczam, jak zwykle, z zachowaniem ortografii i interpunkcji przedwojennej. Pochodzi z tygodnika „Bluszcz”, wówczas czołowego pisma dla pań, istniejącego od lat 60. XIX wieku. Autorką jestElżbieta Kiewnarska, podpisująca teksty jako Pani Elżbieta:

Są osoby, cierpiące na tak zwaną idiosynkrazję do pewnych pokarmów. Pokarmy te im szkodzą, nawet jeżeli wchodzą tylko jako części składowe do potraw i zostały spożyte nieświadomie.

Znam panią, której szkodzą poziomki, choruje ona, jeśli zje choćby ciastko z lukrem poziomkowym (które jej zresztą bardzo smakuje). Inna osoba brzęknie, puchnie po zjedzeniu raków; inna znów dostaje wysypki na całem ciele po spożyciu miodu. Są to stany chorobowe, w których nie pomaga nawet interwencja doktorów, i nie o takich wstrętach do pokarmów mam zamiar dzisiaj mówić. [To oczywiście opis alergii pokarmowej, wtedy jeszcze nie diagnozowanej]. 

Za czasów mojego dzieciństwa wychowywano nas znacznie surowiej, niż dzisiaj. Mimo ogromnego zbytku i wystawności nie mogło być mowy o tem, żeby dziecko zdrowe czegoś nie jadło. Przeciwnie: jeśli coś nam nie smakowało, dostawaliśmy to „coś” codziennie, tak długo, aż nauczyliśmy się je zjadać bez odrazy.

Pamiętam, że nie znosiłam czerniny. Ojciec kazał mi usiąść obok siebie i zjeść cały talerz. Przypłaciłam to gorączką, ale dziś nietylko jem czerninę, lecz nawet bardzo ją lubię. W sąsiedztwie naszem była dziewczynka, która nie chciała jeść szpinaku: przez tydzień podawano jej tylko szpinak, aż z głodu przyzwyczaiła się do niego.

Dzisiaj takie surowe metody wychowawcze wydają się czemś okropnem. A jednak jestem nieskończenie wdzięczna moim rodzicom, że nauczyli mnie jeść wszystko. Usunęło to wiele trudności z mojej drogi życiowej.

Może nie w tak ostry i bezwzględny sposób, jednak należy i obecnie przyzwyczajać dzieci do jedzenia wszystkiego, co im podają, bez grymasów i wybredzania. Mogą jedne dania lubić bardziej, inne mniej, ale powinny jeść wszystko. Należy przyzwyczajać je do tego systematycznie, od niemowlęctwa, możliwie urozmaicając ich jadłospisy, i w nagrodę za grzecznie zjedzone danie nielubiane dając następnie takie, które bardzo lubią. Dzieci nie powinny nawet dopuszczać myśli, że mogą nie zjeść czegoś, co im się podaje.

Niema nic okropniejszego dla gospodyni domu, niż odżywianie rodziny rozgrymaszonej. Znałam taką rodzinę, gdzie jedno dziecko nie jadło kurcząt, drugie kaczek, trzecie gęsi, wszystkie solidarnie nie znosiły gotowanego mięsa, a polędwicę i rostbef każde lubiło inaczej: jednio prawie zupełnie surowe, drugie – zupełnie wysmażone, trzecie – soczyste, ale już nie różowe. Jeżeli dodać do tego pana domu i ojca, któremu zasadniczo nie smakowało nic, co było w domu przyrządzone – nie rozumiem, jak pani domu i matka nie została jeszcze przewieziona do Tworek! (…)

A taki przykład. Młody człowiek, który nie je prosięcia, bo mu przypomina małe dziecko; zająca – bo to kot; ozora – bo to ktoś inny ‘miał w ustach’ i.t.d i.t.d. Prawie każde danie przypomina mu coś niemiłego. Na szczęście, bardzo lubi kotlety siekane (które wogóle nie są lubiane) – to jedno umożliwia żywienie grymaśnego młodzieńca.

Jeśli takie grymasy stanowią trudność w życiu codziennem, to stokroć gorsze mają w życiu masowem – na przykład w pensjonatach. (…) Sekretem monotonji odżywiania W większości pensjonatów jest właśnie niejedzenie szeregu dań przez gości. Zagranicą z takimi gośćmi nie robi się dużo ceremonji. Jadłospis jest taki, jaki daje się ułożyć stosownie do pory roku i możliwości rynkowych; kto czegoś z tych potraw jeść nie chce – może nie jeść i pozostać głodny, albo też obstalować sobie inne danie po znacznie wyższej cenie.

My, w imię tradycyjnej polskiej gościnności, niańczymy się z każdym gościem, stosujemy się do jego gustów, a nie mogąc robić kilku lub kilkunastu rozmaitych obiadów, czy kolacyj, powtarzamy wkółko te kilkanaście czy kilkadziesiąt dań, które już tak się utarły, że wszyscy je jedzą. To jest właśnie sekret gorącego krupniku w upalny dzień. (…) Za źle wychowanych cierpią dobrze wychowani.

Tak! niejedzenie szeregu potraw, niezakazanych przez lekarz jest prawie zawsze dowodem złego wychowania w domu, lub późniejszego – przez nas samych. Często bywa, że nie jemy jakiejś potrawy, ponieważ jej nigdy nie próbowaliśmy. Np. słyszałam nieraz:
– Nie znoszę ostryg!
– Czyż być może, aby pan i nie smakowały?
– Nie, ale nie mogę połykać żywego stworzenia, które piszczy w ustach!
– Ale ostryga jest tak mało żywa, że odcinana widelcem od skorupki wcale się nie rusza, nie tylko nie piszczy, jak nie piszczy i tatarski befsztyk, który też jemy na surowo!

Albo:
– Nie znoszę kawioru!
– Czy pani nie znosi kawioru świeżego, czy prasowanego?
– I jednego, i drugiego! Żadnego nie wzięłabym do ust, bo wyglądają obrzydliwie!

Ostatecznie, gdy ktoś nie jada ostryg i kawioru – artykułów, których przywóz jest u nas obecnie zabroniony – to już jego prywatna przykrość czy przyjemność; lecz jeśli tak na te przeciętne pensjonatowe trzydzieści osób, dziesięć nie jada baraniny, inne dziesięć wieprzowiny, inne dziesięć kapusty, już nie mówiąc o wyżej wspomnianym chłodniku i zupie owocowej [zamiast wyżej opisanego krupniku w upalny dzień] – to dziwnem jest, że właścicielki i kierowniczki pensjonatów nie siwieją w ciągu jednego sezonu.

I wymieniam tutaj najpospolitsze, najcodzienniejsze dania; cóż dopiero, jeżeli chcąc urozmaicić jadłospis, wprowadzi się do niego jakieś mniej znane danie, jakąś nową jarzynę, jakąś wyszukaną smakowo kombinację?!…

Tutaj mamy znów próbę wychowania: ludzie kulturalni kosztują to chętnie, i w dziewięciu wypadkach na dziesięć są z tej innowacji zadowoleni; ci inni – przeważnie robią miny niezadowolone i narzekają na zły stół, mając, jako probierz, domowe codzienne kluski i kasze lub niedzielne kotlety wieprzowe.

To sobie Pani Elżbieta użyła na grymaśnikach. Dzisiaj chyba jednak mamy ich mniej, choćby z racji częstszych podróży po świecie i otwierania się na kuchnie innych narodów. Ale przeboje z niejadkami są wiecznie żywe! Znam dom, gdzie jedno z dzieci jadło tylko zupę pomidorową, drugie – tylko rosół. I mama posłusznie obie zupy naraz im gotowała. Powszechne jest także niejedzenie przez dzieci surówek. Po prostu mało się ich je w domu i dzieci ich nie znają.

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, o którym Pani Elżbieta nie wspomina. Grymaśnik przy stole odbiera apetyt innym. Jeżeli już się czegoś nie je, można nie nakładać na talerz – nie demonstrując przy tym obrzydzenia. To już kwestiasavoir vivre’u. Czy uczymy go dzieci?

Do dzieci wracając. Często są uczone jedzenia potraw wyłącznie słodkich. Te słodkości nie tylko wchodzą w nawyk, ale i w kilogramy, i w zęby. Pulchne i zabawnie pucołowate niemowlę może wyrosnąć na dziecko z nadwagą, chorowite, nielubiące ruchu, lubiące za to ciastka, czipsy i słodkie napoje. Dlatego zachęcam do wprowadzania do dziecięcej diety potraw o wyrazistych smakach. Można na przykład bawić się w kulinarne podróże po świecie. Dziecko wybiera na globusie lub mapie kraj, a my mu o nim opowiadamy i wspólnie przygotowujemy prostą potrawę z jego narodowej kuchni. Wybieram Włochy. I kluski, których nie sposób nie lubić (nieliczni na nie krecą nosem). Tyle że nie podawane z sosem pomidorowym (akurat zwykle dzieci go lubią), ale znacznie prościej – z ziołami i tartym serem.

To gnocchi. O tyle ciekawe, że w jednej z ich wersji robi się je tak, jak nasze kopytka. I tę wersję chcę podać, za książką „Kuchnia włoska” Alberto Massariego. Kluski są tak proste, że może je zagnieść nawet dziecko, z naszą pomocą.

Gnocci alla canella
Gnocchi z cynamonem

Na kluski:

                  • 800 g ziemniaków
                  • 300 g mąki
                  • 1 jajko
                  • sól

Do zaprawienia klusek:

                  • 50 g cynamonu
                  • tarty parmezan
                  • 50 g masła
                  • cukier

Ziemniaki ugotować w skórkach, obrać je, przepuścić przez praskę. Zagnieść z mąką, jajkiem i szczyptą soli. Wyrabiać masę, aż do otrzymania dosyć twardego ciasta, dodając mąkę w miarę potrzeby. Z ciasta uformować wałeczki, kroić je na 2-cm kostki, z których można utoczyć owalne lub okrągłe kluski.

Kluski wrzucać do wrzącej osolonej wody, odcedzić po wypłynięciu na powierzchnię. Polać rozpuszczonym masłem, posypać drobno utartym serem i cynamonem, ew. niewielką ilością cukru.

Podobnie ugotowane kluski ja podałam con basilico, czyli z bazylią – bez cynamonu i cukru, tylko z oliwą (zamiast masła) i z tartym serem. Z przepisu podstawowego można zagnieść kluski, ugotować je, wymieszać z masłem lub oliwą i postawić na stole obok sera, młynka z cynamonem i cukierniczki oraz porwanych listków bazylii. Dzieci niech same wybiorą, czym swoje gnocchidoprawią.

Dla dopełnienia przytoczę przepis na gnocchi, jaki Pani Elżebieta podała w „Bluszczu” z roku 1930 przy okazji opisywania kuchni włoskiej:

Zamiast kaszki manny użyjmy kaszy kukurydzianej. Warto po nią sięgać, gdy się ma dzieci, jest zdrowa, a potrawy z niej robione mają apetyczny złoty kolorek.

Alina Kwapisz-Kulińska

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com