nathan gurfinkiel: gulasz katowski

natan sepia2013-06-16. Moje sny są na ogół czarnobiałe. Jeden z nich, niezwykle intensywny w odcieniach bieli i czerni, zapadł mi w pamięć na całe życie. Czasami nawiedza mnie powtarzający się w różnych wariantach koszmar nocny. Zostaję skazany na karę główną, ale wyrok zapada z wolnej stopy i teoretycznie mógłbym umknąć przeznaczeniu, gdyby wybujałe poczucie honoru nie podpowiadało mi, że uchylenie się od egzekucji byłoby nikczemnością, oznaką słabości charakteru – i w ogóle czynem niegodnym dżentelmena. Data zawsze jest wyznaczana, mam się stawić w jakimś miejscu i ostatnie zwłaszcza godziny są niekończącą się udręką. Nim egzekucja zdąży się dokonać, umieram wielokrotnie ze strachu. Oblany zimnym potem budzę się w momencie zarzucenia mi stryczka na szyję, i długo nie mogę się uspokoić…

Ten sen również dotyczył pozbawienia mnie życia. Z kopią wyroku w kieszeni, snułem się po upiornym, wyludnionym przedmieściu. Domy były przekrzywione, ginęły w zwężającej się perspektywie, jak w niemieckich ekspresjonistycznych filmach z epoki niemego kina. Czasami przebiegł ulicą kundel jakiś, niekiedy ptak usiadł na jezdni, ludzie zapadli się chyba pod ziemie… Godziny dłużyły się niemiłosiernie…

Egzekucja miała odbyć się w zakładzie fryzjerskim. Nie mogąc wytrzymać tej wędrówki opustoszałymi ulicami, odszukałem adres na kilkanaście minut przed wyznaczoną godziną. Ujrzałem przez szybę wystawową grubą babę z pozlepianymi włosami. Miała na sobie zaplamiony fartuch, w przeszłości biały. Donośnie mlaskając i wydając  westchnienia jak przy akcie miłosnym, opróżniała zawartość cynowej miski z gęstej polewki. Kiedy wszedłem do zakładu, otarła usta rękawem i uśmiechnęła się przyjaźnie: ach, pan w sprawie tej egzekucji. Proszę, niech pan na chwilę spocznie, zaraz to załatwimy. Odstawiła miskę na bok i przydźwigała drewniany pieniek. Ujęła w ręce topór i powiedziała: nie będzie nic bolało, proszę położyć główkę na pieńku. Miejsce akcji snu można było tym razem bez trudu zlokalizować, bo słowo główka zostało wypowiedziane po czesku – hlavička

Kiedy kilka lat temu wędrowałem z moim dzieckiem po Pradze, poczuliśmy się nagle głodni. Byliśmy na Malej Stranie, zaprowadziłem więc Naomi (Kurkę) do restauracji, którą znalem z poprzednich pobytów. Miejsce nazywa się “U Mecenaše” i wygląda jak siedemnastowieczny zajazd, z wyblakłymi polichromiami na sklepieniach pod sufitem. Ze ścian spoglądają na gości portrety rycerzy i dam w złoconych ramach. Naprzeciw naszego stolika wisiał na ścianie topór a pod nim tabliczka, informująca, że siadywał tam słynny oprawca praski Jan Mydlař. W jadłospisie figurował też “gulasz katowski”, w angielskiej wersji karty dań : “Executioner’s Stew”.

Słynny amator gulaszu dokonał 21 czerwca 1621 roku na Rynku Staromiejskim egzekucji na 27-miu panach czeskich, zbuntowanych przeciwko księciu Karolowi z Lichtensteinu, wyznaczonym przez cesarza Ferdynanda II na wielkorządcę Królestwa Czeskiego, po zwycięstwie habsburskich katolików nad Husytami w bitwie pod Białą Górą. Dwudziestu czterech skazanych było na ścięcie, pozostali trzej na powieszenie. Jan Mydlař posługiwał się czterema mieczami i musiał wyręczać się sześcioma pomocnikami do sciągania zwłok z szafotu. Wszystko poszło jednak sprawnie i zajęło temu pono krypto patriocie czeskiemu, solidaryzującemu się w głębi ducha ze skazańcami, niewiele ponad cztery godziny. Po skończonej egzekucji, zgodnie z życzeniem cesarza, głowy znakomitych mężów czeskich ściętych z jego przyzwolenia, wystawione zostały na postrach. Na głowę rektora Uniwersytetu Karola, Jana Jesenskego położono wycięty mu jeszcze za życia język…

Książę poprosił następnie Jana Mydlarza o przysłanie rachunku za rękodzieło i jak można wyczytać w starych zapiskach, honorarium wystarczyło na wzniesienie okazałego domu…

Jeszcze po dziś ocieramy się z bliska o pogląd, że oprawcy z faszystowskich lub komunistycznych dyktatur byli w głębi ducha przeciwnikami owych  reżimów i konieczność wykonywania urzędowych obowiązków przyprawiała ich o moralne katusze. Nowe demokratyczne władze  powinny to rozumieć i przyznać im odszkodowania, bo  sytuacja tej grupy ludzi  jest znacznie gorsza od  losu  jej ofiar, osobliwie  tych, które zostały stracone…

Postać tego niezwykle sprawnego w rzemiośle oprawcy zaprzątała od tego dnia hańby narodowej – jak nazwano później datę egzekucji – wyobraźnię Czechow. Książka Josefa Svatka(1835-1897) “Paměti katovské rodiny Mydlářů v Praze” ukazuje losy małolepszego w bardziej w romantycznym, choć mniej zgodnym z prawdą historyczna świetle. Miał on zakochać się bez pamięci w gładkiej damie, która została skazana na śmierć za zamordowanie swego o wiele starszego od niej męża. Z tej miłości nieszczęśliwej zdecydował się przyjąć posadę katowskiego pachołka. robił to w nadziei zobaczenia swej ukochanej, ale głównie po to, by móc ją porwać i rzucić się razem z nią do ucieczki. Plan porwania nie powiódł się wszelako, a romantyczny pomocnik katowski wybił się wkrótce na mistrza w swym rzemiośle. Od tego czasu z zapamiętaniem ścinał głowy innych skazańców, mszcząc się w ten sposób za egzekucję na ukochanej, kiedy to musiał krzątać sie wokół szafotu…

…z tych snów czarnobiałych, z ciągłego niedosytu barw, mam silne pragnienie nasyconych kolorów.

kiedy je wchłaniam, uświadamiam sobie przygaszenie mojego świata. to niebo nad głową  – szarobrudne przeważnie, niemrawy odcień chlorofilu na drzewach, kolorystyczna nijakość tynku na frontonach domów…  rzucam się więc do ucieczki. pakuję plecak i pędzę na lotnisko, by po najdalej kilkunastu godzinach oglądać agresywną mięsistość dżungli na sumatrze, pióra papuzie, amarant mulety, którą torero wymachuje na arenie w swym ekwilibrystycznym popisie baletowym… ale lubię też odcienie pustynnego piasku – niuanse żółci, brązu, szarości. Lubię wyblakłość pompejańskich fresków, szmaragdową wodę w zatoczkach ciepłych mórz i suknie malajskich kobiet. trzeba te kobiety oglądać w gromadzie, podobne są wówczas do stada egzotycznych ptaków z nieco tylko bardziej złamanym w kolorach upierzeniem… lubię intensywną czerń stroju Beduinek, kiedy przycupnięte na rogach ulic w ammanie, te córy pustyni wyniosłe i piękne, sprzedają w całkowitym milczeniu papierosy na sztuki. ich bardziej rozpieszczane przez los, ale mniej barwne i brzydsze siostry opychają się w tym czasie słodyczami w cukierniach, lub przebierają w pierścionkach u jubilera, pod czujnym okiem opasłych i znudzonych mężów… a już w szczególny zachwyt wprawia mnie intensywny błękit szali zawiązywanych na głowach tuaregów. te szale, gandury i dżelaby, do barwienia których używane jest indygo, nigdy nie blakną. noszone w bezlitosnym skwarze, zachowują intensywną świeżość błękitu.

coraz częściej pragnę oglądać ten błękit na co  dzień…

nathan gurfinkiel

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com