2013-08-10.
Upragniona burza schłodziła powietrze. Może więc zaszalejmy w kuchni? Nie, nie zachęcam do stania przy garach i rozpalonym piecyku. Zachęcam do sporządzenia deseru – takiego bez gotowania i bez pieczenia. Przyrządza się ze znanego już u nas i bardzo lubianego włoskiego sera mascarpone. To moja wariacja na temat tiramisu. O nazwie deseru (znaczy: „podtrzymaj mnie”) i jego pochodzeniu w blogu kiedyś już pisałam. Deser jest efektowny, a zarazem łatwy do wykonania. Uda się bez pudła nawet osobnikom mało w kuchni wprawionym. Nie będziemy sami musieli się chwalić jego własnoręcznym sporządzeniem. Wprowadzony zmyślnie akcent osobisty pozwoli gościom bezbłędnie rozpoznać, że deser nie pochodzi ze sklepu, lecz trudziły się nim „rączki pięknej pani”, jak pisano przed wojną. Do tradycji przedwojennej sięgnę na końcu wpisu.
Nie podaję proporcji w przepisie, gdyż zależy tylko od porcji, jaką chcemy przygotować. Nic tu się nie zepsuje, jeżeli weźmiemy jedno jajko zamiast dwóch, pojemniczek sera mniejszy lub większy, biszkoptów mniej lub więcej.

Tiramisu z akcentem osobistym
- kubeczek sera mascarpone
- cukier puder
- 2 jajka
- garść płatków róży
- woda różana
- biszkopty
- pół filiżanki mocnej kawy
- ew. kieliszek likieru amaretto
- dowolne owoce
- jagodowe
- listki świeżej mięty
Płatki róży rozetrzeć z cukrem w moździerzu lub malakserze; kilka zostawić w całości do przybrania. Jajka rozbić na białko i żółtko. Zmiksować żółtka z cukrem, dobierając jego ilość do smaku. Utrzeć z mascarpone. Dodać starte płatki róży i nieco wody różanej do smaku. Białka ubić na sztywno, dodać do masy serowej (przypominam, najpierw dodać trochę piany, dokładnie wymieszać; całość piany potem wmieszać delikatnie i szybko).
Biszkopty nasączyć wywarem z kawy, ewentualnie wzmocnionym likierem. W foremce układać warstwy kremu z mascarpone i biszkoptów. Można przekładać owocami i listkami mięty lub ułożyć je na wierzchu deseru razem z pozostawionymi płatkami róży.

To naprawdę wszystko, a efekt na pewno zasłuży na pochwały. Do sera można dodać wanilię w postaci ziarenek zeskrobanych z laski lub ekstraktu (wciąż u nas nie mogę go dostać, przywożę z wojaży). Wodę różaną można kupić w sklepach z żywnością orientalną. Ja do deseru dodałam jagody. Nie wmieszałam ich dużo, za to podałam w miseczce obok. Kto chciał, to sobie dokładał. Listki mięty nie każdy lubi, choć znakomicie podkręcają smak słodkości. Ułóżmy je na wierzchu i także podajmy obok naszego tiramisu. Tradycyjnie posypuje się je warstwą kakao. Ale ja od tego odeszłam, chyba z niezłym efektem.
Tymczasem sięgnijmy do historii. Fenomenem wydawniczym międzywojennej Polski było skromne wydawnictwo ze Żnina, które się rozrosło w prawdziwy koncern. Miał własną drukarnią, a wszystko dzięki wysokonakładowemu tytułowi, który odniósł sukces rynkowy. Pismem był tygodnik „Moja przyjaciółka”, a wydawcą ze znakomitym pomysłem na sukces Alfred Ksycki. Pismo pod koniec lat trzydziestych osiągało nakład 100 tys. egzemplarzy. Zamieszczało różne treści dla kobiet przydatne. Szata graficzna była skromna, dopiero pod koniec lat 30. tygodnik stał się kolorowy. Treści umiejętnie dobrane pod potrzeby czytelniczek z całej Polski. Obok ciekawostek ze świata (jedna z nich ilustruje wpis) i informacji (najczęściej typu „kobieta została dyrektorem wielkiego banku”) oraz obrazków z życia, obszernego działu odpowiedzi na listy czytelników – a raczej czytelniczek – miało bogaty dział poradniczy. W nim, oczywiście, poczesne miejsce zajmowały kulinaria. Obok mody, porad z zakresu wychowania dzieci i w ogóle życia w rodzinie. Przy tym pismo nie było nacechowane ideologicznie. Pisano w nim językiem prostym, ale poprawnym, co przed wojną wcale nie było regułą, zwłaszcza w pismach popularnych.
Redaktorzy tygodnika dbali ponadto, aby język był zrozumiały. Bo tygodnik był przeznaczony dla kobiet średnio zamożnych i średnio wykształconych. Toteż nie zamieszczał przepisów ekstrawaganckich. Pewnie na moje tiramisu z różą i miętą nie byłoby w nim miejsca. Może więc sięgniemy i my po prosty deser, pokryty nieco patyną historii, bardzo polski. Polski, bo z kaszką. Tu w wersji na ciepło, ale można go schłodzić i podawać z sokiem – najlepszy będzie wiśniowy lub malinowy. Można go postawić obok naszego deseru, w dzbanuszku. Nawet nazwa deseru jest staroświecka, dzisiaj nie używana. Może szkoda?

15 dkg. kaszy krakowskiej, szklanka wody, 15 gorzkich migdałów, 2 jajka, 7 dkg. cukru.
Kaszę ugotować w wodzie i ostudzić, migdały drobniutko posiekać i zmieszać z kaszą, dodać dwa żółtka oraz cukier i utrzeć starannie. W końcu dodać sztywno ubitą pianę., lekko zamieszać, włożyć wszystko do wysmarowanej foremki i wstawić na kwadrans do ciepłego pieca.
Nikt nam nie zabroni do tego deseru retro dodać utartej róży i listków mięty. Kaszka zyska na oryginalności. Wnosząc ją powiedzmy: tak gotowano przed wojną. Przepis pochodzi z roku 1934. Zdjęcie ukazujące nowoczesność w kuchni – z roku 1939.
Alina Kwapisz-Kulińska


Nie watpie, ze jest to znakomity deserek Pani Redaktor Ukochanej, ale przy checiach najlepszych nie sposob nazwac tego tiramisu.
Za malo jajek, a raczej zoltek. Za duzo innych dodatkow (woda rozana, owoce, mieta). No i likier raczej nie migdalowy lecz kawowy. Smak tiramisu ma byc CZYSTY – maskarpone ubite z mala iloscia cukru, duza iloscia zoltek (szesc!) , damksie paluszki na spodzie nasaczpne kawa, aby zaciekaly kawa espresso, troche likieru kawowowego (opcjonalne, np Caluha) i na wierzchu ewentualnie cieniutkie wiorki z czekolady gorzkiej.
Do lodowki na jeden dzien by sie ladnie zmacerowalo. I to jest tiramisu jak Pan Bog przykazal.
Ja wiem, ja wiem, ze dobre gospodynie lubia ulepszac i robic wlasne dodatki i wariacje. Ale tiramisu jest fenomenalnym deserem (zwlaszcza jak sie nie oszczedza na jajkach i rzekomym cholesterowlu) wiec if it ain’t broke, don’t fix it. Kupne tiramisu nie umywa sie do domowego, ale nawet kupne nie jest zle. Byle przy tym nie majstrowac.
Jak z wieloma potrawami, tak i z tą. Co dom to własna wersja. Spotykałam i takie (i to włoskie), gdzie zamiast jaj mascarpone się mieszało z bitą śmietaną. Zasada jedna: biszkopty nasączone kawą (nie lubię, gdy w niej pływają) przekłada się masa serową. Przy amaretto bym się upierała. Likier kawowy tylko powtarza smak kawy z biszkoptów. Moja wersja z dodatkiem róży jest tylko… moją wersją. Dwie postawy w kuchni są równoprawne: wierność przepisom i zmienianie ich na swój smak. Przyznam, że wolę szaleństwo od układności, zwłaszcza w kuchni:) No i brak reguł jako regułę.
OK, nuechaj bedzie amaretto. Ale dalej juz nie. 😈