Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (22)10 min czytania

()

wikingowie2013-06-15. Wchodzimy teraz w dramatyczną historię początków potęgi Nowogrodu Wielkiego. Dla swej przyszłości musiał najpierw poradzić sobie z nieznanymi rozbójnikami, przybywającymi zza morza, mówiącymi jakimś obcym językiem, wymuszającymi okup i porywającymi ludzi…

My zaś musimy najpierw zapoznać się z tymi rozbójnikami.

22. KROKODYL W RZECE NOWOGRODU WIELKIEGO

Zasięg tych rozbójniczych eskapad, na setki kilometrów w głąb lądu, starczy, by zrozumieć zabobonny lęk ofiar, zmieszany z podziwem dla zdobywców, pojawiających się ni stąd, ni zowąd jak złe duchy na swych łodziach z maszkarami na dziobach. Wedle Pierwszego Latopisu Nowogrodzkiego dań brali skromną z pozoru, od męskiej głowy po dwie wiewiórki, w tym po jednej białej, biełce, czyli zapewne – tej o popielatym futerku, zwanej popielicą. Ale brali. W sumie, jeśli by sądzić na podstawie wysokości przyszłych danin, dziesiątki tysięcy bardzo cennych futerek – choć nie traktujmy tych dawnych liczb zbyt serio, to było raczej dużo, dużo, z obrachunkami powyżej stu miał ich IX wiek poważne trudności…

Co najważniejsze zaś chyba, Waręgowie „uciskali” miejscową ludność. Lekceważy się często Nestorowe świadectwa z jego latopisu. Na jego dziele przeprowadzono misterne wiwisekcje, pozwalające wyłuskać, chyba dość trafnie, różne chronologicznie warstwy materiału źródłowego. Ale Nestor, nawet przepisując, starał się być rzetelny i dokładny. I Nestor, rzecz charakterystyczna, wśród ludów, które wysłały potem delegację „za morze ku Waręgom ku Rusi”, nie wymienia – Meriów. Tych mieszkających najdalej. Wymienia – kolejno – Czudów, Słowienów, Krywiczów i Wesów. Meriów – nie. To jego wiadomości uwiarygodnia. Pozyskał je albo z jakichś starych zapisów, potem zaginionych, albo z miejscowej pamięci Nowogrodu Wielkiego, a w kręgu ludności długi czas osiadłej pamięć nie ginie, przeciwnie, wiedza o przeszłości utrwala się, nawet uproszczona, chyba, że się ją świadomie, społem, kurtyzuje i poprawia, ulepsza – jak sobie z tym radziła dawna Wielkopolska, która nie chciała pamiętać swych niszczycielskich początków.

Przed dziesięciu laty rozumiałem przez ten „ucisk” nie tyle czynione gwałty, lecz – jak sugerowałem – utrudnianie dostępu do soli, albo może i przeszkody w handlu z kupcami arabskimi, bułgarskimi znad Kamy czy też z chazarskimi. Bo gdyby już wtedy porywali kogoś w niewolę, zapamiętano by to może jako jeden z powodów powstania. Otóż dzisiaj sądzę, że same te plemiona sprzedawały niewolników kupcom, płynącym Wołgą od Bułgarów kamskich, od ich centrum handlu niewolnikami, które żywy towar rozprowadzało po całym Bliskim Wschodzie. Sądząc po nagromadzeniu arabskich monet w „skarbach” na pewno duńskiej Gotlandii, przejęli ten handel Danowie – żaden inny handel nie przynosił takich obrotów.

Jak łatwo się zorientować, dań brali ci Waręgowie dość długo, nie dopiero w roku 859. I musiało się to dziać nie później, jak by wynikało z prac Rybakowa i innych, ale grubo, grubo wcześniej – przed datami z kroniki Nestora, bez względu na ich umowny charakter.

Tak więc Danowie musieli się pojawić w świecie Słowienów ilmeńskich zanim Nowogród „zaprosi” Rosów z Rurykiem. Ba, znacznie wcześniej! Zanim też pierwsi wikingowie wylądowali na wyspach Brytyjskich. A Ruryk ze swoją drużyną przybył do Nowogrodu przed Nestorowym rokiem 862. Mam dla tej opinii realne oparcie. Jest nim „Żywot” św. Stefana z Suroża, wielkiego wówczas centrum handlowego na brzegach krymskich, od którego morze Azowskie zwało się wtedy Surożskim  (ta grecka Sugdea, później genueńska Soldaia, to dziś Sudak). Wspomina on, jak podał sam Borys Griekow, „kniazia” Nowogrodu, imieniem Brawlin – u początku IX wieku. To imię w słowiańskich językach nie znaczy nic. Dźwięczy po skandynawsku.

„Żywot” jest późniejszy. W IX wieku Słowianie ani Czudź „kniaziów” jeszcze nie znali, a już na pewno nie ci z północy. Pokoleń było trzeba, żeby u Germanów z gockiego „kuninga” zrobił się „Koenig”, a wśród Słowian ze skandynawskiego „konunga” -„knięg”, z niego potem „kniaź”, jak z „waręga” – „wariag”. Latopis Joachimowski zna za to rdzennie słowiańskie imiona innych prehistorycznych „kniaziów” nowogrodzkich, Buriwoja i Gostomysła, tego, który doradził „zaproszenie” Rusów. „Buriwoj” jest dźwiękowo dość bliski „Brawlinowi”, ale gdyby ten Brawlin był Buriwojem, słowiański, późniejszy o tyle „Żywot” świętego posłużyłby się słowiańskim imieniem. Brawlin więc musiał być Skandynawem. I jacyś Skandynawowie przybyli nad Ilmen znacznie przed datami wielkiego Nestora.

Ten Ilmen… Tutejszy krajobraz, przypomnijmy, widział się XIX-wiecznemu niemieckiemu etnologowi, Poesche’mu, najdogodniejszymi warunkami dla wytworzenia się nowego typu etnicznego, powstającego z asymilacji „jasnowłosych nordyków” z „Ariami”. Ta asymilacja była dla Poesche’go istnym dogmatem i to go różniło od jego kolegów w rodzaju Ludwiga Wilhelma Geigera, wedle których świat aryjski wyłonił się przepisowo z centrum ziem germańskich. Poesche był bardzo wątpliwym patriotą cesarskich już Niemiec. Miłość do Normanów go zaślepiła i nie pozwoliła dostrzec, że również ich należało włączyć do armii kanclerza Bismarcka. I gdzież on szukał tych germańsko-aryjskich ideałów etnicznych? Na północno-zachodniej Rusi?! Mein Gott!

Legenda, zapisana w „Kwietniku” z 1665 roku, przyprowadzała nad Ilmen kniazia Słowiena hen, ze „Scytopontu”. Z XVII-wieczną konfabulacją. Ale nie we wszystkim. Razem z bredniami przyniosła jakieś nieodgadnione trawestacje, opowieść na miarę iście normańskiej fantazji, być może jakieś informacje o tym konungu Danów, który „był u nich”, wśród Słowienów, Czudów i innych, i rządził „uciskiem”. Pojawia się bowiem w legendzie pewien zgoła fantastyczny szczegół przeszłości – krokodyl. Tak, krokodyl. W Wołchowie. I to nie dlatego, że było wówczas, ponad tysiąc lat temu, na tyle ciepło, by w Wołchowie utrzymał się jakiś czas przy życiu autentyczny krokodyl.

Otóż ów zmyślony kniaź Słowien miał syna, imieniem Wołchow, o imieniu rzeki. Ten „Wołchow biesom miły i czarownik, srogi był wtedy na ludzi i diabelskimi podstępami i pomysłami się posługiwał i przeobrażał się na obraz okrutnego zwierza krokodyla i w tej rzece Wołchowie zalegał drogę wodną.  I tych, co mu się nie pokłonili, pożerał, innych, wypluwając, potopił” (tłum. Andrzej Olejarczyk).

Krokodyl w nurtach Wołchowa, w prehistorii północnego miasta! Skąd taki pomysł w zimnym XVII wieku? Hm… Wyobraźmy sobie, że duch baśni i poezji przeobraził tak – obecność jaszczurów i smoków na dziobach normańskich okrętów. Normanowie na dziobnicach (stewach), czyli poprzecznych wiązaniach burt przy dziobie, mocowali przed napadem rzeźbione w drewnie maszkary, symbolizujące złego ducha – łby mitycznych smoków, jaszczurów, krokodyli, groźnych węży albo innych wyimaginowanych zwierząt, z rozwartymi krwiożerczo paszczami, potwory czasem strojne w lwie grzywy; tak wymyślnie straszne,  by zdolne były przerazić atakowanych i – co ważniejsze – ich duchy opiekuńcze. Kiedy zaś normańska załoga wracała po wyprawie do domu, przed lądowaniem na rodzinnym brzegu zdejmowała przezornie maszkary z dziobów i chowała, by nie urazić swoich domowych duchów opiekuńczych. Późniejszy, rzekomy kult „jaszczura”, którego dopatruje się w dawnej ruskiej Słowiańszczyźnie Borys Rybakow, miał swoje realne odniesienia – o ile w ogóle potrafimy ten kult rzetelnie udokumentować…

„Dreki” Normanów duńskich i norweskich, opisywany w sagach okręt bojowy, zwany tak od imienia smoka (bo i miał być smokiem!), często cały malowano. W prześlicznej książce Zofii Drapelli o dawnym zdobnictwie okrętowym oglądamy go z łuskami często na całej długości burt, z wymalowanymi po bokach skrzydłami, na dziobie zaś u linii wodnej rosły mu wymalowane łapy ze szponami. Normanowie kochali i uwielbiali swoje łodzie – kolorowe, złocone, czy też zdobne mozaiką szkiełek, kamieni lub płytek emalii, z wielobarwnymi czasem, czworokątnymi żaglami; w swoich łodziach wybierali się również na tamten świat, w łodziach grzebano ich pod kurhanami w Norwegii, w łodziach palono ich na pogrzebowych stosach ugrofińskiego i słowiańskiego wschodu.

Jeśli tymi Normanami byli Danowie, którzy osadzili się na Gotlandii i Wyspach Alandzkich, czego nie umiałem pierwotnie odgadnąć – pływali być może pięknymi jak te norweskie „długimi łodziami wikingów”. Taka łódź, kolorowa, z piękną snycerką i straszną maszkarą na dziobie, oczarować mogła i zaczarować „ciemnych” pogan słowieńskich i czudzkich. Przypisali oni temu wołchwowi boskość i „Gromem, czyli Perunem, nazwali” (w języku białoruskim grom to >perun< – przyp. SB). Postawił on sobie „gródek mały w pewnym miejscu, zwanym Pierynia, gdzie stał kumir Peruna”.

Wszystko tu możliwe. Zdarzało się wszak, że nieobliczalne i zdradliwe wody Wołchowa-czarodzieja potrafiły płynąć w odwrotną stronę. Kryć musiały potężnego ducha. Złego i złośliwego – przy  każdej okazji ludziom dokuczał. Zwłaszcza tym, których po wywrotce łodzi chwytały w zimnej wodzie paraliżujące kurcze. Przypuściłbym jednak, że ten kniaź-wołchw był właśnie – Normanem. Z epoki Danów najeźdźców. I wroga mu legenda utożsamiła go ze złym duchem rzeki i Pierynem. Łódź ze straszną paszczą krokodyla na dziobie mogła porywać ludzi jako niewolników, a tych, co się opierali, trudnych do opanowania, rozwścieczona topiła w rzece… Może posuwam się za daleko w tych interpretacjach bardzo późnej bajdy, może naciągam, ale operuje ona imaginacją daleką od XVII-wiecznej. To samo ze słownictwem – wiek XVII nie znał „kumirów”…

Jeszcze nie koniec!

Tego „przeklętego czarownika i wołchwa” udusiły biesy i „ciało przeklęte niesione było fantazją biesowską w górę onej rzeki Wołchow i wyrzucone na brzeg naprzeciw onego gródka czarów, który dziś zowie się Pierynia. I przy wielkim płaczu ciemnych (ludzi) pogrzebany został przeklęty z wielką pogańską tryzną. I mogiłę nad nim usypali bardzo wysoką, jako to u pogan. A po trzech dniach tego przeklętego tryzniszcza rozwarła się ziemia i połknęła plugawe ciało krokodylowe. I mogiła jego rozsypała się nad nim cała aż po dno piekielne. Tak że do dziś, jako powiadają, znak jamy tam stoi, nie napełniając się”.

Taki drewniany „krokodyl”, pogrzebowa łódź ze zwłokami wołchwa, mógł popłynąć w górę rzeki, w stronę Ilmenu i wylądować u brzegu Pieryni, gdzie zwłoki razem z tą łodzią pożarł ogniem wysoki stos i, spłonąwszy do cna, zapadł się z rumorem w wypaloną dziurę. Możliwe. Ale Nosow, kopiąc ten gródek, śladów żadnej tryzny nie znalazł. Pytanie jednak, i to najważniejsze, kogo utożsamiono z „kniaziem” Wołchowem, bóstwem rzeki, i Perunem, bogiem błyskawicy. Zaryzykowałbym przypuszczenie, że zmarł na miejscu wódz „uciskających” Nowogród Wielki Danów – ku satysfakcji wszystkich uciskanych i że wtedy może podnieśli oni bunt, by wypędzić jego podwładnych…

O czym dalej.

Stefan Bratkowski

Weź udział w naszej ankiecie

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. elkaem 18.06.2013