Stefan Bratkowski: Atlantyda tak niedaleko (23)

wolchw2013-06-30.

Legenda o krokodylu w rzece odkopywanego przez archeologów Nowogrodu Wielkiego mówi coś o tym jak duńscy rozbójnicy, panujący Bałtykowi, straszyli napadanych maszkarami na dziobach swych „długich łodzi wikingów”. Ale to jeszcze nie tłumaczy, dlaczego postanowiono bronić się przed „waręgami” innymi „waręgami”…

_________________________________________________________________________________

 23. Kogo trzeba, żeby obronić pokłóconych

Moje domysły na temat opisanego w XVII-wiecznym tekście rzekomego krokodyla w nowogrodzkiej rzece są w dużej mierze fantazją, popartą jedynie tym, że fantazja krokodylowa nie pasowała do XVII-wiecznych autorów i redaktorów zapisu. Nie ulega jednak wątpliwości, że we wczesnym IX wieku, do którego należałoby odnieść realia owej legendy o krokodylu-kniaziu-wołchwie-Perunie, „kniaź” był tyleż wołchwem, co konungiem, wodzem drużyny. Konunga cechowały atrybuty właściwe naczelnikowi rodu – miejsce naczelnika rodu wobec drużyny to on zajmował, drużynnicy stawali się jego „dziećmi”. On znał obrzędy, zabiegi magiczne, zaklęcia, magiczne słowa, on wiedział, co leczyć jakimi roślinami i jaką magią, on umiał wykrywać złodziei i wieszczyć przyszłość. To wódz-kapłan-czarodziej. Dla Rybakowa zagadką pozostało pokrewieństwo między zachodnio-słowiańskim „kniez”, czyli wołchw, żrec (kapłan), a „knize”, czyli kniaź, władca. Łączyło tymczasem oba słowa to samo pokrewieństwo, co naszego „księdza” i „księcia”. „Księcia” długo, aż po wiek XVI, zwano u nas „księdzem” – król polski był „wielkim księdzem litewskim”. U Mickiewicza w „Trzech Budrysach” „ksiądz Kiejstut napadnie Teutony”.

Normanowie nie trzymali się trójpodziału funkcji, który przeszłości wytyczył wielki Georges Dumezil, oddzielając funkcje kapłańskie od wojennych. „Oleg wieszczy” poprowadzi wyprawę na Carogród, oryginalna, skandynawska wersja tego imienia, Helgi, znaczy „święty”, a wbrew opinii Gumilowa, nie był to tytuł wodza, lecz imię własne, dosyć zresztą częste w napisach runicznych.

„Żrec” ma źródłosłów nie trudny do wytłumaczenia – żrec wie, jak składać żertwy, czyli ofiary, bogom i duchom, a żertwa to ofiara, którą boga czy ducha trzeba nakarmić. Żrec jako fachowiec od uświęconego „żarcia” dla bogów był, na swój sposób, „zawodowym” kapłanem.

Perun miał sobowtóra w normańskim bogu błyskawicy i gromu, Thorze. Jak i w ugrofińskim Kalevie. Zarówno Thor, jak Perun i Kaleva, znani też Bałtom, wywodzili się od tego samego boga gromu i błyskawicy pra-indoeuropejczyków, ale nie to ma tutaj znaczenie. Znaczenie ma – nowogrodzkie wyobrażenie o wołchwie. Jeśli prawdziwe. Wołchw to ktoś wyjątkowy z samej swojej natury, czarodziej, czy w roli wodza drużyny czy głowy rodu. Szaman sam dla siebie. I chyba – podkreślam, chyba! – wtedy, w IX wieku, świat nowogrodzki mógł mieć zwycięskiego wodza drużyny prześladowców, duńskiego „konunga”, za wołchwa. Jako że konungiem mógł zostać woj najsilniejszy i najzręczniejszy, dowódca najbystrzejszy i najchytrzejszy, zapewniający sobie szacunek i posłuch osobistą przewagą. No i musiało mu sprzyjać szczęście, a na wojnie, prowadzonej białą bronią, łatwiej o szczęście silnym, zręcznym i chytrym; ich sprawność, siła i przemyślność dowodziły czarodziejskich mocy, a ten czar porażał z daleka wyobraźnię przeciwników…

Ale dlaczego „ciemni” poganie uznali kniazia-czarownika, który przyjął postać krokodyla, za Peruna, bóstwo gromu? Z potęgami złymi i nienawistnymi zawsze się przesadza. Zwłaszcza z tymi wrogimi, przerażającymi z zamierzenia, budzącymi strach. W dawnych czasach przypisywano im moc boską. Jedna uwaga: w XVII-wiecznym „Kwietniku” imię Peruna brzmi po – białorusku. Po rosyjsku wtedy błyskawica była już tylko „gromem”; „pioruna” rosyjski nie zna. Czyli że słowieński „Pieryn” zanikł wcześniej, niż Perun-Pieryn ojców Białorusi, Krywiczów (rzecz dziejowo logiczna, bo Krywicze jednak chrystianizowali się później i wolniej). Spory o wierzenia Słowian ciągną się aż nader długo i nie mnie je rozstrzygać. Borys Rybakow próbował dowodzić, że Peruna jako boga narzucił Nowogrodowi dopiero w roku 980 Włodzimierz. Innymi słowy, przez dziesięć lat, od 980 r. do przyjęcia chrześcijaństwa, uformowałby się kult Peruna na tyle mocny, że jego ośrodek, Pierynia, przetrwał w swej nazwie tysiąc lat. To przypuszczenie dość naciągane. Włodzimierz mógł chyba co najwyżej odnowić kult w Nowogrodzie zamierający – jeśli naprawdę zamierający.

Tak naprawdę liczy się bardzo wczesna obecność jakichś Skandynawów pośród Słowienów i Czudów ilmeńskich, znacznie wcześniejsza, niż owo „zaproszenie” Rusów.

Wedle Nestora i Pierwszego Latopisu Nowogrodzkiego ci, co przepędzili Waręgów, nie mogli się ze sobą dogadać. “Powstał ród przeciw rodowi, były zwady, i poczęli wojować sami z sobą”. Dziesięć lat temu skwitowałem to pytaniem – czy takich owoców nie zbiera każda rewolucja, każde powstanie, aż po wiek XX? Popełniłem i ja anachronizm. Te plemiona, żyjące dość daleko od siebie, w osadach na trzebieżach wśród lasów, nie musiały odczuwać potrzeby bliższych związków, a jeszcze na dobitek dzieliła je sól, walka o dostęp do soli. Nasz wielki, zapomniany, XIX-wieczny historyk prawa, Romuald Hube (stronice jego „Historyi prawa karnego ruskiego” w warszawskiej Miejskiej Bibliotece Publicznej przecinałem jako pierwszy czytelnik po 128 latach) zwrócił uwagę, że te „rody przeciw rodom” dopełniały po prostu zemsty rodowej, do której po czyjejś śmierci lub okaleczeniu zobowiązany był cały ród, i to zemsty na całym rodzie winnego! Jedna śmierć zapoczątkowywała całą spiralę mordów, w tym samym poczuciu obowiązku, co w starożytnej, przedhistorycznej Grecji czy na XX-wiecznej Korsyce. Nie wszystkie jednak plemiona lubowały się w takim zabijaniu, i w ogóle nie jestem pewien, czy w kręgu kulturowym Słowiańszczyzny i ugrofińskiej Czudzi obowiązywała zemsta rodowa. Przy zaobserwowanej przez podróżników arabskich drażliwości, poczuciu godności własnej, zatem skłonności do awantur, Słowianie chwytali za broń i zabijali się wzajem bez konieczności takiego dopingu. Nestor świadczy, że tak wykańczali się wzajem waleczni Drewlanie.

Jednakże nie dlatego ściągnięto Rosów, Rusów, na ziemie nowogrodzkie (ciekawe, że nigdzie nie pada imię Swewów, ani żadnego z plemion Upplandii!). Niebezpieczeństwo wcale nie zostało zażegnane. Nawała północna od długiego wprawdzie czasu kierowała się teraz ku bogatszym rejonom Europy, na zachód, ale nie przeniosła tam gotlandzkich i alandzkich Danów. Jak mamy prawo dedukować z bogactwa dirhemów, znalezionych na Gotlandii i na wyspach Alandzkich, to ich właśnie „wypędzono”. I mogli w każdej chwili wrócić. Ale – jak bywa przy sojuszu różnych plemion, a stronnictw politycznych w naszych czasach – nikt, co prawdopodobne, nie chciał oddać władzy, wspólnego dowództwa, jednemu z nich. Cóż się dziwić pomysłowi mądrego „starejszyny” Nowogrodu, którego potem mianowano „kniaziem” lub też „posadnikiem”, Gostomysła – doradził on zagrożonym to samo, co na Zachodzie wpadło potem do głowy we Francji Karolowi III Prostakowi, inteligentnemu władcy, który wcale nie zasłużył na swój deprecjonujący przydomek – by szukać pomocy i ochrony przeciw Waręgom w innych Waręgach.

Starszyzna, która taką decyzję podjęła, wykazała mądrość sprawnych polityków. Nie liczyła się z kompleksami potomnych. Liczyła się z interesami swoich współczesnych. Powtórzę: nie widzę sensu w podważaniu wiarygodności Nestora w odniesieniu do tych źródeł, które opierały się na pamięci ludzkiej. Pamiętano wszak – i to po wiek XX! – teksty znacznie dłuższe niż wspomnienie o początkach państwa nowogrodzkiego. Już w starożytnej Grecji niejedna demokratyczna polis proponowała stanowisko z władzą równoznaczną z władzą „tyrana” mądremu współobywatelowi klasy Solona, albo wybierała jak Mitylena lesbijska Pittakosa – prawodawcę i wojownika. No i nieraz w epoce tego średniowiecza, którym się zajmujemy, spotykamy, o czym wspominałem, zręcznego, dzielnego wodza jakiejś dzielnej, sławnej drużyny, któremu gdzieś proponuje się władzę, a przynajmniej dowództwo, licząc na jego talenty wojenne i mądrość. Archeologia potwierdza obecność Skandynawów, choć z wykopalisk nie wiadomo, których. Natomiast, co bardzo charakterystyczne, Nestor prawie nic nie wie o dalekich wyprawach Waręgów poza tym, czego mógł dowiedzieć się z kronik bizantyjskich. Czyli że wyprawy wareskie były jeszcze tematem pamięci sag, a nie bylin przyszłej Rusi.

Historycy podnosili, że „zaproszenie” Ruryka nazbyt przypomina relację biblijną, jak to „starsi Izraelowi” przyszli do wiekowego już arcykapłana Samuela, prosząc – „postanów nam króla, aby nas sądził”. Choć Samuel przedstawił im, co znaczy poddanie się władzy królewskiej, nalegali dalej – „…będzie nas król nasz sądził, i będzie wychodził przed nami, i będzie wiódł wojny nasze za nas”. Aż Samuel wybrał dla nich Saula, przybysza z „najpodlejszego” plemienia izraelskiego, z plemienia Beniamin.

To prawda, że „Powieść doroczną” spisywał uczony mnich, z materiałów po innych zapewne uczonych mnichach. Dziś, inaczej niż kilkanaście lat temu, jestem przekonany, że jednak nie przerabiał jej po nim wedle wskazówek kniazia Włodzimierza Monomacha inny uczony mnich, Sylwester, bo nie usunął mogących drażnić kniazia fragmentów, dzieło zaś Nestora zaczęto niemal natychmiast powielać, przepisując – jakby w obawie o jego los. Niby wszystko pasowało: samego Monomacha zaproszono właśnie na stolec kijowski. Dokładnie tak – zaproszono. I dynastia nie powinna była pochodzić z najazdu. Schemat Samuelowy idealnie zatem zdawał się pasować. Pozornie: Ruryk nie był rodakiem jak Saul z plemienia Beniamin czy też Włodzimierz Monomach. Decyzja, którą zaproponował Gostomysł, którą naśladował Karol III, mogła być skuteczna – pod warunkiem, że zaproszony Ruryk okaże się takim budzącym strach wojownikiem…

O czym się przekonamy.

Stefan Bratkowski

 

Weź udział w naszej ankiecie

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Jerzy Łukaszewski 2013-06-30
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com